Macierzyńska intuicja – niezwykły dar czy… wygodna wymówka?

with Brak komentarzy

macierzyńska intuicjaJest taki tajemniczy głos, cichy, ale nieustępliwy, który bez słów podpowiada, jak budować najważniejszą być może z relacji. „Weź na ręce” – szepcze, gdy słyszysz bezradny płacz dziecka i nie masz pojęcia, co się z nim dzieje. „Przytul” – sugeruje, gdy maluch trzęsie się ze strachu przed cieniem na ścianie. „Nakarm” – kołacze w głowie, kiedy widzisz wysuwający się rytmicznie języczek niespokojnie mruczącego noworodka.

To taki głos, który – nadal bez słów – włącza w nas najbardziej instynktowne reakcje. Każe bujać, kołysać, głaskać, drapać w odpowiedzi na sygnały, które odbieramy od dziecka gdzieś na granicy świadomości. Który ostrzega przed zagrożeniem tam, gdzie inni mogą go jeszcze nie widzieć. Który krzyczy, wrzeszczy, każe biec na ratunek jeszcze zanim rozum odbierze, przetworzy, przełoży na racjonalny komunikat informację o niebezpieczeństwo.

To taki głos, który każe nam wierzyć, że to my znamy najlepiej nasze dziecko. To my chcemy dla niego najlepiej. To my podejmujemy najlepsze dla niego decyzje.

A co jeśli się myli?

 

Macierzyńska intuicja? Kocham Cię!

Jeśli jesteście ze mną od jakiegoś czasu, to wiecie, że jestem gorącą zwolenniczką macierzyńskiego instynktu. Wierzę, naprawdę wierzę, że wsłuchanie się w siebie i dziecko to najlepszy sposób, żeby znaleźć ścieżkę najwłaściwszą i najpiękniejszą dla Was obojga. Bo każda mama i każde dziecko różnią się od siebie, a wtłaczanie wszystkich w sztywne ramki prowadzić może jedynie do zagubienia, frustracji i złości.

To właśnie przeświadczenie o sile macierzyńskiego instynktu pozwala mi przekonywać każdą mamę (i siebie także, bo przecież i ja mam momenty zwątpienia), że da sobie radę z dzieckiem, że nie musi się przed nikim tłumaczyć, że nie musi się godzić na wybrukowane dobrymi radami piekło matek. I że wreszcie ma święte prawo powiedzieć wszystkim i każdemu z osobna TO NIE TWOJA SPRAWA! Ale przy całej mojej wierze w macierzyńską mądrość, nie sposób nie wspomnieć o pewnym niebezpieczeństwie…

 

Macierzyńska intuicja? A jeśli się mylisz?

Kiedy na jakiejś grupie dla mam pojawia się dyskusja o kontrowersyjnej kwestii, zawsze znajdą się Ci, który powiedzą, że masz nie słuchać nikogo, zaufać sobie i robić tak, jak serce ci podpowiada. Bo przecież my, matki, wiemy lepiej. My, matki, mamy swoją intuicję. My, matki, najlepiej potrafimy zająć się swoim dzieckiem. Czy aby na pewno?

My, matki, przede wszystkim jesteśmy tylko ludźmi. Choć znamy swoje dzieci najlepiej i jak najlepiej dla nich chcemy, nie mamy i nie możemy mieć patentu na nieomylność. Warunkują nas nasze własne doświadczenia, środowisko, z jakiego wychodzimy, relacje z otoczeniem, styl wychowawczy rodziców, wykształcenie, charakter i cała seria czynników, z którym można by tu było ułożyć litanię. Prawda jest taka – że nasza wiedza i nasze doświadczenie są ograniczone, a my – choć w niektórych macierzyńskich serduszkach może się to nie mieścić – możemy się zwyczajnie mylić. I choć prawo do błędów wliczone jest w ludzką naturę i w rodzicielstwo także, to – ze względu na dobro dzieci – warto chyba powalczyć o to, żeby tych błędów było jak najmniej. Bo przecież ich konsekwencje mogą się ciągnąć za nami i za naszymi skarbami przez całe lata…

 

Macierzyńska intuicja? Jakie to wygodne!

Chociaż mnie, zwolenniczce i wielbicielce macierzyńskiego instynktu łamie to serce, coraz częściej odnoszę wrażenie – smutne, przygnębiające i… przerażające – że zaczyna się go czasem traktować jako usprawiedliwienie dla robienia, co nam się tylko podoba. Dla wygodnictwa, dla ignorancji, dla totalnej samowolki. Jako wygodną wymówkę, którą odpowiadamy na każdą uwagę czy radę. Choćby była ona najbardziej wyważona, najbardziej rozsądna, najbardziej poparta faktami.

Warto sobie zrobić rachunek sumienia, czy nie jest czasem tak, że – zamiast stosować się do zaleceń, zamiast zagłębić temat, zamiast posłuchać ekspertów – idziemy na łatwiznę, usprawiedliwiając się intuicją? Wkładamy dziecko w chodzik, bo tak wygodniej, pomimo tego, że fizjoterapeuci biją na alarm, jakie to szkodliwe dla kręgosłupa. Żeby wypić spokojnie kawę, sadzamy niemowlaka przed telewizorem, bo „przecież on tak się cieszy” i „widać, że to dla niego dobra stymulacja”, chociaż naukowcy jednoznacznie twierdzą, że tego rodzaju bodźce dla malucha są bardzo szkodliwe. Nosimy w wisiadle przodem do świata, bo „on tak lubi wszystko wiedzieć”, chociaż koleżanka z certyfikatem doradcy chustonoszenia pokazuje, jak bardzo obciąża to dziecięcy kręgosłup.

To nie jest intuicja. To jest tylko przykrywka. Robimy po swojemu, bo tak chcemy. Bo tak wygodnie. Bo tak nam łatwiej. Czasem także dlatego, że zwyczajnie NIE CHCE NAM SIĘ SPRAWDZIĆ.

 

Macierzyńska intuicja? Sprawdzam!

Mamy ten przywilej, że żyjemy w XXI wieku. Nigdy tak, jak dzisiaj, dostęp do wiedzy nie był tak łatwy i tak powszechny. Warto z tego skorzystać! To prawda, że natłok informacji wymaga umiejętnego ich sortowania i oddzielenia głupot od rzetelnych danych. To prawda, że czasem nie jest łatwo się w tym odnaleźć. Ale to też prawda, że warto i trzeba próbować. Dla siebie samych. Dla spokojnego sumienia. Dla naszych dzieci, które przecież zasługują na to, co najlepsze.

Więc tak – macierzyńska intuicja jest ważna. Ale i tej intuicji warto powiedzieć „sprawdzam”. Podeprzeć ją wiedzą, rzetelnymi danymi, opiniami specjalistów. Specjalistów prawdziwych, nie samozwańczych ekspertów z internetu, którzy wysypkę diagnozują na podstawie jednego zdjęcia, a każdą swoją opinię podpierają nieśmiertelnym „kiedyś się tak robiło i było dobrze”.

I nie – nikt nie mówi, że zaleceń trzeba się trzymać jak świętości. Że trzeba swoje dziecko upychać w tabelki, schematy i regułki. Ale  dopiero mając podstawę z wiedzy można bezpiecznie dać przemówić intuicji, pozwolić jej zmierzyć się z twardymi faktami i zdecydować, co faktycznie dla naszego dziecka jest dobre.

 

Macierzyńska intuicja kiedyś i dziś

Kiedyś, kiedy dostęp do wiedzy był mniejszy, macierzyńska intuicja i wiedza przekazywana przez matki i babki były jedynym kapitałem młodej mamy. Dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj możemy nasze przeczucia i przyzwyczajenia skonfrontować z naukowo potwierdzonymi faktami. Dzisiaj już wiemy, że chorego dziecka nie wkłada się do chlebowego pieca, żeby je wygrzać. Dzisiaj już wiemy, że ssanie przez niemowlaka nasączonej spirytusem pieluszki to nie jest dobry sposób na ząbkowanie. Dzisiaj już wiemy, że wywar z makowin to nie jest bezpieczny środek na dobry sen dziecka. A przecież kiedyś tak robiono! A przecież kiedyś święcie w to wierzono!

I nie – wcale nie chodzi o to, żeby odrzucić hurtowo dobre rady mam i babć, a tylko o to, żeby je sprawdzić. Żeby zobaczyć, co o chodzikach, soczkach, zupkach w trzecim miesiącu życia, klapsach jako wychowawczej metodzie mówią FAKTY. Bo fakty, medycznie i naukowo potwierdzone (na tysiącach i setkach tysiącach dzieci, a nie na jednym wnuczku sąsiadki, któremu „nic nie było”) są mierzalne, są namacalne, są obiektywne. I owszem – kiedyś, za sto lat, może się okazać, że nasza dzisiejsza wiedza była niewystarczająca. Że nasza, dzisiejsza interpretacja faktów była nie do końca trafna. Że nasza, dzisiejsza baza wiedzy, jest tylko fragmentaryczna. Ale ta wiedza to nadal najlepsze, czym dysponujemy na dziś. I warto z niej korzystać, żeby nie stać się tak po prostu złą matką. Warto jej użyć jako podporę i wsparcie dla naszej intuicji.

 

Bo chociaż macierzyńska intuicja to nasz największy sprzymierzeniec i ogromny kapitał na rodzicielskiej drodze, to błądzenie jest wpisane w nasza naturę. I czasem za głos intuicji możemy wziąć własne wygodnictwo, własne złudzenia albo własne widzimisię. Więc tak – korzystajmy z niej, słuchajmy jej, pozwólmy jej prowadzić się przez zawiłości rodzicielskiej drogi. Ale czasem też powiedzmy jej „sprawdzam”. Bo tylko głupiec nie korzysta z narzędzi, które leżą w zasięgu ręki.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj