Trzy miasta, trzy Sylwestry, trzy wtopy?

with Brak komentarzy

 

trzy miasta, trzy sylwestry, trzy wtopyJak już się może zorientowaliście, grudzień to u mnie miesiąc sentymentalny. Czyli, że zbiera mi się na wspominki. O pamiętnych twarzach z podróży mogliście poczytać tydzień temu, a dzisiaj – jako że koniec roku bliski – lekka zmiana tematu. Trzy miasta, trzy sylwestry, trzy wtopy. Na szczęście takie, które po latach można wspominać już tylko z uśmiechem.

Barcelona

Barcelona

Jest rok 2000 i właśnie skończyłam 17 lat. Trwa Europejskie Spotkanie Młodych Taizé. Razem z pięćdziesięcioosobową grupą młodzieżową docieram do stolicy Katalonii po długiej, bardzo długiej podróży autokarowej. Jestem najmłodsza i mam prawdopodobnie najgorszą fryzurę w swoim życiu.

Po odmeldowaniu się u organizatorów, dostajemy listę meldunkową, namiary na naszych gospodarzy, mapkę miasta i metra i… adios! Musimy teraz, już komunikacją miejską, dotrzeć do niewielkiego miasteczka pod Barceloną. Że nie będzie łatwo, orientuję się, kiedy nasza grupa po raz trzeci raźno okrąża sztab główny, żeby trafić do metra, choć głowę dam, że literka M, którą minęliśmy już co najmniej trzy razy, powinna dać do myślenia naszemu szefowi wszystkich szefów. Szybko okazuje się jednak, że jego orientacja w terenie jest gorsza nawet niż moja fryzura. Po trzecim okrążeniu poddaje się i wręcza mi mapę z desperackim „prowadź, bo nie mam zielonego pojęcia, co robię”. No tyle to akurat już zdążyłam zauważyć. Biorę mapę i ruszamy. Przypominam, że jestem najmłodsza w grupie. To chyba wtedy odkrywam, że chciałabym być pilotem wycieczek.

A może morze?

Podczas gdy w Polsce sroga zima, w Barcelonie świeci słońce, a my kolejno zaliczamy największe atrakcje miasta. Dokładnie 31 grudnia wpadamy na pomysł, że kąpiel w morzu byłaby idealnym zamknięciem starego roku. Ale czy na naszej migawce możemy tam dojechać? Zapytajmy pani kasjerki… Pierwsze dwie nie mówią po angielsku. Kolejne trzy niby mówią, ale chyba tylko w zakresie „I don`t know”, „next please”. Kolejne dwie muszą zawołać koleżankę. Stacja kolejowa w wielkim, turystycznym mieście… W końcu udaje się. Trzeba ledwie siedem rozmów, żeby niejaka Teresa, która wie wszystko, powiedziała, że na naszym bilecie możemy pojechać nad morze. CHYBA.

W końcu jednak sukces – jest ostatni dzień 2000 roku, a my leżymy na plaży i pluskamy się w wodzie, która nawet w grudniu jest cieplejsza niż Bałtyk w szczycie sezonu. I tylko zdziwione miny Hiszpanów opatulonych w szaliki i kurtki wskazują na to, że morskie kąpiele o tej porze roku to nie jest tutaj coś typowego.

Zdjęcie z idolem

Jak Barcelona, to oczywiście Barca. Nie może być inaczej, skoro w naszej ekipie większość ma bzika na punkcie piłki, a jeden z kolegów jest rozkochany w Barcelonie od dziecka. Zaliczamy więc muzeum i niesamowite Camp Nou, żeby w końcu, zupełnie z przypadku i przelotem, zajrzeć do Palau Blaugrana, czyli hali sportowej, gdzie swoje mecze rozgrywają koszykarze i piłkarze ręczni Barcelony. Na parkiecie trwa jakieś zamieszanie, biegają dzieci i jakieś maskotki. Zaczynamy zbierać się do wyjścia. Jeszcze ostatni rzut oka i… olśnienie! Nie możemy w to uwierzyć.

