Musisz zrozumieć… #keepfamiliestogehter

with 2 komentarze

keepfamiliestogehterJest noc. Gdzieś na niebie pojedyncze gwiazdy. W nieprzeniknionych ciemnościach słychać tylko szybkie kroki, przyśpieszone oddechy, urwane szepty. Czasem ktoś potknie się na nierównościach drogi, przewróci się na kamieniach, zdusi krzyk bólu i zaskoczenia. Lepiej, żeby nikt nie słyszał. W ramionach trzymasz synka, który w półśnie ufnie tuli się do Ciebie. Za rękę prowadzisz córkę, jej mała rączka kryje się w Twojej dużej dłoni. Czujesz jak drży. Chciałbyś ją uspokoić, utulić, rozwiać obawy. Ale to nie czas, nie miejsce na rozmowy. Zresztą, sam jesteś równie przerażony.

Stajesz nad brzegiem morza. Gdzieś na falach, niepokojąco dużych i silnych, kołysze się mizerna łódź, do której nie wsiadłby nikt o zdrowych zmysłach. Nikt, kto nie jest tak zdesperowany, jak Ty. W obliczu nieznanego zaczynasz mieć wątpliwości. Przez chwilę, jedną chwilę. Dochodzące z daleka głuche odgłosy strzałów przypominają Ci, że teraz albo nigdy. Że domu już nie ma. Że to może być Wasza ostatnia szansa.

Więc bierzesz ich w ramiona i robisz ten desperacki – tak desperacki, że chyba już bardziej nie można – krok. Wasz pierwszy krok w stronę nowego, może nawet nie lepszego, ale przynajmniej w stronę życia.

Wasz ostatni krok?

 

Jedno zdanie

Kilka dni temu Eva Longoria, amerykańska aktorka meksykańskiego pochodzenia, urodziła swojego pierwszego synka. Kilka dni temu na swoim instagramowym koncie opublikowała zdjęcie noworodka ufnie przytulającego się do mamy. I cytat z wiersza urodzonej w Kenii brytyjskiej poetki. Jedno zdanie, które mówi więcej niż tysiące słów.

 

You have to understand, that no one puts their children in a boat unless the water is safer than the land…
Warsan Shire „Home”

Musisz zrozumieć, że nikt nie wsadza swoich dzieci do łodzi, jeśli woda nie jest bezpieczniejsza niż ląd….
Warsan Shire „Dom”

 

Czasem najprostsze słowa najłatwiej opisują największe dramaty. Bez skomplikowanych analiz, bez złożonych rozważań, bez komentarzy ekspertów. Jest człowiek. Taki jak ja, taki jak Ty. Ma swoje życie, swoje plany, swoje małe szczęścia i codzienne problemy. Ma ludzi, których kocha. Rodzinę, o którą się troszczy.

Aż pewnego dnia wali mu się życie.

 

Po co to wszystko?

To nie jest tekst polityczny, bo na polityce się nie znam.
To nie jest tekst ekspercki, bo nie będę nawet udawać, że znam rozwiązanie dla problemów, nad którymi głowią się najtęższe umysły.
Ale to jest tekst mamy, której tak po prostu, po matczynemu, serce się kraje na myśl, że każdego dnia ludzie stają wobec tak niewyobrażalnych wyborów, gdzie z przodu niebezpieczeństwo, a z za plecami śmierć. To jest tekst mamy, której w głowie się nie mieści, że w XXI wieku można – w imię polityki zero tolerancji dla nielegalnej imigracji – oddzielać od opiekunów dzieci, malutkie dzieci. I patrzeć, jak przerażone wyciągają małe rączki. I słuchać, jak płaczą z tęsknoty za jedyną bezpieczną przystanią, jaką znają. Za znajomymi ramionami rodziców.

Co czuje matka dziecka, którego życie jest w niebezpieczeństwie?
Co czuje matka, która swojemu głodnemu dziecku nie może podać nic do jedzenia?
Co czuje matka, która musi wybrać, czy lepiej wyjechać w nieznane w poszukiwaniu szansy na lepsze życie, czy desperacko trzymać się tej rzeczywistości, która – choć znana – już dawno przestała być bezpieczna? Narazić życie – nie tylko swoje! – na niebezpieczeństwo, czy może zostać i… narazić je również?
To są wybory, to są decyzje, których nie potrafię sobie nawet wyobrazić.

 

My, uprzywilejowani!

Gdzieś w naszej codzienności z jej małymi i dużymi kłopotami i niedogodnościami zapominamy, jak bardzo jesteśmy uprzywilejowani. My, narzekający na zakorkowane ulice, skarżący się na szefa, marudzący na rosnące ceny w sklepach.
My, żyjący w tej „lepszej” części świata.
Tak, w „lepszej”, nawet jeśli nie tak idealnej, jak byśmy chcieli.

