5 najgorszych randek w moim życiu

with 6 komentarzy

najgorsza randkaRandka idealna. Wszyscy mamy w głowie ten obrazek. Przytulna knajpka, blask świec, motylki w brzuchu, a potem wielka miłość. Tylko że to nie zawsze wygląda tak pięknie. Na drodze do „żyli długo i szczęśliwie” zdarzają się czasem nieliche wtopy. I wiecie co? Najgorsza randka to często ta, którą wspomina się najdłużej!

 

Najgorsza randka nr 1: Centuś

Chłopaka numer 1 poznaję na imprezie w akademiku. Wtedy jeszcze nie wiem, że ksywka „Centuś” wcale nie pochodzi od jego nazwiska. Na pierwszą randkę umawiamy się na krakowskim rynku. Korzystając z pięknej, wiosennej pogody, wbijam się w sukienkę i szpilki. Wystarczy dystans pięciu przystanków tramwajowych, żeby się okazało, że powiedzenie „w marcu jak w garncu” nie wzięło się znikąd, bo słońce chowa się za chmury, zaczyna kropić, a wieje jak w kieleckiem. Ale nic to – nadrabiam miną i czekam.

Zjawia się punktualnie, a ja mam ochotę go za to uściskać, bo to oznacza, że za chwilę zasiądziemy w ciepełku. Komplementuje mój look, taktownie nie dostrzegając siniejących ust i dygoczących łydek. Ruszamy. Mijamy jedną knajpkę, drugą knajpkę, trzecią knajpkę. Z tęsknotą patrzę w rozświetlone okna, ze którymi ludzie siedzą nad parującymi kubeczkami. Na moje nieśmiałe sugestie, że może byśmy gdzieś weszli, odpowiada, że on ma tutaj swoje specjalne miejsce i koniecznie chce mnie zabrać właśnie tam. Bo tutaj to komercja, zdzierstwo i w ogóle kawa za dychę.

No to idziemy.

Szpileczkami na kostniejących stopach stukam po krakowskim bruku, który pod marznącą mżawką zmienia się w lodowisko. