Mało? Mało! Czyli dzieci w przestrzeni publicznej

with 1 komentarz

dzieci w przestrzeni publicznejMało, coraz mniej – mam wrażenie – jest miejsca dla dzieci w przestrzeni publicznej. Budujemy im nowe place zabaw, jupiparki wypasione, parki rozrywki. Żeby miały gdzie siedzieć, żeby miały gdzie biegać, żeby miały gdzie się bawić. Zza kolorowych płotków i szyb (najlepiej dźwiękoszczelnych) uśmiechamy się z podziwem i pobłażliwością dla młodości, co musi się wyszumieć. Ale niech tylko wyjdą, niech zaczną nam włazić pod nogi… Oooo… Tutaj uśmiechy się kończą.

Ale nie, stop! Może inaczej. Kochamy dzieci, oj kochamy! Kiedy niemowlaczek słodko śpi w wózeczku pod kocykiem w pandy. Kiedy ululany bąbelek w chuście bosą stópką chwyta za serce. Kiedy pyzata trzylatka swoimi dociekliwymi pytaniami o to, co pieski robią na trawniku, doprowadza mamę do spazmów a pół tramwaju do łez śmiechu. Kiedy rezolutny pięciolatek z uśmiechem recytuje wiersz na osiedlowym festynie z okazji Dnia Babci i Dziadka.

 

Mało!

Ale niech tylko zapłaczą, niech focha strzelą, niech zaczną krzyczeć i biegać. Albo niech odezwą się bez szacunku, awanturę zrobią ze zmęczenia i żalu. To wtedy już nie! To wtedy już ich nie chcemy w naszym dorosłym, uporządkowanym świecie! To już wtedy lecą „gówniaki”, „bachory”, „szczyle” niewychowane i ich matki, o przepraszam, ich maDki, co to nie potrafią dziecka ustawić i jeszcze się z nim pchają między ludzi.

Nie dla nich nasze tramwaje, w których można śmierdzieć i plotkować przez telefon na pół regulatora, ale płakać już nie wypada. Ani kościoły, do których Jezus wprawdzie zapraszał dzieci, ale ksiądz proboszcz się skupić nie może. Że o restauracjach, w których dorośli ludzie prowadzą dorosłe życie, już nawet nie wspomnę.

Nie dla nich nasze supermarkety, w których nie do przyjęcia są płacz i marudzenie, ale nie razi walka na łokcie o wigilijnego karpia albo awantura przy kasie o naklejki na pluszaki-straszaki. Nie dla nich nawet nasze ulice, bo chociaż ciągle jeszcze nie sprzątamy po swoich psach, które nawaliły na chodnik, a pety bez żenady rzucamy pod nogi, to nie ma tu miejsca na krzyki, piski i niesubordynację.

 

Kochamy je. Ale…

Oj tak, bo my bardzo kochamy dzieci. Kochamy je aż do bólu. Niech przybiegają do nas z bukietami polnych kwiatów i koślawymi laurkami. Niech słodką czapeczką z misiowymi uszkami albo radosnym śmiechem rozświetlają ponurą jesień. Ale jak im się włączy kiepski humor, jak już mają ten gorszy dzień albo – nie daj borze szumiący – mają inne zdanie niż jedyne właściwe, czyli nasze, to niech sobie idą gdzieś indziej zaburzać ład i porządek. Niech sobie zabiorą te swoje nieokiełznane emocje, dziwne pomysły i tę całą energię, którą trzeba gdzieś rozładować. Niech do nas wrócą, jak już się uspokoją, ugłaszczą, uczeszą.

A na razie niech idą gdzieś indziej być dziećmi.

 

Dzieci w przestrzeni publicznej?

Ledwie dwa dni temu opublikowałam wpis zainspirowany moją zakończoną przedwcześnie przejażdżką tramwajem w towarzystwie dwójki dzieci (poczytaj tutaj). Komentarze i prywatne wiadomości, jakie po nim dostałam, tylko potwierdziły moje przypuszczenia. Z jednej strony historie rodziców, którzy „życzliwe” teksty przechodniów zaczęli już traktować jak normę, z drugiej napastliwe wiadomości pod hasłem „nie będziesz mi mówić, jak mam się odnosić do twojego gówniaka”. Czy naprawdę żyjemy w takim świecie? W takich czasach?

 

Marzy mi się

Marzy mi się świat pozytywny, w którym stać nas, ludzi, na wyrozumiałość wobec drugiego słabości, niedojrzałości, emocji innych niż promienna radość. W którym potrafimy, tak po ludzku, bezinteresownie, zrobić miejsce w tramwaju, uśmiechnąć się ze zrozumieniem albo taktownie odwrócić wzrok, zamiast do czyjegoś balastu dorzucać jeszcze pochopną ocenę lub gromy oburzenia.

Marzy mi się świat, w którym ludzie pamiętają, że nie od razu byli dorośli, nie od razu potrafili poradzić sobie z codziennością i własnymi problemami. W którym gdzieś z tyłu głowy pamiętamy, jak my sami płakaliśmy nad cukierkiem, który wpadł w piasek, albo krzywo pokolorowanym pieskiem.

Marzy mi się świat, w którym miejsce jest dla każdego. Małego i dużego, młodego i starego. W którym ten dojrzalszy i mądrzejszy potrafi zaakceptować niedojrzałość tego drugiego i cierpliwie przymknąć oko na jego uciążliwość.

W którym dziecko może być dzieckiem i ćwiczyć się w życiu pośród życzliwych dorosłych. Po przecież gdzieś tego bycia w społeczeństwie też musi się nauczyć. Czyż nie?

 

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

One Response

  1. driveracademy
    | Odpowiedz

    To prawda, że coraz mniej jest miejsca dla dzieci do zabawy. Ludzie czesto negatywnie reagują na dzieci biegające koło bloku czy w parku, a przecież dziecko musi mieć się gdzie wybiegać. Warto pojechać z dziećmi gdzieś za miasto i dać im trochę swobody.

Skomentuj