Mamo, kup mi kulkę, czyli o kieszonkowym dla dziecka słów kilka

with 2 komentarze

Tak sobie ostatnio czytam różne artykuły o wakacyjnych wojażach z dziećmi. Wszyscy bardzo rozsądnie piszą o bezpieczeństwie i planowaniu, a ja tu widzę poważną lukę. Bo poza zagrożeniem dla życia i zdrowia dzieci, warto by uwzględnić troskę o zdrowie psychiczne rodziców, które na wakacjach bywa wystawione na szczególne zagrożenia. No bo umówmy się – każdego dnia stoimy tuż nad krawędzią, kroczymy po cienkiej linii, desperacko broniąc naszych coraz chudszych portfeli i własnej godności. I tu wkracza właśnie – całe na biało – kieszonkowe dla dziecka.

 

Morze, nasze morze

To nie będzie biadolenie na polski Bałtyk, bo już pisałam, że można tam spędzić wakacje całkiem przyjemnie i wcale nie kosztem sprzedaży własnej nerki (poczytaj mój tekst: Tanie wakacje nad morzem z dzieckiem. Da się?). To będzie miniporadnik i ostrzeżenie dla wszystkich rodziców, którzy na wakacje z dziećmi jadą po raz pierwszy, albo po ostatnim razie cierpią na amnezję pourazową i zapomnieli, jak było. A było… hmm… ciekawie.

Jest ranek. Postanawiasz zabrać swoje urocze bąbelki na plażę. Załóżmy, że przebrnąłeś już przez proces „śniadanie-siku-ubranie-kupa” (czasem zapętlony w kilka powtórzeń). Masz parawan, namiot, kocyk, ręczniki, prowiant, wodę, wiaderko, foremki, łopatkę (koniecznie większą niż tego ciula z apartamentu obok), krem z filtrem, kapelusze, okulary i dmuchanego delfina w rozmiarze XXL. Wydaje Ci się, że największym wyzwaniem będzie dotaszczenie tego majdanu na plażę bez pogubienia (przypadkowego lub niekoniecznie) dzieci, które zapewne po przejściu kilkunastu metrów zgłodnieją, zechcą siusiu, przypomną sobie, że zapomniały ukochanego pluszaka. Albo doświadczą nagłego uwiądu kończyn dolnych i umrą, ale naprawdę za chwilę umrą, jeśli ich nie poniesiesz. W kieszeni chyba, albo na głowie chyba. Zresztą, nawet gdybyś jakimś cudem wpakował sobie jedno na barana (i „na barana” jest tu wyjątkowo trafnym określeniem…), to zaraz tego samego zażąda drugie i trzecie, nawet jeśli do tej pory byłeś pewny, że masz tylko jedynaka.

Jeśli teraz uśmiechasz się pod wąsem, że właśnie dlatego nie jeździsz nad morze, to może Cię zmartwię, ale przeznaczeniu nie uciekniesz. Nad jeziorem wprawdzie nie potrzebujesz parawanu, ale cała reszta zostaje jak wyżej. W lesie wprawdzie wyzwolisz się od plażowych bambetli, ale na ich miejsce wskoczą saperki, menażki, psikacze na komary i inne kleszczoodstraszacze. No a w góry, w góry to może i parawan niepotrzebny, ale nie śmiej się na zapas, bo jak się trzylatek uprze, ale tak naprawdę uprze, to kto wie, czy na Giewont nie będziesz popitalał z tym dmuchanym delfinem pod pachą…

 

Pole minowe

W końcu jednak ruszacie, plaża coraz bliżej, już majaczy na horyzoncie, już słyszysz szum fal i czujesz zgrzytanie piasku w zębach, kiedy Twój zmęczony wakacyjnym odpoczynkiem mózg włącza czerwoną lampkę. Zagrożenie! Alarm! Awaria! No bo przecież są. Cała, kurde, alejka dziecięcej euforii i spełnionych marzeń. Sklepiczek przy sklepiczku, a w nich jak marzenie, samo złoto… Zło, znaczy.

Puchate kulki szczęścia wielkości dziecięcej dłoni za jedyne trzydzieści osiem złotych. Pierdzące gumowe foki. Mini zestawy lego, które doskonale sprawdzają się jako zabawka plażowa, oczywiście do momentu, kiedy 30% elementów zginie w piasku, a kolejne 20% oklei się kremem do opalania. Ziarnka ryżu z Twoim imieniem. Kolorowe warkocze z prawdziwego włosia jednorożca barwione ekstraktem z tęczy. Zestawiki muszeleczek, kamyczków, koraliczków i innego tałatajstwa, które masz ochotę wsadzić sprzedawcy w pewne ciasne miejsce, a które Twoje dziecko będzie próbowało wpakować sobie do oka, ucha lub nosa. O ile ich nie zeżre.

O gofrach z polewą w jednym z 30 smaków (swoją drogą, to dziadostwo jest tak wydajne i tak „naturalne”, że pewnie butla otwarta w weekend majowy spokojnie służy do końca sezonu…), rurkach z kremem, wacie cukrowej i lodach o smaku gumy balonowej lub, kurwa, smerfowym już nawet nie wspomnę, bo mi się ciśnienie podnosi za każdym razem jak widzę przy nich określenie „naturalne” lub „tradycyjne”. No bo przecież wiadomo, że smerfy to tradycyjnie się uprawiało w Polsce jeszcze za Piastów, a guma balonowa naturalnie występuje w Puszczy Białowieskiej.

 

Możesz się bronić…

Na szczęście nie jesteś jakimś rodzicielskim leszczem, żeby dać się na to wszystko złapać. Ty masz swoje sposoby. Parawanem zasłaniasz kiosk z muszelkami i morświnem z brylantowymi oczami. Przed stoiskiem z grającymi klapkami plażowymi niechcący strącasz dziecku z nosa okulary przeciwsłoneczne i przeciągasz dalej, zanim oczy przystosują się do światła. Przy gofrach rzucasz zaklęcie odwlekające w czasie, obiecując, że zjecie je po obiedzie. A przy wacie cukrowej serwujesz dramatyczną historię z dzieciństwa o włosach sklejonych nią od brwi aż po łopatki.

Już myślisz, że się udało. Już oczyma wyobraźni zagarniasz dla siebie kawałek plaży przy samym brzegu, co może być nieco utrudnione, skoro nie zająłeś sobie miejsca trzy godziny temu. Już niemal walisz w paliki parawanu gumowym młotkiem, kiedy nagle widzisz TO. I już wiesz, że nie masz szans.

 

I buuuum!

Ten, kto to wymyślił, powinien się smażyć w głębokim kotle. Automaty-durnomaty. Rodzicielska ściana płaczu. Wrzuć złotówkę, dwa, pięć złotych, a dostaniesz wielkie g… Zabawkę znaczy. Fosforyzującego gluta idealnie wkręcającego się we włosy dwulatki. Kotka wielkości guzika, który zgubi się po dziesięciu minutach zabawy, a będzie opłakiwany, i to głośno, przez kolejną godzinę. Piłkę uciekinierkę, która odbije się pięć razy na nierównym chodniku, żeby widowiskowo skończyć po kołami przejeżdżającego autobusu. Dinozaura, który wykluje się z jaja, a potem się okaże, że jest niewłaściwego koloru, niewłaściwego gatunku i poza tym jest za mały, za maałyy, za maaałyyy… Buuuu….

O jeżu kolczasty, za cóż Ty nas tak karzesz?!?