Bo mamy drogi. Bo mamy pracę. Bo mamy sklepy, a w nich niemal wszystko. Bo mamy domy. Bo mamy wodę w kranie, światło w domu, samochody, biblioteki i lekarzy. Bo nasze dzieci mają prawo się uczyć. Bo… można by wymieniać w nieskończoność, a przecież niektórzy i tak pozostaną na zawsze w przeświadczeniu, że to nam trzeba nadal pomagać, że to my jesteśmy biedni, że to nam się należy.

Jasne, mamy swoje problemy, każdy ma. Ale mamy też szczęście, ogromne szczęście, którego czasem wydajemy się nie dostrzegać. Bo nikt nie nastaje na nasze życie. Bo nikt nie każe drżeć o życie najbliższych. Bo nikt nie każe nam porzucać naszych domów, w środku nocy nie wypędza w nieznane, gdzie czeka nie serdeczne przyjęcie i wyciągnięta dłoń, a częściej gorzkie słowo i zamknięte drzwi. A najchętniej i bilet powrotny do koszmaru.

Gdzieś pośród naszych codziennych trosk i utyskiwań zapominamy, jakie to szczęście NIE doświadczyć wojny.

 

Rodziny powinny być razem!

To nie jest tekst polityczny, ani tekst ekspercki, ale to jest tekst mamy, które pęka serce na myśl o tych dzieciach, których dzieciństwo wypełnia niepewność, strach i głuche dudnienie bomb, a często także samotność. Której chce się płakać na myśl o tych mamach, mamach takich jak ja, które chciałyby swoim dzieciom przychylić nieba (bo wszystkie chcemy!), a które każdego dnia patrzą, jak dorastają w świecie pełnym przemocy, bólu, ubóstwa i śmierci. Które chciałyby tak wiele, a tak bardzo niewiele mogą. Które mimo to próbują.

Choć nie potrafię sobie wyobrazić co czują, co muszą czuć takie mamy i tacy ojcowie, wiem za to, że w najgorszych nawet okolicznościach, w największych próbach i kłopotach jest łatwiej, jeśli jest rodzina. Jeśli jest miłość, troska, bliskość. Jeśli na spotkanie z nieznanym można iść, trzymając za rękę mamę lub tatę. I łzy wypłakać w ich ramię, i opowiedzieć im koszmarne sny.

Nie ma łatwego rozwiązania dla problemów skomplikowanego świata, w którym splatają się interesy, polityka, historia i ludzkie niedoskonałości. W którym tacy sami ludzie, z krwi, kości i emocji, żyją w zupełnie innych rzeczywistościach. My, uprzywilejowani ludzie z uprzywilejowanego świata, miejmy choć tyle przyzwoitości, żeby nie odbierać im – tamtym z drugiej strony niewidzialnego muru – tego ostatniego lekarstwa na zło, lęki i paraliżujący strach, tej ostatniej deski ratunku – rodziny. Rodziny powinny być razem.

 

#keepfamiliestogether #familiesbelongtogehter

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

 

2 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Niestety, XXI wiek nie ma tu nic do rzeczy – człowiek jest nadal istotą niedoskonałą, która podlega pokusom, złym emocjom, zachciankom… Niestety, nadal światem lub ich częściami rządzą nierzadko ludzie chorobliwie pożądający władzy, którzy honor rozumieją jako uparte pogłębianie ślepej uliczki. Czasami zastanawiam się, jaka kara powinna spotkać ludzi, “dzięki” którym tak wiele innych ludzi musi cierpieć tylko dlatego, że urodzili się po złej stronie świata, albo wierzą w innego Boga. I jaka kara powinna spotkać także ludzi, którzy chcą naprawiać ten zły świat w imię oswobodzenia cierpiących i – niby daleko w tle – daleko pojętego dobrego interesu swojego ukochanego kraju. Jedni wielcy chorzy na władzę i drudzy, jeszcze więksi, też chorzy na władzę – a po środku rzeka niewinnych, udręczonych, wystraszonych ludzi, dla których życie w pokoju to wszystko czego pragną. Człowiek żyje na świecie już tyle lat, ale wydaje się, że coraz bardziej komplikuje swoje losy.

  2. My uprzywilejowani- nasze dzieci mają za dużo Wszystkiego. Sama się na tym łapię. Są sytuacje niewyobrażalnie okrurne I niesprawiedliwe. Wkurza mnie ten świat czasami. Te dysproporcje doprowadzają mnie do szału. Kiedy matce jest odbierane dziecko, serce mi pęka…

Skomentuj