Frank de Boer, Phillip Cocu, Rivaldo, Marc Overmars, Emmanuel Petit, Luis Enrique, Boudewijn Zenden… Na parkiet wychodzi cała niemal ówczesna ekipa Barcy, żeby wręczyć – jak się okazuje – nagrody dla zwycięskiej drużyny jakiegoś dziecięcego turnieju piłkarskiego. Stoimy w ciężkim szoku, szczęki na podłodze, gula w gardle. To są nasi piłkarscy idole, gwiazdy największego formatu. Aparaty pstrykają jak szalone, chociaż – kto pamięta tamte czasy, ten wie – każdy z nas ma do dyspozycji ledwie 36 klatek na cały wyjazd…

Ceremonia dobiega końca. W euforii opuszczamy halę, dając upust nagromadzonym emocjom. I wtedy, właśnie wtedy, wpadamy na wychodzącego jakimś bocznym wyjściem Patricka Kluiverta. We własnej osobie. Jacek, dla którego to największa piłkarska miłość, niemal płacze z radości, kiedy piłkarz godzi się na wspólną fotkę z nami. Drżącymi z emocji rękoma naciskam spust migawki. Ja naiwna, bo przecież wiadomo, że na tej fotce już mnie nie będzie. Po wszystkim właściciel aparatu błyskawicznie „wytrzaskuje” pozostałe na kliszy klatki, żeby jakiś pech nie prześwietlił, nie skasował naszego wyjątkowego ujęcia. Na to zdjęcie czekamy wszyscy, a Jacek szczególnie. Kiedy wracamy do Polski i spotykamy się na wspólne wspominanie Barcelony, od razu pochylamy się właśnie na nim. I jest. Na środku Kluivert. Obok uśmiechnięte twarze. Ania, Karolina, Szczepan i… ucho Jacka. Tak. UCHO Jacka. I tylko ucho. Tyle zmieściło się w wymarzonym kadrze z jego ukochanym piłkarzem.

Jacku, jeśli to czytasz, wiedz, że dalej gryzie mnie sumienie…

Budapeszt

Budapeszt

Jest rok 2001 i właśnie skończyłam osiemnaście lat. Czuję się dorosła. Fatalna fryzura znikła, za to mam swoją najbrzydszą czapkę w życiu. Budapeszt wita nas zimnem, mrozem i wiatrem, który przenika do szpiku kości. To znowu Taizé. Tym razem trafiamy do miejscowości, której nazwa wymawia się tak, że nawet lokalsi mają z nią problemy. Już nie mówiąc o tym, że z siedemnastu liter, które się na nią składają, wymawia się ledwie co drugą i to w sposób, na który nie wpadłby nikt o zdrowych zmysłach. Nic więc dziwnego, że niemal za każdym razem mamy problem ze zlokalizowaniem naszej stacji i wypadamy z pociągu w ostatniej chwili, kiedy już konduktor ustali czy „kostomotloglu” czy inne loglu to na pewno to „kostomotloglu”, którego szukamy.

Na ratunek księdzu

Chociaż z każdego wyjazdu do nowego kraju staram się przywieźć choć kilka słów w języku lokalnym, to węgierski zdecydowanie mnie przerasta. I nie tylko mnie, jak się okazuje. Pod koniec pobytu do proboszcza Polaka dochodzą wieści, że jeden z gości, francuski ksiądz, jest chory i potrzebuje pomocy. Jako że ksiądz mówi tylko po francusku, wraz z koleżanką zostajemy zgłoszone na ochotnika, żeby wybadać sprawę. Kuzyn proboszcza, kolega Wojtek dostaje w łapkę kartkę z adresem i prowadzi nas do małego, białego domku. Otwierają się drzwi, uśmiechamy się, gospodarz odpowiada nieco przerażonym uśmiechem i zaczyna nadawać długi komunikat w swoim języku, z którego oczywiście nic nie kumamy. Z jego niepokoju i faktu, że uparcie wskazuje na nasze plecaki, domyślamy się, że obawia się, iż chcemy u niego zamieszkać. Bidulek…

Próbujemy chłopinę uspokoić, ale bezskutecznie. Bo choć we trójkę, mówimy po francusku, angielsku, polsku i hiszpańsku, to gospodarz, jak na ironię zna tylko niemiecki i węgierski. Sytuacja jest więc patowa. On swoje, my swoje. On gulgocze, my syczymy. Postępu komunikacji brak. Mężczyzna wprawdzie wprowadza nas do kuchni, gdzie przy stole siedzi jakiś jego znajomy, ale co z tego?

W końcu wpadamy na pomysł, żeby pan zadzwonił do proboszcza, a ten wyjaśni mu, o co kaman. Trzeba tylko jeszcze jakoś mu wytłumaczyć nasz genialny plan. Chóralnie powtarzamy więc „ocio Macio, ocio Macio” wykonując gest rozmowy telefonicznej, który miłemu panu może równie dobrze przypominać popularny znak szajby… W końcu jednak sięga po telefon. Krótka rozmowa i wszystko jasne. Ciśnienie opada. Żeby było zabawniej, okazuje się, że sprawca całego zamieszania, rzekomo chory francuski ksiądz, to właśnie siedzący przy kuchennym stole mężczyzna, który od kilku minut obserwuje z uśmiechem naszą pantomimę… Kiedy już zrobimy z nim wywiad, żeby upewnić się, że nie potrzebuje pomocy lekarza, przyzna się, że od początku wiedział, po co przyszliśmy, ale bawił się tak dobrze, że żal mu się było odzywać. W sumie to nawet go rozumiem. Jestem spocona po kwadransie tej węgierko-niemiecko-polskiej pogadanki, a on przez ostatnie kilka dni cały czas prowadził takie konwersacje… Dla dopełnienia obrazu nędzy i rozpaczy, wychodząc któreś z nas zahacza plecakiem o garnek stojący na kuchence i zalewa mlekiem całą podłogę. Oj tak, tej misji ratunkowej, gospodarze pewnie długo nie zapomną.

Paryż

Paryż

Jest rok 2002. Skończyłam właśnie 19 lat i czuję się już podróżniczą weteranką. Po kiepskiej fryzurze i czapce nie ma śladu, za to na szyi mam jaskrawoczerwony szalik, który sięga mi niemal do kostek i tapla się w paryskim błocie za każdym razem, kiedy pochylam się, żeby zawiązać buta. Bez komentarza.

W Paryżu zachwyca nas niemal wszystko, niezależnie od kolejek, nie najlepszej pogody i dzikich tłumów. Wraz z koleżankami goszczę tym razem u niezwykłej madame Colette, która na początku przeraża nas swoimi nieskazitelnymi manierami, dystansem i chłodem, żeby z czasem okazać się zabawną, serdeczną i niezwykle ciekawą babeczką. To ona zdradzi nam, jak powinna zachowywać się młoda dama oraz do czego idealnie nadaje się torebka Chanel (chcesz wiedzieć? Zajrzyj TUTAJ). Pewnego dnia ugości nas tradycyjnym ciastem, żeby zaśmiewać się do łez, kiedy moja koleżanka z paniką odkryje w swoim kawałku niewielki kamyk. Jak się okaże, to ziarno bobu, które uczyni ją królową dnia zgodnie z francuską tradycją na święto Trzech Króli.

Ale jak jest polonez po włosku?

Sylwestrową imprezę spędzamy w międzynarodowym towarzystwie. Jest tłoczno, głośno i bardzo zabawnie, zwłaszcza gdy wszyscy po kolei dzielą się swoimi tradycjami i zabawami. Wszyscy są świetnie przygotowani i my zresztą też. Chcemy nauczyć kolegów i koleżanki tradycyjnego poloneza. Mamy muzykę i przećwiczoną choreogorafię, ale nie przewidzieliśmy jednego. Duża część zebranych to Włosi, z których absolutnie żaden nie posługuje się angielskim w stopniu większym niż „how are you?”. Jak im wytłumaczyć, o co w ogóle chodzi i co kombinujemy? Głuchym telefonem polsko-francusko-hiszpańsko-włoskim udaje nam się w końcu jakoś wszystkich ustawić w pary. Włączamy muzykę i… nagle pisk.

Zanim zdążymy zareagować grupa piszczących euforycznie Hiszpanek dzikim pędem rzuca się w kierunku wejścia, po drodze rozwalając pracowicie przez nas poustawiane pary. Zajmie nam dobre kilka minut, żeby zrozumieć, że gwałtowny przypływ entuzjazmu i emocji wywołał nie żaden gwiazdor czy inna sława, ale nasz polski kolega, którego rodzice obdarowali wielkimi niebieskimi oczami i uroczymi blond włosami… Tak po prostu. I wierzcie lub nie, ale długo trzeba było negocjować, zanim dziewczyny dogadały się, która w końcu dostąpi zaszczytu zatańczenia z nim poloneza…

 

I to by było na tyle. Trzy kraje, trzy sylwestry, trzy wtopy. Raz mniejsze, raz większe. Na pewno niezapomniane. A Wy pamiętacie jakiegoś wyjątkowego Sylwestra?

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj