Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku

with 2 komentarze

moje dziecko nie chodziMoje dziecko nie chodzi jak w zegarku. Nie podrywa się z miejsca, kiedy słyszy swoje imię i nie leci na skinienie palca tylko dlatego, że odezwał się głos dorosłego. Czasem zdarza mu się rzeczywiście nie słyszeć, bo zatonęło w świecie swojej wyobraźni. Czasem nie słyszy z wyboru, bo woli dalej robić to, czym akurat się zajmuje, niż podporządkować się dorosłym poleceniom.

Zupełnie jak ja, kiedy zatonę w skomplikowanym zleceniu albo lekturze fascynującej książki, nie podrywam się na każde wezwanie dzieci i męża. Bo czasem jestem myślami gdzieś indziej i zwyczajnie ich nie słyszę. Bo czasem potrzebuję najpierw dokończyć to, co właśnie robię, a nie odkładać swoje rzeczy wiecznie na później.

Różni nas tylko to, że odmowę dorosłego traktuje się jak prawo. Dziecka – jak kaprys.

 

Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku.

Nie przyjmuje moich słów bezmyślnie i bez żadnego „ale”. Pozwala sobie zadawać pytania, kwestionować, podważać moje decyzje. Chce naprawdę zrozumieć, czego od niego oczekuję. I dlaczego właśnie tego.

Zupełnie jak ja, kiedy ktoś stawia przede mną zadanie, które nie do końca ogarniam. Które mnie zadziwia, budzi moje wątpliwości albo sprzeciw. I pozwalam sobie wtedy na „dlaczego?”, „po co?”, „czy muszę?” bez poczucia, że robię coś nie tak.

Różni nas tylko to, że wątpliwości dorosłego uznaje się za przejaw zdrowego rozsądku. Dziecka – za brak szacunku lub krnąbrność.

 

Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku.

Nie zawsze się ze mną zgadza, nie zawsze chce robić to, czego oczekuję. Często racjonalnie rozumie, ale emocjonalnie nie potrafi się pogodzić. I otwarcie, mocno, hałaśliwie manifestuje swoje niezadowolenie i sprzeciw.

Zupełnie jak ja, kiedy okoliczności zmuszają mnie to czegoś, na co kompletnie nie mam ochoty. Kiedy staję pod ścianą i pewne rzeczy robię tylko dlatego, że inaczej się nie da. Chociaż wszystko we mnie krzyczy. Chociaż chciałabym roztrzaskać coś o ścianę.

Różni nas tylko to, że moja dojrzałość i dorosłe strategie pozwalają odmowę i sprzeciw wyrazić w cywilizowany sposób. Dziecku uniemożliwia to emocjonalna niedojrzałość.

 

Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku.

Czasem miewa gorszy dzień. Budzi się niewyspane, marudzi, że trzeba iść do przedszkola. Ulubione skarpetki uznaje za koszmarnie brzydkie, nad ukochanym dżemikiem od babci wykrzywia się z obrzydzeniem. Na uśmiech odpowiada grymasem, na próbę pocieszenia warczeniem. Nie chce czytać, nie chce się bawić, nie chce iść na spacer. I w ogóle najlepiej by było, jakby wszyscy dali mu święty spokój. A kiedy tak się nie dzieje, wybucha, eksploduje złością, wyładowując swój smutek na tym, kto akurat się znalazł w polu widzenia.

Zupełnie jak ja, kiedy zdarza mi się dzień na opak. Kiedy budzik dzwoni zbyt wcześnie, kiedy oczko w rajstopach już po minucie od założenia, kiedy ktoś zużył wczoraj ostatnią torebkę ulubionej porannej herbaty. Albo gdy żołądek ściska myśl o prezentacji w pracy albo oczekiwanie na wyniki lekarskiego badania. I wtedy rykoszetem obrywa czasem ktoś zupełnie przypadkowy i z absolutnie błahego powodu. Bo mleko się wylało. Bo co się tak ociągasz. Bo tyle razy mówiłam, żebyś odkładał zmiotkę na miejsce.

Różni nas tylko to, że dorosłym dajemy prawo do gorszego nastroju. U dziecka to fanaberia i fochy.

Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku.

Czasem samo nie wie, czego chce. Nie potrafi wybrać między spodniami a spódniczką. Nie wie, czy płatki z mlekiem czy raczej kanapkę zjeść na śniadanie. Nad wyborem książki do wieczornego czytania leje łzy, jakby to była kwestia życia i śmierci. Najpierw domaga się wyboru, a potem ten wybór je przerasta. I emocje z nim związane też, choć z dorosłej perspektywy to przecież tak kompletnie absurdalne.

Zupełnie jak ja, kiedy piąty raz wychodzę na balkon, bo nie wiem, czy nadal płaszcz, czy może już zimowa kurtka. Kiedy pięć razy zmieniam odpowiedź na proste pytanie, co dziś na obiad. Kiedy przed pełną szafą stoję i znowu nie mam co na siebie włożyć, a mój mąż i moje dzieci patrzą na mnie jak na kosmitkę. I ja sama tak się czuję.

Różni nas tylko to, że u dorosłego prawo do wyboru i problem z wyborem jest traktowany jako naturalny element życia. Od dziecka oczekujemy jasnej decyzji bez marnowania naszego cennego czasu.

 

Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku.

Czasem nic mu nie wychodzi. Mleko rozlewa po stole, choć wczoraj bez problemu nalało napój do kubeczka i sobie, i siostrze. Butów nie potrafi założyć i suwaka zapiąć, choć zwykle ubiera się samo od stóp do głów. Pomocy domaga się w kolorowaniu dziesiątej księżniczki, chociaż poprzednie dziewięć ogarnęło bez najmniejszych problemów. Coś rozbije. Coś zgubi. Coś podrze. Mniej lub bardzie niechcący. Mniej lub bardziej po to, żeby mieć mnie bliżej siebie.

Zupełnie jak ja, kiedy nagle zapominam tego włoskiego słówka, którego używałam już tysiąc razy. Kiedy przypalą mi się kotlety, a zupa, której gotowanie mam przecież w małym paluszku, nagle smakuje jak wywar z trampka. Albo gdy coś poprzestawiam w komputerze i dzwonię do brata ze znanym hasłem „pomóż, samo się zepsuło”, a jemu nawet nie pyknie brewka.

Różni nas tylko to, że dorosłym błędy się zdarzają. Dziecko nader często dostaje etykietkę gapy i niezdary. Albo usłyszy, że robi to celowo.

Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku.

Nie zawsze jest rozsądne i cierpliwe. Niecierpliwi się w poczekalni u lekarza, choć dobrze wie, że to i tak niczego nie przyśpieszy. Złości się, że nie może dostać czekolady zamiast kolacji, chociaż nie raz już doświadczyło, że po cukrze trudno się zasypia. Wścieka się nad rozwaloną budowlą z klocków, chociaż wybudować ją możemy od nowa i nawet zrobić lepszą.

Zupełnie jak ja, kiedy o pierwszej w nocy siedzę nad blogowym wpisem, choć rozsądek podpowiada, że powinnam już dawno być w łóżku. Albo gdy biorę dodatkowe zlecenie mimo okrojonego czasu, a potem przeklinam swoją naiwność i brak asertywności. I gdy w korku pod nosem poganiam wszystkich razem i każdego z osobna, jakby moje marudzenie miało sprawić, że magicznie przemieścimy się z punktu A do punktu B. Już nie mówiąc o fali wkurzenia nad posoloną przypadkowo herbatą, choć przecież zrobienie nowej to kwestia kilkunastu sekund…

Różni nas tylko to, że u dorosłych takie zachowanie akceptujemy z uśmiechem pobłażania lub zrozumienia. Od dziecka domagamy się, żeby skończyło tę farsę i zaczęło myśleć.

 

Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku.

Nie zawsze jest „grzeczne” i kulturalne. Czasem nie ma ochoty powiedzieć „dzień dobry” do sąsiadki z czwartego piętra. Albo gdy pani w warzywniaku pyta o jego imię, chowa się za moimi nogami i milczy. Z brutalną szczerością powie babci, że zupa jest paskudna, a spodnie od Mikołaja schowa w najgłębszą szufladę, bo gryzą.

Zupełnie jak ja, kiedy wpatruję się uparcie w ekran telefonu, żeby nie zauważyć i nie musieć gadać z nielubianą koleżanką, która siedzi w drugim końcu tramwajowego wagonu. Albo gdy zerkam na telefon, żeby zobaczyć, kto dzwoni, a potem wyciszam dzwonek i udaję, że mnie nie ma. I kiedy na niechciane zaproszenie rzucam zdawkowe „zdzwonimy się kiedyś”, a w duchu dodaję „nigdy”.

Różni nas tylko to, że my, dorośli, wypracowaliśmy sobie rozmaite strategie, żeby naszą chwilową „niegrzeczność” zamaskować lub uzasadnić (także przed sobą). Od dzieci wymagamy, żeby potrafiły się zachować zawsze. Choćby wbrew sobie.

 

Moje dziecko nie chodzi jak w zegarku.

Nie potrafi jeszcze panować nad emocjami. Chociaż wiele wie, wiele rozumie, wiele potrafi, często jego gadzi mózg bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Uderzy, choć wie, że nie wolno. Krzyczy, choć powinno być cicho. Płacze, choć nie ma racjonalnego powodu. A potem żałuje. A potem znowu robi to samo.

To zupełnie jak ja, kiedy łzy wylewam nad umierającą Julią, choć przecież to tylko zmyślona historia. Albo rzucam mięsem nad rozbitą butelką z oliwą, jakby to miało sprawić, że podłoga sam a się posprząta. Gdy jakoś tak smutno, bo koleżanka odwołała wyjście na kawę, choć przecież poród to wystarczająco dobre uzasadnienie. Że już nie wspomnę nawet o tych łzach wzruszenia wylanych w ciążowych czasach nad reklamami papieru toaletowego z puchatymi szczeniaczkami.

Różni nas tylko to, że dorosły umysł poparty dorosłymi doświadczeniami jest już w stanie nad emocjami przejąć kontrolę. Przed dzieckiem w tym zakresie jeszcze lata pracy.

 

Twoje dziecko chodzi jak w zegarku?

Kilka dni temu wdawałam się na jednej z mamuśkowych grup w dyskusję o klapsach. Zawsze sobie obiecuję, że już nie będę tego robić, a potem jednak robię, bo gdzieś we mnie siedzi internetowa matka Teresa. Jedna z mam, która przekonywała mnie, że tylko klapsem nauczę dziecko różnicy między dobrem i złem, w końcu z braku racjonalnych argumentów rzuciła tekstem, że ona swoje dzieci bije (o, przepraszam, nie bije, tylko daje klapsy…) i dlatego chodzą jak w zegarku, a moje na pewno nie.

A ja sobie pomyślałam, że kobiecina ma rację. Chociaż dla niej to miała być obelga, dla mnie był w sumie… komplement. I nie – to wcale nie chodzi o to, że czuję dumę, kiedy moje dzieci zachowują się w sposób daleki od ideału. Ja po prostu rozumiem, dlaczego tak się dzieje. Daję im do tego prawo. Daję im czas, żeby dorosły i stopniowo nauczyły się przestrzegania społecznych zasad i radzenia sobie z własnymi emocjami. Moje dzieci taktuję po prostu jak ludzi. Traktuję tak, jak sama chciałabym być traktowana. Z miłością. Ze zrozumieniem. Z szacunkiem.

Miałaś rację, mamusiu z internetu, moje dziecko nie chodzi jak w zegarku. Ja też nie.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

2 Responses

  1. Ania
    | Odpowiedz

    Wybacz, ale te wszystkie Twoje argumenty nie mają wytłumaczenia tylko w rozwoju i wychowaniu… Jeśli chcesz zapraszam na priv, wytłumaczę dlaczego. Pozdrawiam.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Chętnie poczytam tutaj. Myślę, że moje czytelniczki też.

Skomentuj