Matka Polka Poświęcająca Siebie?

with 7 komentarzy

Matka Polka

Śpieszymy się – to domena naszych czasów. Śpieszymy się w każdej już niemal dziedzinie życia. Z niewiadomych, niepojętych powodów staramy się przyśpieszyć, przeskoczyć, skrócić maksymalnie już nawet okres poświęcony domowi i dzieciom. Niezależnie od czynników finansowych, które bywają istotne, rośnie w nas potrzeba, żeby wrócić, wrócić jak najszybciej, do pracy, do ludzi, do świata. Do życia nie ograniczonego do dzieci. Tylko czy bycie w domu z dziećmi to ograniczenie?

 

Nasze mamy, nasze babcie znacznie częściej niż my dzisiaj poświęcały całe życie – przynajmniej na pewnym jego etapie – domowemu ognisku. To nie było nic zaskakującego, to nie było nic wyjątkowego. Stereotypowa Matka Polka yo była norma. Trzeba było wielu lat, wielu silnych i niezależnych kobiet, żeby tamtą normę zmienić – żeby kobieta mogła bez wyrzutów sumienia wyjść z domu, spełniać się zawodowo, powiedzieć, że nie wystarcza jej bycie mamą, żoną, gospodynią. I dobrze. Dobrze, że dziś mamy ten komfort i to prawo. Tylko czy nie poszliśmy w tym wszystkim za daleko?

 

Twój wybór.

Dobrze jest móc wybierać. Dobrze jest móc wybrać inną od tradycyjnej ścieżkę życiową i nie usłyszeć, że jesteś wyrodną matką. Zostawić dziecko pod opieką babci czy sprawdzonego żłobka i wrócić do pracy, w której znajdujemy spełnienie, zamiast z żalem poświęcać karierę na ołtarzu domowej tradycji. Wyjechać na dwutygodniową delegację bez wyrzutów sumienia, a ze świadomością, że rozwijasz się i idziesz w stronę zawodowego celu. Otworzyć własną firmę, realizować marzenia, żyć pasją zamiast rezygnować ze wszystkiego. JEŚLI TEGO WŁAŚNIE POTRZEBUJESZ.

Ale równie dobrze byłoby móc dziś trzymać się tej dawnej, tradycyjnej ścieżki i nie usłyszeć, że jesteś ograniczoną kobietą, kurą domową bez ambicji, leniem siedzącym w domu z dziećmi albo nieszczęśliwym skazańcem zamkniętym w domowym areszcie. Oj biedna Ty, biedna Matka Polka! Choć brzmi to absurdalnie, coraz więcej widzę wokół siebie mam, które – zapytane o to, czym się zajmują – z pewnym wstydem przyznają, że TYLKO dzieckiem, TYLKO domem, TYLKO rodziną. Nagle okazuje się, że w świecie, gdzie słychać ciągle „mamo, nie siedź w domu”, „mamo, wyjdź do ludzi”, „mamo, aktywizuj się”, trudno tak po prostu być mamą i to szczęśliwą „tylko mamą”. Spełniać się w urlopie macierzyńskim, spełniać się na urlopie wychowawczym bez żadnych dodatkowych kursów, pracy na etat, własnej działalności czy choćby wolontariatu jest dziś zwyczajnie niemodnie.

Ale to tak ciągle w domu siedzisz z dziećmi? Biedactwo, pewnie ciągnie Cię do ludzi.
Twoje dziecko ma dwa lata a Ty w domu? A co? Nie dostaliście się do żłobka?
Nie idziesz na całonocną imprezę? Nie pijesz, bo karmisz? Nie możesz dziecka oddać komuś na czas urlopu i zaszaleć tylko z mężem?
Widzę i słyszę takie pytania codziennie. Widzę i słyszę mamy, młodsze i starsze dziewczyny, które zaczynają się z zakłopotaniem tłumaczyć, że już niedługo do pracy wrócą, że nawet na tym macierzyńskim się dokształcają, że za pracą tęsknią, że dzieci to tylko punkt wyjścia do czegoś lepszego, większego, innego. Niech no tylko podrosną. Mało, zatrważająco mało tych kobiet, które z dumą mówią – tak, jestem mamą, tylko mamą i dobrze mi w tym, cieszę się tym tu i teraz, spełniam się w tym, co dla niektórych jest szaleństwem czy ograniczeniem.

 

 

Twój wybór?

Gdzieś w otchłani internetu trafiam na gorącą dyskusję o projekcie ustawy, która ma wprowadzać przymus wykorzystania części urlopu rodzicielskiego przez ojca i ogarnia mnie smutek. Rozemocjonowane aktywistki grzmią, że to jedyny sposób, żeby przywrócić równowagę sił w społeczeństwie. Żeby zmusić facetów do wzięcia odpowiedzialności za dzieci. Żeby uwolnić matki od konieczności i obowiązku poświęcania kariery dla rodziny. Żeby dać w końcu kobietom prawo wyboru. Tego jednego prawidłowego oczywiście. Bo o dziewczynach, które wybierają zostanie w domu, które wybierają macierzyństwo bez poczucia straty i niesprawiedliwości, jakoś się w tej dyskusji zapomina. Nie widzą przecież, co czynią. Dowiedzą się, jak ktoś je w końcu wyzwoli…

Na jednej z mamusiowych grup młoda mama mówi, że ma opory przed pójściem na wesele koleżanki i zostawieniem czteromiesięcznego maluszka na noc z dziadkami, i żali się, że owa koleżanka nie rozumie jej obaw. W odpowiedzi lawina komentarzy – nie poświęcaj się, zrób coś dla siebie, nie możesz tylko siedzieć w domu, zadbaj o swój związek i o swoje zdrowie psychiczne, jak się teraz zamkniesz w czterech ścianach, to ani się obejrzysz, a będziesz zgorzkniałą, starą babą, która nie ma w głowie nic poza dziećmi. Matka Polka się znalazła – wrzuć na luz! Rozumiecie to?!? Ta młoda mama nie skarży się na swój los, nie wylewa żali, nie szuka współczucia. Mówi „nie chcę się rozstawać na całą noc maluszkiem”, a internetowa społeczność traktuje to jak jakąś aberrację, uzależnienie, skrzywienie. Coś, co jest dla tej dziewczyny naturalne i co – to ważne! – ją uszczęśliwia, sprawia, że przyczepia jej się etykietkę Matki Polki Poświęcającej Się i nic i nikt nie zdoła przekonać tego tłumu, że jest inaczej. Że można być szczęśliwym w tym, co dla innych bywa kieratem czy orką na ugorze.

 

Twój wybór!

Nasz świat – szczególnie w dużych miastach – daje młodym mamom dużo możliwości. Coraz więcej – i bardzo dobrze! – jest miejsc przyjaznych rodzinie i dziecku, atrakcji dla maluchów, kursów, zajęć dodatkowych, wycieczek i czego tylko dusza zapragnie. Ale ten sam świat coraz surowszy jest dla tych mam, które z tych atrakcji nie korzystają, bo zwyczajnie tego nie chcą. A przecież powinny być aktywne, powinny się rozwijać, powinny działać. POWINNY, bo mogą, bo dano im szansę, bo im to wywalczono. Czy tylko mi się wydaje, że walka zawsze toczyła się o prawo wyboru a nie o to, by wszystkie kobiety wybierały tak samo?

Gdzie w tym naszym nowoczesnym świecie jest miejsce dla tych dziewczyn, które po prostu lubią być w domu z dzieckiem? Które – niezależnie od trudów, jakie niesie ze sobą wychowanie dziecka – nie tęsknią za imprezami, nocnymi szaleństwami, wyjazdami bez dzieci albo za dedlajnami, delegacjami i biznesowymi lunchami. Które – pomimo zmęczenia kolejną nieprzespaną nocą albo znużenia układaniem klocków – nie myślą o posłaniu dziecka do żłobka czy przedszkola, lecz korzystają z urlopu macierzyńskiego czy wychowawczego w „leniwym” rytmie wyznaczonym spacerami, posiłkami, drzemkami malucha i czują się w tym szczęśliwe! Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że ktoś może nie mieć potrzeby bycia super aktywną biznes-mamą? Czy naprawdę tak trudno zaakceptować, że komuś tak dobrze być po prostu mamą?

 

Nie zrozumcie mnie źle. Nie oceniam żadnej drogi. Przeciwnie, uważam, że każda mama ma prawo do własnej i cieszy mnie, że coraz więcej z nas może nią pójść. Cieszy mnie, że coraz więcej kobiet ma szansę godzić macierzyństwo z zawodowym rozwojem, błyskotliwą karierą czy własnym biznesem. Ale chciałabym, żebyśmy tyle samo zrozumienia i sympatii okazywali tym mamom, które wybierają inaczej. Które świadomie i dobrowolnie zostają w domu z dziećmi i przez pewien okres swojego życia nie robią nic ponad bycie tylko mamą i aż mamą. Bez poczucia poświęcenia, straty, zaniedbania siebie czy swojego związku, za to z zamiarem cieszenia się macierzyństwem najbardziej jak się tylko da. Pomimo trudów, problemów, niedogodności. Pomimo krzywdzących często ocen.

 

Śpieszymy się – to domena naszych czasów. Z niewiadomych, niepojętych dla mnie powodów staramy się przyśpieszyć, przeskoczyć, skrócić maksymalnie nawet ten okres poświęcony domowi i dzieciom. Ale dzieci, nawet bez tego przyśpieszenia, rosną bardzo, bardzo szybko. Dobrze jest móc im w tym towarzyszyć.

Ja tego okresu w swoim życiu nie zamieniłabym na żaden inny.

 

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

7 Responses

  1. Ania W
    | Odpowiedz

    Każdy ma prawo do własnych wyborów. Nie powinno się żyć tak, jak chciałoby nasze otoczenie, czy tak jak według niektórych powinno być. Jeśli będziemy robić coś wbrew sobie nie będziemy szczęśliwe. A jeśli my nie będziemy szczęśliwe, to jak szczęśliwa ma być nasza rodzina… 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dokładnie tak! Dobrze by było, żeby wszyscy o tym pamiętali i nie próbowali wciskać innych we własne ramki.

  2. Martyna
    | Odpowiedz

    Każdy może robić na co ma ochotę i ma prawo do własnego zdania i wyborów ;]
    Śpieszmy się ale powoli ;]

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Zgadzam się. A już w wychowywaniu dzieci to chyba w ogóle przyśpieszanie czegokolwiek mija się z celem.

  3. szurszur
    | Odpowiedz

    Dumnie stwierdzam: lubię być mamą i kurkiem domowym.
    Jeszcze nigdy dotąd moje dni nie były tak aktywne, a żadne z moich zajęć nie wymagało tyle kreatywności.
    Zdarza mi się narzekać, ale tak samo dopiekała mi codzienność wcześniej, przy czym kiedyś nikt nie ratował mnie z tych smutów serdecznym uściskiem rączek i najradośniejszym z uśmiechów.
    Za nic w świecie nie zamieniłabym tego na pracę, którą miałam wcześniej. I była też uczelnia przez wiele lat. Plus już myślę, jak w domu zostać dłużej, jakie zajęcie da mi parę groszy, a nie będzie wymagało oddania syna do placówki opiekuńczo-wychowawczej.
    Myślałam też o tym, jaka różnica była między naszym zostawaniem w domu, a tym jak to było te 30 i 60 lat temu dla naszym mam i babć. Jean Liedloff pisała, że brak nam wioski, swojej grupy. Tak, w moim odczuciu brak tego (nie mówiąc już o tym, że takie szczęśliwe plemie w buszu to dla mnie rajska sielanka). 60 lat temu, kiedy moja babcia po różnych wojennych perypetiach, zakładała rodzinę, zamieszkała w jednym miasteczku ze swoją mamą i czterema siostrami. To było naturalne. 30 lat temu moi rodzice zamieszkali z dziadkami. Wprawdzie nie mieli specjalnie wyboru – bo gdzie mieli mieszkać? Mieszkań nie zdobywało się ot tak. Pomijając kwestię bliskości rodziny, która pomoże, popilnuje, postoi w kolejce, to była jeszcze społeczność małej miejscowości i dzielnicy miasta, która jeszcze nie wlepiała oczu w ekran telewizora czy monitor komputera. Z dzieciństwa pamiętam starsze panie wywieszne do połowy z okna, ułożone wygodnie na poduszkach, które oglądały codzienny spektakl swojej ulicy. Albo grupki zagadanych sąsiadów rozmawiających o metodach na stonkę i o tym co, gdzie “rzucili” na te puste lady. Nas – dzieci znał każdy. Po prostu.
    A teraz? Różnie bywa. My mieszkamy w centrum dużego miasta, rodzina jest jakieś 300 km stąd. Są telefony. Tak, ale raz, że to jednak nie to samo, co rozmowa z kimś stojącym obok, dwa, że ciągle brak czasu, aby wymienić coś więcej niż “cześć, co u Ciebie?”. Internet? Grupy w internecie? Przyznam, że rzadko mam okazję “zanurzyć się”, poczytać coś więcej niż jeden artykuł, przepis na zapiekankę, itp. (za to jak mam te 10 min wolnego, to książkę mam zawsze przy sobie). Mieszkamy w ogromnym bloku, 15 pięter, na każdym 20 mieszkań. Znam garstkę sąsiadów i przyznaję, że żywo interesują się Szymkiem, jest to namiastka społeczności, ale dużo mniejsze niż ta sprzed 30 lat.
    Także ten – jest różnica.

    • szurszur
      | Odpowiedz

      Moja babcia wspomina też z przekąsem, że po wojnie każdy wiedział, że trzeba rąk do pracy w zasadzie wszędzie, ale władza postanowiła to uzmysłowić szczególnie obywatelkom. Stąd wspaniałe robotnice te od 300% normy i traktorzystki. Moja babcia nie miała chęci zostać traktorzystką, ja też nie mam takich ambicji.
      Z tego też okresu wywodzi się propagowanie najzdrowszego możliwego karmienia dzieci – mieszanką oczywiście. A dlaczego? Ano gospodarka najbardziej na tym puchnie.
      Także pogląd o szybkim “uniezależnianiu się” tchnie dla mnie pewnymi manipulacjami, a piętnowanie mam-domatorek ma też długą tradycję.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Masz rację. Bardzo zmieniły się dzisiaj układy społeczne i to też bardzo się odbija na postrzeganiu roli kobiety i oczekiwaniach wobec niej. Dalej chcemy, żeby to ona była głównie odpowiedzialna za dom i dzieci, ale często zapominamy, że dziś już nie ma tego wsparcia, które kiedyś jej towarzyszyło i pozwalało ogarnąć rzeczywistość.
      Na pocieszenie powiem, że jak wracam na wieś, gdzie się wychowałam, to ostatnio podnoszę się na duchu. Wprawdzie dzieci ganiających stadem po podwórkach i grających w piłkę w parku już nie ma, ale jednak młode mamy naprawdę się wspierają – pomagają sobie w opiece nad maluchami, odbierają nawzajem dzieci ze szkoły czy przedszkola, organizują wspólne wyjścia czy jakieś atrakcje. Może zaczynamy widzieć, że jednak to wspólnotowe życie było fajne i potrzebne i zaczynamy wracać do korzeni? Może z konieczności (bo często ze względów finansowych czy zawodowych) wyprowadzając się z dala od rodziny, będziemy jednak szukać nowego stada dla siebie i naszych dzieci.

Skomentuj