Mój mąż NIE POMAGA mi w domu!

with 14 komentarzy

A więc zdecydowaliście się na dziecko. Po dziewięciu miesiącach oczekiwania, planowania i przygotowań pojawił się na świecie nowy człowiek, który zupełnie zmienił wasze życie. Stał się priorytetem. Zapewne zdecydowaliście (jak robi większość), że – przynajmniej na początku, przez pierwsze miesiące, a może i lata – ty zostaniesz z maluchem w domu, a on, jego ojciec, wróci do pracy. Podział obowiązków jest jasny – ty zajmujesz się domem i dzieckiem, a on pracuje i zapewnia wam utrzymanie. Wydaje się sprawiedliwe, nie? Masz rację, wydaje się.

 

Oczywiście, każda sytuacja jest inna. Są kobiety, które mają do pomocy babcię czy nianię, ale też takie, które radzić muszą sobie same. Są faceci, którzy cały dzień ciężko pracują fizycznie czy intelektualnie, ale są i tacy, którzy w pracy mają raczej lekko. Są mamy, które opiekę nad maluchami godzą z biznesem prowadzonym z domu, oraz takie, którym przypadło w udziale bardzo wymagające dziecko i już ono jest tak absorbujące, że cała reszta to wyższa szkoła akrobacji. Wydaje się więc, że, mówiąc o podziale obowiązków w rodzinie, można i należy wziąć pod uwagę mnóstwo zmiennych, i jest to niewątpliwie prawda. Ale prawdą jest też, że, mimo tych wszystkich zmiennych i mimo tych wszystkich zastrzeżeń, w partnerskim związku – a do takiego przecież dążymy, czyż nie? – obowiązywać powinna jedna prosta zasada: sprawiedliwego i równego obłożenia obowiązkami.

A Ty? Siedzisz w domu z dziećmi?

No przecież ona ma dom i dzieci, a on pracę! To jest po równo! – powie ktoś z oburzeniem, zastanawiając się, jak można siedzenie w domu z dziećmi porównać do ciężkiej fizycznej czy intelektualnej pracy żywiciela rodziny. I tu jest pies pogrzebany! W momencie, gdy ktoś użyje tego magicznego zwrotu-wytrychu, jakim jest SIEDZENIE Z DZIEĆMI, zaczyna mi zwykle pulsować żyłka, chociaż z natury jestem niesłychanie spokojnym człowiekiem. Bo dopóki mówić będziemy, że kobiety siedzą w domu z dziećmi, dopóty nikt nie będzie traktował poważnie pracy, jaką wykonują przez cały dzień i przez całą noc. 24 na dobę, 7 dni w tygodniu. Tak, tak. Jeśli nigdy nie zostałeś z malutkimi dziećmi sam na dłużej niż dwa dni, to daruj sobie te grymasy i westchnienia. Albo lepiej – zabierz maluchy na weekend, a do tej rozmowy wrócimy po tej przygodzie. I wtedy opowiesz mi, ile razy sobie w tym czasie posiedziałeś.

Dlaczego mój mąż nie pomaga mi w domu?

Kiedy rozmawiam z koleżankami, które niedawno zostały mamami, bardzo często słyszę pytanie o to, czy mąż pomaga mi w domu. Odpowiadam zawsze tak samo – nie pomaga. Jeśli spodziewacie się, że zacznie się teraz lawina utyskiwań i narzekań, jaki to mi się niedobry chłop trafił, to muszę was rozczarować. Mój mąż mi nie pomaga w obowiązkach domowych z jednego prostego powodu – ponieważ nie uważamy, że obowiązki te spoczywają tylko na mnie.

Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego pomagać znaczy «wziąć udział w pracy jakiejś osoby, aby ułatwić jej tę pracę» oraz «dokonać jakiegoś wysiłku dla dobra jakiejś osoby, aby jej coś ułatwić lub poratować ją w trudnej sytuacji; też: dać komuś coś». W obu tych znaczeniach kryje się sugestia, że jedna osoba wykonuje pracę kogoś innego, przejmuje część jego obowiązków. Możecie uznać, że czepiam się słówek, ale moim zdaniem to coś więcej niż kwestia językowa, bo przecież język jest też narzędziem opisywania i konstruowania świata. Dopóki będziemy więc mówić – i wierzyć – że mężczyzna „pomaga” kobiecie w obowiązkach domowych, dopóty będziemy zakładać, że to ona sama za ten ich wspólny przecież dom jest odpowiedzialna, a on może – ale wcale nie musi, bo to jego dobra wola – podać jej pomocną dłoń, jeśli ona sobie nie radzi. Tak więc mój mąż nie pomaga mi w gotowaniu, sprzątaniu, praniu czy opiece nad dziećmi. On to robi razem ze mną. Bo to także jego obiad, bałagan, brudne ubrania czy płaczące maluchy. Tak po prostu.

Ale przecież Ty nie pomagasz jemu…

No dobra – powiecie może – ale przecież ona ma swoją robotę i ty razem z nim nie robisz projektów, nie planujesz zajęć, nie tworzysz pomocy naukowych. A Aśka ze swoim nie chodzi do kopalni, ani Jolka ze swoim do banku na kasę. Czy więc to, że on uczestniczy w prowadzeniu domu, a ty nie uczestniczysz w jego pracy, jest sprawiedliwe? A i owszem – jest. Dlatego, że w czasie gdy on uczy, przygotowuje, planuje, sprawdza i robi wszystkie te inne rzeczy, jakie wiążą się z jego stanowiskiem, ja gotuję, zmywam, odkurzam, zabawiam, rozwijam, bajki opowiadam, wycieram nosy i pupy, czyli robię wszystko to, czego wymaga bycie mamą w domu. Różnica między nami – podobnie jak między większością Jolek, Asiek i ich partnerów – polega na tym, że jego praca zwykle w pewnym momencie się kończy, a moja – biorąc pod uwagę wiek dzieci, regularne nocne pobudki, ząbkowania, karmienie piersią itd. – trwa w zasadzie 24 godziny na dobę. Tak naprawdę ostatnią wolną noc, kiedy przespałam cięgiem więcej niż 4 godziny, miałam dokładnie 5 grudnia 2013 roku. Ponad trzy lata temu! Potem pojawiły się dzieci a wieczny etat się zaczął.

I nie, nie chodzi tu o użalanie się, bo w życiu nie wybrałabym innej drogi, ale o ustalenie pewnych faktów. A fakty są takie, że bycie mamą to prawdziwa i naprawdę ciężka, także fizycznie, praca. Zwłaszcza w pierwszych latach życia dzieci, kiedy bezsenne noce są na porządku dziennym. Co to oznacza w praktyce? Tylko tyle, że masz pełne prawo domagać się, żeby twój partner wziął prowadzenie domu także na swoje barki i nie uważał, że robi ci łaskę, jeśli „umyje ci naczynia” albo „wstawi ci pralkę”. Albo kupi ci w prezencie urodzinowym nowy mop.

Kto ma gorzej, kto ma lepiej?

No dobra, teoria teorią, ale jak to zastosować w praktyce? Załóżmy, że on wraca po ośmiu godzinach z pracy. W progu wita go ona z uwieszonymi u nóg pociechami. W kuchni góra naczyń, w salonie nie widać podłogi spod warstwy zabawek, a łazienka tonie w mydlinach. I on potrzebuje odpoczynku, i ona ma już dość. Jak porównać, kto pracuje więcej, a kto mniej, czyj dzień był trudniejszy, a czyj łatwiejszy? Kto bardziej jest zmęczony, a kto mniej na odpoczynek zasłużył. NIJAK. Bo po co macie to robić? Jeśli się kochacie i szanujecie, to chyba potraficie uczciwie powiedzieć sobie „miałam dziś luźny dzień”, „widzę, że jesteś wykończony” albo „weź ich na trochę, bo oszaleję”. I wierzycie sobie, że rzeczywiście tak było. Że ta druga połowa nie próbuje się wymigać, wykręcić, żeby przed telewizorem poleżeć kosztem waszego potu i łez. A jeśli mieliście oboje ciężki ten dzień, to też oboje weźmiecie się w garść, żeby jakoś dotrwać do wieczora, położyć maluchy do łóżek, ogarnąć sajgon, a potem wypić razem lampkę wina, przytulić się, pogadać po prostu. Przybić sobie piątkę, bo znowu daliście radę.

Skoro więc tak trudno porównać rodzaj i „ciężar” pracy wykonywanej przez nią i przez niego, to jak sprawiedliwie podzielić te domowe obowiązki? Może zabrzmi to naiwnie, ale w moim rodzinnym domu obowiązywała jedna zasada: razem pracujemy i razem odpoczywamy. To proste – każdy ma do wykonania jakiś zakres obowiązków i każdy angażuje się w ich wykonanie. Bez ściemy i bez obijania się. A jak już wykona swoją działkę, to pomaga temu, który jeszcze nie zdążył się wyrobić. Do tej pory widzę tatę, który, ugotowawszy obiad, pomaga mamie ze sprzątaniem, bo ona się nie wyrobiła. I widzę mamę, która, wróciwszy z pracy, dołącza do pielącego chwasty taty. Tak było zawsze i taki wzór wyniosłam z domu. Taki świetnie też sprawdza się w mojej rodzinie, gdzie nikt nikogo nie rozlicza z przepracowanych minut czy godzin, ze skuteczności działania czy efektywności czasu pracy. Gdzie ja rozumiem, że on czasem przynosi pracę do domu, bo nie dał rady ogarnąć w godzinach służbowych, a on rozumie, że są takie dni, kiedy dzieci absorbują tak bardzo, że umycie naczyń w 15 podejściach możesz uznać za swój sukces.

 

Kiedy 30 lat temu moi rodzice zdecydowali, że – ze względów zawodowo-finansowych – to mama wróci do pracy, a tata zostanie w domu ze mną i moim bratem, wszyscy patrzyli na nich jak na kosmitów, a tata nasłuchał się przytyków i docinków ze strony męskiej części rodziny. Razem z mamą mieli to głęboko w poważaniu, trzymali się swojej wizji, bo wiedzieli, że praca zawodowa i praca domowa są równie ważne i równie ciężkie, choć każda ma swoją specyfikę. Zamiast zastanawiać się, kto komu pomaga i kto ma ciężej, po prostu pracowali razem każdego dnia, wspólnie budując nasz dom i naszą rodzinę. Tak rozumiem partnerstwo i takiego partnera szukałam. I kiedy dziś, o 6.30 rano on zabiera dzieci, żebym chociaż przez godzinę mogła odespać zarwaną noc, zanim on wyjdzie do pracy i zostawi mnie w mojej robocie na cały dzień, to wiem, że właśnie takiego znalazłam. A Wy?

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

14 Responses

  1. Tomek
    | Odpowiedz

    Niby analizujesz sytuacje i warianty a i tak przesłanie zawarte jest w tytule. Miałem okazję zostawać z dzieckiem całe dnie a żona była w pracy. Niestety był to krótki okres bo jako mężczyzna jestem skazany na prace zawodową (zarabiam kilka razy wiecej). Z dośw widzę że kobiety się nad sobą rozczulają i gloryfikują swoją “pracę”, dla mnie siedzenie z dzieckiem i prace domowe to była frajda. Nie oczekiwałem że żona wróci i będzie się opiekować dziećmi zebym ja mógł pisać sobie blogi i narzekać jakie to mam trudne życie.

    • pozytywnydom
      | Odpowiedz

      Dzięki za komentarz. Męski głos w takiej dyskusji zawsze cenny. Pozwolisz, że odpowiem:
      – nikt nie mówi, że zajmowanie się dziećmi i domem to nie jest frajda, bo jest. Ale jest to też kupa pracy. Jeśli zostałeś z dzieckiem w domu i ogarniałeś bez pomocy WSZYSTKIE obowiązki, to brawo (bez ironii). Jednak, jak sam piszesz, był to krótki okres a to też ma znaczenie, bo jest jakąś odskocznią a nie codzienną rutyną przez kilka lat. I jeszcze pytanie do Ciebie – czy żona po powrocie z pracy zajmowała się dzieckiem? czy tylko ty wstawałeś do niego w nocy? Bo widzisz – właśnie o takich parach jest ten tekst, a jest ich niemało.
      – nie chodzi o gloryfikację i rozczulanie się nad “pracą mamy” tylko o przyznanie, że to też jest praca a nie “leżysz i pachniesz cały dzień”
      – i ja nie oczekuję, że mąż po pracy przejmie moje obowiązki a ja będę pisać sobie bloga. Blog to dla mnie hobby i praktykuje je “po godzinach” (co widać zresztą po godzinacj dodawania notek…). Oczekuję za to, że będziemy się dzielić domowymi obowiązkami tak, żebyśmy byli obciążeni pracą mniej więcej po równo i mniej więcej pi równo mieli czasu na swoje przyjemności. A życia nie mam trudnego właśnie dzięki temu, że mam partnera, który to rozumie.
      – I ostatnia rzecz – przesłanie wcale NIE jest zawarte w tytule 🙂 Albo nie doczytałeś, albo nie zrozumiałeś, ale cały haczyk tkwi w użyciu słowa “pomagać”, które dla mnie jest niesprawiedliwe w kontekście odpowiedzialności za wspólny dom. Akurat mój mąż angażuje się tutaj tak samo jak ja:-)

      • Tomek
        | Odpowiedz

        Artykuł mi się nawet podobał i był dość obiektywny w przeciwieństwie do innych wypowiedzi jakie czytywałem, no ale (przynajmniej w moim odczuciu) puenta była dośc jednoznaczna. Ważne aby zrozumieć że niestety (lub stety) świat przeznacza nas do pewnych czynnosci wbrew naszej woli. Ja nie mam piersi więc nie nakarmię dziecka w nocy (chyba ze od poczatku karmienie butelką). Słabo prasuję. No a moja żona nie uniesie łopaty i nie policzy połączenia śrubowego. Nie wymagam tego od niej, więc czemu ona ma ode mnie wymagać udziału w jej obowiązkach? Po co tworzyć jakies parytety skoro oboje jesteśmy zapracowani tą samą liczbę godzin dziennie? Zgadzam się że “dyżur” trwa 24h ale co to znaczy? Przecież będąc w domu (mówię ze swego dośw i kobiet jakie znam) więcej czasu ogląda się TV i siedzi przed komputerem niż pierze, gotuje i sprzata w sumie. Co do pojęcia pracy to jest to super subiektywne: w rodzinie teściów wykoszenie 10a trawnika to praca, dla mnie przekopanie 25m na działce to ćwiczenie fizyczne. Nie bronię nikomu nazywać gotowania pracą, ale brzmi to dla mnie komicznie (dla mnie to hobby). Moja puenta to to to że każdy powinien robić to w czym jest dobry ale się z tym nie unosić. prócz górników, nauczycieli i matek nigdy nie widziałem grupy osób która wiecznie narzeka ze ma ciężko. Po co wieczie o tym pisać? Głupi i tak nie zrozumie a mądry już wie.

  2. pozytywnydom
    | Odpowiedz

    Tomku – mówisz “Po co tworzyć jakieś parytety skoro oboje jesteśmy zapracowani tą samą liczbę godzin dziennie?” i to jest dla mnie kluczowe. Żeby obie strony były mniej więcej (bo idealnie się nie da tego “rozliczyć”) tak samo obciążone. A nie że jedna po 8 godzinach etatu ma wolne, a druga ma dom i małe dzieci (bo o takich pisałam) na głowie przez 24 na dobę.

    Piszesz “Przecież będąc w domu (mówię ze swego dośw i kobiet jakie znam) więcej czasu ogląda się TV i siedzi przed komputerem niż pierze, gotuje i sprzata w sumie. ” To może kwestia podejścia, ale moje doświadczenie jest zupełnie inne. A przede wszystkim zapominasz w tym wszystkim o dziecku/dzieciach. Jasne – sprzątanie, gotowanie, pranie możesz ogarnąć szybko i sprawnie, zwłaszcza jeśli robisz tylko to, a nie jednocześnie doglądasz dzieci. Ja mam dwoje maluchów cały dzień w domu, telewizora nie włączam ze względu na nich, komputer dopiero jak zasną. I to nimi zajmuje się w czasie, kiedy nie zajmuję się domem. Wiesz, zabawa, spacery, czytanie, mycie, karmienie, przewijanie itd. To jest przyjemne, ale nie równa się siedzeniu przed TV i kompem, jak Ty to widzisz.

    Dla Ciebie gotowanie to hobby i OK. Są kobiety, które tego nie lubią, podobnie jak prasowania, prania czy odkurzania. Ale to robią, bo to ich obowiązek domowy, ich praca. Po prostu. A hobbistyczne gotowanie jednak różni się jakościowo od gotowania obiadów dla maluchów gdzieś pomiędzy bitwami o zabawki, wycieraniem nosów i sprzątaniem rozlanego po raz piętnasty soku.

    Na koniec najważniejsze – po co wiecznie o tym pisać? Nie wiem, czy wiecznie i nie wiem, po co piszą o tym inni. Mogę Ci powiedzieć, dlaczego piszę o tym ja. Bo widzę wokół siebie naprawdę fajne, ogarnięte dziewczyny, które nie dają już rady. Nie mówię o mamach, które dają dziecku tablet na pół dnia albo sadzają przed telewizorem, żeby mieć święty spokój. Mówię o świadomych mamach, które bardzo angażują się w wychowanie i opiekę, poświęcają dziecku/dzieciom dużo czasu, często bez absolutnie żadnej pomocy. Do tego próbują sprostać ideałowi perfekcyjnej pani domu, która codziennie ma dwudaniowy obiad czekający na męża, okna myte raz w miesiącu, codziennie zmywane podłogi itd. Nie udaje im się to i to podcina im skrzydła, frustruje, dobija tak, że przestają wierzyć w swoje kompetencje, a jednocześnie wstydzą się, boją się prosić o pomoc, bo przecież POWINNY same sobie radzić. A ja im mówię, że nie powinny. Że dom i dzieci to jest wspólna sprawa małżonków, a one mają prawo domagać się wsparcia, jeśli spada na nie obciążenie ponad siły. i tyle.

  3. Kamil
    | Odpowiedz

    Dzieci nie mamy, każde z nas spełnia się zawodowo, ale w domu zawsze wszystko robimy razem. Czas sprzątania? Jedno bierze się za pranie, drugie za odkurzanie. Gotowanie? Jestem w tym lepszy, ale pokroić warzywka każdy potrafi, więc mam pomoc 🙂 Dzielimy obowiązki i czas. I tak mi się podoba

    • pozytywnydom
      | Odpowiedz

      No i właśnie o takim podziale obowiązków mówię. Plus dla związku jest zasadniczy – jeśli oboje zadbacie o dom, to można się ze wszystkim uwinąć szybko i sprawnie i macie potem czas dla siebie. Jeśli obowiązki spadają na jedną osobę, to potrzebuje ona znacznie więcej czasu i jest znacznie bardziej zmęczona. I może nie mieć już siły i ochoty na przyjemności związkowe 🙂

  4. Klaudia
    | Odpowiedz

    Bardzo ciekawa refleksja na temat słowa “pomagać”. Ja również robię rzeczy domowe RAZEM z mężem, RAZEM odpoczywamy i RAZEM olewamy niepozmywane naczynia, jeżeli chcemy obejrzeć serial lub wyskoczyć w plener:)

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      No i właśnie na tym to polega, żeby razem cieszyć się życiem i razem radzić sobie z jego trudami.

  5. Ania
    | Odpowiedz

    Ciekawe spojrzenie na sprawę. Myślę, że wiele par powinno przeczytać ten artykuł, aby uniknąć nieporozumień.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Przede wszystkim wiele par powinno omówić tę kwestię jeszcze przed podjęciem radykalnych decyzji. To dla mnie niesamowite, że można o podziale obowiązków nie rozmawiać i godzić się wbrew sobie na rolę służby w związku.

  6. Magda
    | Odpowiedz

    Świetny wpis, zgadzam się w całej rozciągłości 🙂 Warto dzielić się w związku obowiązkami, na tym polega partnerstwo <3

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      No właśnie nie dla każdego jest to oczywiste. Aż dziw w XXI wieku…

  7. Tomek (inny niż ten wyżej ;) )
    | Odpowiedz

    Dzisiejszy świat niestety polega na zarabianiu pieniędzy. Jeżeli mąż i żona zarabiają po równo, to równo też powinni dzielić się obowiązkami domowymi. Natomiast jeżeli jest inaczej, to wtedy ta osoba, która zarabia mniej powinna robić więcej w domu. I nie mówię tutaj wcale o tym, że faceci zawsze więcej zarabiają, żeby była jasność. Jeżeli to kobieta więcej zarabia, to facet powinien mieć więcej obowiązków domowych. Zarówno tych związanych ze sprzątaniem/gotowaniem/itp. jak i później z dziećmi. Ale jeżeli to facet zarabia więcej, to wtedy jasnym dla mnie jest, że kobieta ma więcej obowiązków domowych. Wg. mnie jest to uczciwe podejście. Choć oczywiście czasem dobrze jest, jeżeli ta osoba, która ogarnia dom/dzieci jest wyręczona z obowiązków, tego też nie neguję, szczególnie jeżeli rzeczywiście ma się wszystkiego dość. W takim przypadku najlepiej zostawić dzieci dziadkom (o ile można), albo jeżeli ich nie ma po prostu wszystko rzucić w kąt i wyjechać gdzieś razem, żeby zmienić otoczenie.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Trochę ryzykowne podejście, bo – niestety – w dzisiejszym świecie nie zawsze wynagrodzenie odpowiada wysiłkowi włożonemu w pracę. I możesz po całym dniu harówki zarobić mniej niż ktoś, kto przez pół dnia zbijał bąki… Ja bym jednak była za nie wprowadzaniem rozliczeń finansowych w związku tylko na zwykłej uczciwości wobec siebie i empatii wobec partnera, którego – jak zakładam – kochamy, bo inaczej nie mielibyśmy wspólnych dzieci 🙂
      PS. Ubawił mnie Twój nick 🙂

Skomentuj