Koszmarny Karolek, Doskonały Damianek… O etykietach, które krzywdzą dzieci

with Brak komentarzy

koszmarny karolekPrzychodzi nam to nadspodziewanie łatwo. Szufladkowanie, przypinanie łatek, etykietowanie. My, dorośli, dobrze wiemy, które dziecko jest grzeczne, a które rozrabia. Które pracowite, a które leniwe. Które mądre, a któremu… sporo brakuje. Rozkład ról jest jasny i w szkole, i w klasie, i na treningach piłki nożnej, w końcu także i w domu. Bo przecież i my, rodzice, dobrze wiemy, która z naszych pociech jest odważna, a która tchórzliwa. Która posłuszna, a która wiecznie na „nie”. Która spokojna, a która zawsze i wiecznie się awanturuje.

Wiemy to dobrze. Umiemy przecież obserwować. Mamy doświadczenie, które pozwala nam fakty zauważyć, zebrać, ocenić. O tak, wiemy doskonale, kim nasze dzieci są i czego możemy się po nich spodziewać.

Szkoda tylko, że nie potrafimy tego zachować dla siebie.

 

Nie bądź taki koszmarny, Karolku!

„Dlaczego ty musisz być taka uparta?”

„Dlaczego ty zawsze musisz być na nie?”

„Znowu źle zrobiłeś zadanie? Ty naprawdę nie potrafisz się skupić.”

„Po co wchodzisz na tę drabinkę? Przecież wiesz, że będziesz się bała zejść!”

„Dlaczego twój brat płacze? Pewnie znowu go uderzyłaś?”

To są zdania, które nasze dzieci słyszą każdego dnia. Codziennie, krok za krokiem, wtłaczamy w ich głowy, że są takie a nie inne. Że ZAWSZE, że NIGDY, że WIECZNIE, że WCIĄŻ.

Zamiast skupić się na konkretnych trudnych zachowaniach, których nie możemy tolerować, zamiast poszukać potrzeb, które za nimi stoją i których zaspokojenie mogłoby takie zachowania wyeliminować, definiujemy dziecko i klasyfikujemy je. Nierzadko nieodwołalnie.

Jeśli Maciek przeszkadza w czasie czytania bajki przedszkolakom, to jest po prostu niegrzeczny. Bo tak jest łatwiej niż dostrzec i zaspokoić potrzebę ruchu.

Jeśli Kasia zamiast przywitać się ze znajomymi rodziców chowa się za ich nogami, to jest wstydziochem albo – gorzej jeszcze – niewychowanym dzieckiem, które trzeba nauczyć kultury. Bo tak jest prościej, niż zrozumieć, że potrzebuje czasu, żeby oswoić się  nowymi ludźmi. I przyznać, że ma do tego prawo.

Jeśli Michał bije młodszego brata, to jest niegrzecznym i agresywnym łobuzem. Bo tak jest wygodniej, niż zobaczyć, że trudno mu się odnaleźć w zupełnie nowym świecie, w który nagle wtargnęło rodzeństwo. Że targają nim emocje, których sam nie rozumie, a kontrolować nie potrafi. Że może rozpaczliwie poszukuje uwagi rodziców, której nagle bardzo mu brakuje.

 

Samospełniające się proroctwo?

Moja grzeczna córeczka. Mój mały rozrabiaka. Mój nieśmiałek. Mój nerwus. Moja dzielna dziewczynka, która niczego się nie boi. Mój uparciuch. Mój niejadek. Moja księżniczka.

Mówimy tak bez złych zamiarów. Mówimy czasem gdzieś po cichu i półsłówkami, ale częściej chyba wprost i głośno. A nasze dzieci to słyszą. I każdego dnia, krok za krokiem, idą z ciężarem etykiet, które im przyklejamy. Przeciw którym czasem się buntują. Które czasem mniej lub bardziej obojętnie akceptują. W które same zaczynają wierzyć.

Które z czasem stają się samospełniającym się proroctwem.

Bo skoro na koniec i tak jestem „niegrzeczny”, to po co mam się starać być miły? Bo skoro i tak jestem łobuzem, to po co mam się powstrzymywać? Bo skoro i tak jestem niedbała i nieuważna, to po co mam ślęczeć nad tymi szlaczkami?

Bo skoro dla nich, dla rodziców, dla nauczycieli, dla dziadków, jestem koszmarny, to widać taki właśnie jestem i nic tego nie zmieni?

 

Niespodziewany ciężar

Ale nie tylko o negatywne etykiety tu chodzi, bo ciążyć mogą i te, które w oczach nas, dorosłych, wydają się komplementem. Grzeczna dziewczynka, dzielna córeczka, pracowita uczennica, odważny chłopiec – powtarzane dzień po dniu i zapisujące się gdzieś z tyłu głowy określenia sprawiają, że dzieci czują się zobligowane do bycia właśnie takie. Zawsze i wszędzie. I żyją w pogoni za ideałem, którego doścignąć się nie da. Bo przecież nie da się być zawsze grzecznym, zawsze pracowity, zawsze odważnym. Bo przecież czasem mamy dzień lenia, boimy się, mówimy nie albo zwyczajnie nie mamy ochoty się uśmiechać. I to też jest ok. I w tym też nie ma nic złego. I to też nie jest powód do wyrzutów sumienia i poczucia winy.

Bo każdy z nas – i dotyczy to nie tylko dzieci, ale i dorosłych – czasem jest koszmarny, a czasem idealny, czasem spokojny a czasem rozemocjonowany jak tykająca bomba, czasem radosny i pozytywnie nastawiony do życia, a czasem smutny i pełen złych przeczuć, czasem odważny a czasem przerażony.

Na tym polega bycie dzieckiem i bycie człowiekiem tak po prostu.

A jeśli nawet w każdym z nas dominują pewne cechy, jeśli mamy taki a nie innych charakter i usposobienie, to tylko lepiej, tylko ciekawiej, tylko różnorodniej.

 

Koszmarny Karolek atakuje

Kilka dni temu razem z moimi córkami przeczytałyśmy książkę o Koszmarnym Karolku i jego początkach. Zabawną i dowcipną – to na pewno. Ale przy okazji taką, która jest świetnym punktem do rozmowy o tym, jak łatwo można skrzywdzić innych etykietami i wtłoczyć go w ramki, które wcale mu nie pomagają i które tylko pogarszają sytuację.

Bo tak, Koszmarny Karolek bywa łobuzem, ale to jego łobuzowanie zawsze się z czegoś bierze. Z tego, że nikt nie pyta go o zdanie, albo to zdanie wyraźnie lekceważy. Z tego, że jest zmuszany do robienia rzeczy, na które po prostu nie ma ochoty. Z tego, że się nudzi, że jest rozczarowany, że jest zazdrosny. Że nie potrafi jeszcze panować nad emocjami. Że jest dzieckiem po prostu i jako dziecko chce eksperymentować i odkrywać.

Koszmarny Karolek jest też idealnym przykładem tego, jak to dorośli potrafią być niesprawiedliwi. I jak potrafią swoje dzieci wpychać w ich role. Jak wtedy, kiedy postanawia się zmienić, a jego rodzice i tak spodziewają się po nim koszmarnych zachowań i o koszmarne zachowania do podejrzewają. A jemu pozostaje tylko – w końcu – do swojej roli wrócić…

 

Koszmarny Karolek vs. my, dorośli

Jako dorośli – rodzice, nauczyciele, opiekunowie – powinniśmy mieć świadomość, jaką siłę mają nasze słowa. Jak etykiety mogą ciążyć naszym dzieciom, które z tymi etykietami pójdą dalej w świat. I może nawet w dorosłym życiu będą się z nimi zmagać.

Jako dorośli musimy wbić sobie do głów, że oczekiwanie, że wszystkie dzieci  będą takie, jak NAM by było wygodnie – spokojne, uległe, posłuszne, zawsze współpracujące i zadowolone – jest po prostu absurdalne i świadczyć może co najwyżej o naszej naiwności.

Jako dorośli  musimy w końcu pamiętać, że to, co pozwalamy sobie zdefiniować jako koszmarność, nader często jest po prostu wyrazem niezaspokojonych potrzeb, trudności wynikających z etapu rozwoju albo zwyczajnie… dziecięcej natury. I że, choć zabrzmi to może paradoksalnie, wszyscy potrzebujemy Koszmarnych Karolków. Ich odwagi, odkrywczości, autentyczności po prostu. I wszyscy potrzebujemy też czasem Koszmarnymi Karolkami się stać, żeby nie oszaleć po presją doskonałości.

Bo chociaż Koszmarny Karolek potrafi przyprawić o ból głowy, to jedno jest pewne – świat pełen Doskonałych Damianków okazałby się jednocześnie koszmarnie doskonały i doskonale koszmarny.

 

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Znak Emotikon.

 

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj