Miłość się mnoży, kiedy się ją dzieli?

with Brak komentarzy

miłość się mnoży, kiedy się ją dzieliDecyzja o drugim czy kolejnym dziecku dla wielu osób nie należy do łatwych. Patrzysz na swojego maluszka, na ten cud, radość największą, i myślisz – czy będę potrafił kochać kogoś tak samo? Czy w sercu wypełnionym miłością po brzegi, tak że wydaje się pękać niemal z nadmiaru tkliwości czy dumy, jest jeszcze miejsce na drugiego małego człowieka? A co jeśli nie?

 

A potem przychodzi Drugi. W Wasz świat z siłą huraganu wkracza nowy cud. Znów zrywasz się na krzyk noworodka, ściskasz w wielkiej dłoni malutki paluszek i toniesz w oceanie emocji, którego nie da się objąć rozumem. Bo jednak niemożliwe okazuje się możliwe. Więcej nawet – dzieje się bez większego wysiłku, naturalnie, instynktownie. Rodzicielska miłość rozlewa się, rozrasta, obejmuje kolejne małe istnienia i… płynie równym, mocnym strumieniem, który nie słabnie, nie traci na intensywności, nie wysycha. Absurdalna jest ta rodzicielska matematyka, ale jej reguły nie zmieniają się od wieków. Miłość się mnoży, kiedy się ją dzieli. Tak właśnie. My, rodzice, dzieląc miłość na dzieci jednocześnie ją pomnażamy.

 

Nie jest łatwo być mamą, czyli… macierzyńska matematyka

 

Ale, ale… To wszystko nie jest jednak takie różowe.

Pojawienie się pierwszego dziecka oznacza zazwyczaj życiową rewolucję. Zmienia się wiele, tak wiele, że aż trudno to opisać. I nie chodzi tylko o priorytety, wizję świata czy życiowe cele poddane nagłej rewizji, ale też o zupełnie przyziemne i banalne elementy życia codziennego. Przespana sobotnia noc przestaje być wstydliwym objawem zramolenia, a staje się powodem do świętowania. Pieluszki wypychają z koszyka zakupowego puszki i chipsy, a wizyta u pediatry zastępuje wideokonferencję z drugim końcem świata. Gdzieś między ubrankami w rozmiarze 68, kremem do pupy i przecieraną zupką próbujesz ogarnąć młodego człowieka, którego przysłano Ci – niestety – bez instrukcji obsługi.

Kiedy pojawia się drugie dziecko, teoretycznie jest trochę łatwiej. Teoretycznie to jednak słowo klucz. Bo wprawdzie już pamiętasz, że rzepy pieluchy zapinają się na brzuchu a nie na plecach a ekspedientka w sklepie z artykułami dla dzieci nie zagnie Cię różnicą między body i kaftanikiem, ale okazuje się, że jest pewien czynnik nieco utrudniający obsługę Drugiego. A mianowicie – Pierwszy.

 

Miłość się mnoży, kiedy się ją dzieli?

Miłość się mnoży, kiedy się ją dzieli – mówią i w głębi swojego serca czujemy, że mają rację. Widzimy, że potrafimy otworzyć się na drugie (i kolejne) dziecko i dać mu taką ilość ciepła, troski, czułości, jakiej się po sobie może nie spodziewaliśmy. Ale są jednak rzeczy, których pomnożyć się nie da mimo najszczerszych chęci.

Dalej mamy tylko dwie ręce, a te dwie ręce muszą przytulić, przewinąć, nakarmić, opatrzyć, pogłaskać nie jednego, a dwóch małych ludzi. Dalej mamy tylko jedną parę oczu, a te oczy muszą obserwować, doglądać, podziwiać, nadzorować nie jednego małego urwisa, a dwóch. Dalej mamy jedną głowę, ale musi ona wystarczyć na zrozumienie, zatroszczenie się, otoczenie uważnością nie jednego a dwóch małych serduszek. I tutaj piękne metafory zderzają się z brutalną rzeczywistością.

Bo dzieci w cierpliwości nie są mistrzami. Dzieci czekać nie lubią. I bardzo często, nader często Pierwszy i Drugi potrzebują nas właśnie teraz, natychmiast, od razu, bezzwłocznie. Bo jeden zdarł kolano, a drugi wisi na szczycie drabinek. Bo jeden siku, a drugi kupa. Bo jeden głodny, a drugi zgubił ukochaną przytulankę. I weź tu się matko skseruj, rozmnóż, skopiuj w kilku egzemplarzach, żeby zaspokajać podwojone potrzeby, które już nawet przy jednym egzemplarzu potrafią dać mocno w kość.

Bo wiele rzeczy da się pomnożyć, ale nie da się pomnożyć czasu. Doba ma 24 godziny niezależnie od tego, czy masz jedynaka czy wesołą dwójeczkę, trójeczkę, czwóreczkę… Możesz być mistrzynią organizacji czasu, możesz optymalizować swoje plany dnia i reorganizować priorytety, ale zegara nie przeskoczysz. A dzieci domagają się także tego (i takie ich święte prawo!), by mieć nas tylko dla siebie, na wyłączność, bez tego drugiego za plecami, na rękach, tuż obok. Chociaż przez chwilę. I nie jest łatwo powiedzieć im w takiej sytuacji „nie”, nie jest łatwo brać na klatę ciężar uzasadnionej złości czy frustracji, nie jest łatwo (może i najtrudniej) widzieć, jak ich oczy wypełniają się rozczarowaniem czy smutkiem. Kiedy chciałoby się być jednocześnie dla wszystkich, przy wszystkich i z każdym z osobna. Kiedy się nie da.

 

Sielanka a rzeczywistość

Posiadanie dużej rodziny ma mnóstwo plusów, niesie ze sobą milion radości, powodów do dumy i uśmiechu. Ale nie jest takie proste, jak próbuje nam się wmówić w sielankowych wizjach, gdzie dzieci tylko się do siebie przytulają, dzielą zabawkami, zgodnie budują zamki z klocków. Jasne – dobre relacje między dziećmi można wypracować (albo chociaż próbować to zrobić), a siostrzana czy braterska miłość i przyjaźń może być dla dzieci najwspanialszym kapitałem startowym, ale trzeba pamiętać, że dzieci to też ludzie. Ze swoimi charakterami, preferencjami, sympatiami i antypatiami. Ze swoimi wadami i zaletami. Z potrzebami, które domagają się zaspokojenia. A im dzieci więcej, tym więcej interesów (często sprzecznych) musimy ze sobą pogodzić, tym więcej emocji przyjąć, tym więcej konfliktów moderować. Na tym więcej małych ludzi musimy dzielić swoją uwagę. Proste? Nie sądzę.

Nie chciałabym, żeby ktoś odebrał ten tekst jako zachętę do ograniczenia się do jednego tylko dziecka. Sama mam dwoje, a widzę wokół siebie mnóstwo dużych rodzin ze szczęśliwymi dziećmi i szczęśliwymi rodzicami. I wiem, że wychowywanie się w takiej rodzinie niesie ze sobą cały szereg korzyści, choć te korzyści są inne niż te wynikające z bycia jedynakiem. Mam jednak poczucie, że gdzieś w rzucaniu okrągłymi zdaniami, że miłość się mnoży, kiedy się ją dzieli, że jedno będzie wychowywać drugie, że da się kochać równie mocno, zamiata się trochę pod dywan fakt, że to wszystko nie dzieje się samo. Że wymaga wiele pracy. Że pojawienie się Drugiego to ogromna zmiana i ogromne wyzwanie dla całej rodziny, w tym dla Pierwszego, którego świat chwieje się nagle w posadach, a który może być z tego niekoniecznie zadowolony.

Warto o tym pamiętać. Warto o tym mówić. Nie po to, żeby kogoś straszyć, ale żeby dać sobie szansę na dobre przygotowanie do tego wyzwania. Pięknego, ale i diabelnie trudnego.

 

Bo jeśli decydujesz się na drugie (a może i kolejne) dziecko, to odkryjesz zapewne coś niesamowitego. Że nawet w sercu, które wydaje się wypełnione po brzegi miłością do Pierwszego, znajdzie się bez problemu miejsce, mnóstwo miejsca, dla Drugiego. Że możesz na nowo przeżyć wzruszenia, emocje, chwile, które wydawały się być absolutnie niepowtarzalne. Że możesz kochać równie mocno, choć niekoniecznie tak samo.

Odkryjesz też – i to mogę Ci zagwarantować – że życie w poszerzonym gronie to wcale nie będzie sielanka. Ale na pewno będzie warto.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

 

Skomentuj