W tym upale, z tym majdanem na plecach, po tym przepychaniu wśród tłumu odzianego w koszulki z napisem „Jestem na diecie czekoladowej” (dla niej) albo „Jestem gruby, bo mnie stać” (dla niego) zatrzymujesz się przed rodzicielską ścianą płaczu i zaczynasz pertraktację z dzieckiem. Niestety ze wszystkich Twoich tłumaczeń o badziewiu, pierdołach, kiepskiej jakości i stracie pieniędzy słyszy ono tylko „blablabla”. Zresztą, nawet gdybyś dla świętego spokoju postanowił już poświęcić tę złotówkę, to i tak jej nie masz, bo przecież ostatnie monety wykorzystałeś na kibel w restauracji albo minutową przejażdżkę trzęsąco-charczącym samochodzikiem czy inną karuzelą.

 

A gdyby tak…

Wakacje kosztują. Wakacje z dziećmi kosztują więcej i nie ma tu na myśli tylko nerwów. Nic więc dziwnego, że taki opór budzi w nas wydawanie pieniędzy na takie pierdoły. Że z uporem maniaka tłumaczymy, że nie warto, że się nie opłaca, że bez sensu. I odmawiamy, ciągle odmawiamy w imię zdrowego rozsądku, konsekwencji i mądrego wychowania.

A gdyby tak odpuścić?

I nie – nie mam tu bynajmniej na myśli polityki pod hasłem „masz tu, syneczku kartę taty i karteczkę z numerem pin, i kup sobie, co chcesz” (i to nie tylko dlatego, że w większości badziewiosklepików kartą i tak nie zapłacisz), a po prostu… kieszonkowe. Stare, dobre kieszonkowe, którym dziecko może dysponować samo i bez naszego wymądrzania się. Dwa, trzy, pięć, może i dwadzieścia złotych dziennie, do których nie będziecie się wtrącać i których przeznaczenia nie będziecie kwestionować, choćby to oznaczało dwudziestą kulkę albo dziesiątego gluta? Jeśli podejdziecie do tego mądrze, to… naprawdę działa.

 

Kieszonkowe dla dziecka – czy to się sprawdza?

Może Wam się wydawać, że Wasze dzieci są jeszcze za małe, ale ja testowałam tę metodę już z dwulatkami. W czasie wakacyjnego wyjazdu dziewczyny dostają codziennie niewielką kwotę (u nas trzy złote), którą mogą wydać na własne przyjemności od razu albo odłożyć na „coś większego”. My, rodzice, płacimy za lody czy przekąski dla całej rodziny, ale za rzeczy dodatkowe dzieciaki płacą sobie same i każde marudzenie o kulki z automatu czy inne tałatajstwo można zamknąć odesłaniem do dziecięcego portfela.

Oczywiście na początku dzieci mają tendencję do wydawania pieniędzy na automaty czy inne drobiazgi, ale z czasem zaczynają zauważać, że taka „inwestycja” nie za bardzo się opłaca i zaczynają myśleć o jakiejś bardziej sensownej pamiątce w podróży. To naprawdę działa, ale warto pamiętać o kilku kwestiach.

 

Kieszonkowe dla dziecka – jak to ugryźć?

–> jasno ustalcie zasady – jakie „wydatki” pokrywacie z rodzinnego budżetu wakacyjnego, a za jakie odpowiedzialne jest samo dziecko. Liczy się zdrowy rozsądek – jeśli każecie maluchowi płacić za zakupy żywieniowe albo parking na starym mieście w Gdańsku, to się raczej nie sprawdzi.

–> kwota kieszonkowego musi być sensowna, dopasowana nie tylko do waszego budżetu i wieku dziecka, ale i do lokalnych cen; jeśli będzie zbyt niska i dziecko nie będzie mogło sobie kupić za dniówkę choćby drobiazgu, straci zapał i wróci do formy „tato, daj!”. Jak doskonale pamiętamy, dzieci nie są najlepsze w czekaniu i cierpliwym odraczaniu przyjemności, więc nie zmuszajmy ich do wysiłku ponad siły.

