Marzy mi się… Czyli czy warto być blogerem?

with 2 komentarze

marzy mi sięMarzy mi się taki świat, w którym dziecko traktuje się jak człowieka, choć małego. Z taką samą dozą szacunku, jak dorosłych, za to z o wiele większą dawką cierpliwości i wyrozumiałości. W którym poważnie traktuje się ich lęki, obawy, emocje. Łez nie kwituje się suchym „przestań się mazać” i „nie ma o co płakać”, potrzeb nie sprowadza do fanaberii, pragnień – do wymysłów.

 

Marzy mi się taki świat, w którym uczy się dzieci radzić sobie z emocjami, zamiast stawiać je do kąta, albo przepędzać do drugiego pokoju za to tylko, że czują smutek, złość, frustrację, nad którymi nie potrafią zapanować. Gdzie potrafimy pochylić się nad potrzebami, jakie za trudnym zachowaniem stoją, zamiast przyklejać etykietkę „niegrzecznego”, „rozpuszczonego” i systemem kar surowych leczyć objawy tylko, a nie przyczyny.

Marzy mi się świat, w którym klaps nie jest traktowany jak metoda wychowawcza. I w którym wszyscy, absolutnie wszyscy wiemy, że przemocą nie da się zbudować nic dobrego. Że przemoc zabija relację. Że przemoc łamie ducha.

Marzy mi się świat, w którym potrafimy ze sobą rozmawiać, ci duży, i ci mali. Gdzie nie chodzi o to, żeby wygrać, tylko znaleźć rozwiązanie. Gdzie potrafimy się wspierać, pomagać sobie, uśmiechać się do siebie tak po prostu. Być dla siebie ludźmi.

 

Na co Ci to?

Pytają mnie czasem, na co mi to całe blogowanie. Tyle godzin przed komputerem. Setki tekstów, setki tysięcy znaków. Myśli przelewane na klawiaturę w środku nocy, a czasem i bladym świtem.

Pytam się o to czasem także i ja sama. Kiedy dylemat, czy pisać po nocy, czy może w końcu pójść spać przed drugą. Kiedy awaria strony, kiedy wirusy, kiedy komunikaty o błędach, z których nie rozumiem ani słowa, a z którymi poradzić sobie trzeba. Kiedy czuję, że tekst dobry, a zasięgi obcięte tak, że nikt prawie go nie widzi.

I czasem jest pokusa, myśl taka, żeby rzucić to wszystko w diabły. Dać sobie spokój. Książkę poczytać leniwie, puzzle poukładać, w kołdrę się zawinąć zamiast ślęczeć przed klawiaturą.

 

A potem Wy

A potem Ania* pisze: „dzięki temu tekstowi odbudowuję relacje z moimi dziećmi”. A potem Jola*: „dzięki Twojemu wpisowi zaufałam swojej intuicji i raz na zawsze ucięłam toksyczną relację”. A potem Marta*: „Twój blog sprawia, że przestałam uważać się za beznadziejną matkę i do mojej rodziny powoli wraca równowaga”. A potem Iwona*: „tamten wpis pozwolił mi zrozumieć moje dziecko”. A potem anonimowa dziewczyna: „dziękuję, że to napisałaś. W końcu czuję, że nie jestem sama ze swoją stratą”. A potem Krystyna*: „popłakałam się ze śmiechu, tego było mi trzeba w ten beznadziejny dzień”. I na końcu Monika*: „od przeczytania Twojego tekstu ani razu nie uderzyłam swojego synka”.

I wątpliwości znikają.

(*imiona zmienione)

 

Czy warto być blogerem?

Wielu jest ludzi, którzy blogowanie uważają za głupotę, za zajęcie niepoważne, bezsensowne, szkodliwe nawet. Ze stratę czasu zwyczajną. A ja patrzę wokół siebie i widzę, że Mamaginekolog zbiera dla WOŚP ponad milion złotych! Że Michalina z Krystyno, nie denerwuj matki mobilizuje pół Polski, żeby dzieciakom z łódzkiego domu dziecka podkolorować trudną rzeczywistość watą cukrową i brokatem. Że Asia z bloga Matka jest tylko jedna dzień po dniu przekonuje ludzi, że można wychować dzieci dalej od sklepów, a bliżej siebie. Że Blogojciec tworzy unikalną grupę dla ojców, w której mogą się wspierać w byciu lepszymi, świadomymi tatami. Że Pani swojego czasu inspiruje tysiące kobiet do życia po swojemu.

Ta lista mogłaby być o wiele, wiele dłuższa.

Bo z blogiem jest trochę tak, jak z każdym innym narzędziem. Możesz nie wykorzystać go wcale. Możesz nim zrobić coś złego. Albo coś bardzo, bardzo dobrego.

 

Marzy mi się…

Daleko mi do blogowych tuzów, ale mam w sobie takie przekonanie, że jeśli dzięki mojemu blogowi, choć jedna osoba zmieni coś w swoim życiu, jeśli chociaż jedna kobieta odzyska wiarę w swoją intuicję, jeśli choć jedno dziecko przestanie być bite, to naprawdę warto.

Bo marzy mi się świat, w którym każdy COŚ od siebie daje, żeby wokół było trochę lepiej. Choćby to było naprawdę małe coś.

I po to mi ten blog.

Może uznacie mnie za sentymentalną albo naiwną, ale właśnie dzisiaj – kiedy od upublicznienia mojej pisaniny mijają dwa lata – chciałam się tym z wami podzielić.

 

Dziękuję, że tu jesteście. Wasze reakcje sprawiają, że chce mi się chcieć.

 

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

2 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Ja również dziękuję za to, że prostujesz (zawiłości wychowywania), naprowadzasz (na coś wartościowego), wyprowadzasz (z błędu) i dodajesz otuchy by łatwiej było ćwiczyć cierpliwość, motywujesz by starać zawsze mocniej zrozumieć i kochać.
    Dla mnie nieoceniony blog – pełen ciepła, szacunku, ale i takiej dobrej, zdrowej asertywności. Nie chcę być zarozumiały, ale uważam, że teraz wiem więcej i więcej rozumiem, więcej mogę dać i przekazać we właściwy sposób. Dziękuję, dziękuję, dziękuję…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To ja dziękuję za miłe słowa. Nawet nie wiesz, jak takie komentarze (i wszystkie inne, które widzę i doceniam), dają kopa do pisania. Nawet wtedy, kiedy chce się to wszystko rzucić w diabły.

Skomentuj