-> w przypadku maluchów dniówka sprawdza się najlepiej; tygodniówka czy większa kwota na cały wyjazd mogą rozpłynąć się już pierwszego dnia i wtedy… no cóż… To na pewno nikomu nie ułatwi życia

–> pozwólcie dziecku naprawdę samodzielnie decydować o przeznaczeniu jego pieniędzy, nawet jeśli boli Was zakup kolejnego balona albo takiej samej kulki. Po pierwsze – to, co nieciekawe i badziewne dla nas, dla dziecka może być wymarzonym skarbem. Po drugie – to najlepszy sposób, żeby nauczyć się wartości pieniądza i mądrego nim zarządzania. Dla mnie jedynym powodem, żeby powiedzieć “veto” są kwestie bezpieczeństwa i  właśnie takim argumentem się wtedy posługuję (nóż czy zapalniczka, choćby z różowym kotkiem na opakowaniu, to nie jest dobra zabawka dla czterolatki).

 

A co jeśli wyda wszystko na głupoty?

Boi nas serce, kiedy widzimy badziewny zakup i wiemy, że już za chwilę, już za momencik dziecko będzie tego żałować. Ale takie jest życie. Zresztą, czy my czasem nie kupujemy kolejnej niezbyt potrzebnej pary butów lub superpotrzebnego krzesiwa na wypadek apokalipsy zombie? Pozwólmy dzieciakom mieć i swoje kaprysy. Akceptując ich wybory (także zakupowe) pokazujemy, że szanujemy ich zdanie, dajemy prawo decydowania (choć w części) o sobie i pozwalamy na coraz większą samodzielność.

Jasne – maluchowi brakuje doświadczenia i czasem warto mu podpowiedzieć czy coś zasugerować – zobacz, ten plastikowy kotek ma tylko trzy nogi, ta łopatka jest z bardzo słabego plastiku, masz już identyczną fokę w domu. Ale jeśli nasz potomek mimo tego upiera się przy swojej decyzji, to – no cóż – niech sobie zdecyduje. To w końcu jego pieniądze i jego spełnione „marzenia”, nawet jeśli szybko mogą okazać się kupką połamanego plastiku. Niech i tak będzie, choćby miałoby się to zakończyć smutkiem i łzami. Zadaniem rodzica nie jest ochrona dziecka przed wszystkimi smutkami, ale wsparcie go w trudnych emocjach i nauka radzenia sobie z nimi, kiedy już się pojawią, bo ich pojawienie się jest przecież nieuchronne.

 

Nigdy nie wiesz…

I jedna uwaga na koniec. Moja córka ma pingwina. Pluszak jakich wiele. Niepozorny, niewielki. Kupiony w czasie wycieczki do wrocławskiego ZOO. Kiedy go wybrała, przewracaliśmy oczami i marudziliśmy pod nosem, bo kolejny pluszak, bo trafi do pudła z całą resztą, bo będzie leżał i się kurzył. Bo mogła wybrać coś innego, coś lepszego, coś, co NAM bardziej się podobało. Ale JEJ podobał się pingwin. Do dziś jest to jej najukochańszy zabawkowy przyjaciel. Jeździ z nami na wycieczki, chodzi do lekarza, odwiedza znajomych, towarzyszy w zasypianiu i w chorobie, odprowadza do przedszkola. Jest jej. Sama go wybrała, sama go kupiła, sama go uwielbia. I o to właśnie chodzi.

A Wasze dzieci dostają kieszonkowe? Kiedy zaczęły? Jak sobie radzą w kontrolowaniem własnych wydatków?

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

2 Responses

  1. ula mamonik
    | Odpowiedz

    Hejka 🙂
    Bardzo mądry wpis i podejście do tematu 🙂
    U mnie ten sposób jest stosowany od lat. Systematycznie i z ustalona kwotą – od minimum 4. Aczkolwiek i wcześniej dziewczyny miały zawsze swoje pieniądze. Kieszonkowe to jeden z lepszych sposobów na naukę obchodzenia się z pieniędzmi. Starsza ma taki charakter – że od dzieciaka potrafiła kontrolować swoje wydatki. I pieniądze wydaje wtedy – gdy czegoś naprawdę chce, a nie bo w reklamie pokazali, że jest fajne. Więc jej było po prostu łatwiej.
    Natomiast młodsza to sroka 🙂 Chciałaby mieć wszystko co zobaczy. I na początku właśnie tak było. Szybko pozbywała się każdej kasy – którą miała. Właśnie na takie kulkowe pierdółki, zabaweczki z gazetek i tysiąc innego dostępnego badziewia. Z czasem jednak odkryła – że badziewie to jednak badziewie i nie zawsze warto wydawać na nie kasę. Trochę to trwało, potkniecia też się zdarzały i dalej zdarzają. Potem przeszła na wyższy poziom – z badziewia za kilka zł zmieniła zainteresowanie na super fikutaśne zabawki reklamowane w telewizji. Na nie nauczyła się zbierać kasę trochę dłużej – czasami z pomocą rodziny, czasami bez. I kupowała droższe zabawki, koniecznie reklamowane. Po jakimś czasie odkryła że reklamy kłamią – i ta obiecana zabawa nie zawsze pokrywa się z jej gustem. Znowu kilka takich wpadek zaliczyła. Teraz ma fioła na punkcie klocków lego (choć nauczyła się nie przywiązywać do nazwy klocków). Więc kupuje sporo z takich zestawów – ale tu już decyzje podejmuje ze względu na skład zestawu, a nie nazwę – czy była reklama w telewizji czy nie. Kupi każdy zestaw lego friends – dla figurki zwierzaka 😉 jeśli jeszcze go nie ma. Odkryła też – ona i ja przy okazji. Że ważniejsza jest dla niej dobra zabawa z przyjaciółmi niż kolejna zabawka. Potrafi na festynach postawić bilet koleżance na dmuchańce – grunt by bawić się razem. Doskonale rozumie że pieniędzy jest zwykle ograniczona ilość – i się kończą. Dlatego teraz umiejętniej wybiera na co je wydaje. Sytuacja sprzed kilku miesięcy. Poszła do sklepu z zabawkami, obeszła wszystkie półki i na końcu stwierdziła, że tym razem nie ma tu nic co by ją interesowało i na co warto wydać pieniądze. Z jej charakterem długo zbierałam szczękę z podłogi. A miała wtedy 6 lat 🙂 Więc kieszonkowe działa. Dzieciaki wyżej cenią swoje pieniądze niż rodziców. Za nasze potrafią kupić więcej pierdół, na które przy kupnie zabawek za swoje pieniądze nawet nie spojrzą.
    Też ostatnia sytuacja. Coś upatrzyła w sklepie i mnie dusi o kupno. Więc standardowy tekst – masz swoje pieniądze – jak Ci zależy – to kup to sobie. Chwilę myśli i decyzja. Nie nie kupię, za moje pieniądze to nie warto 🙂
    A sytuacja z automatami sama się rozwiązała na któryś wakacjach 🙂 Gdy automat pożarł kasę i nie wyskoczyła kulka. Trochę rozpaczała, trochę płakała a potem stwierdziła że to oszustwo. Ma uraz i mało kiedy jest gotowa znowu powierzyć temu urządzeniu swoje pieniądze.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      U nas etap “super reklama, chcę taką zabawkę” właśnie trwa, ale, co ciekawe, jak przychodzi do ewentualnego zakupu, to dziewczyny jednak wybierają coś bardziej zgodnego z ich zainteresowaniami (trwa szajba na bajkę Dora i przyjaciele).
      Niesamowite z tym spacerem po sklepie i stwierdzeniem, że nie ma tu jednak nic ciekawego. Dla moich córek coś ciekawego zawsze jest 😉 Mam nadzieję, że z tego wyrosną.

Skomentuj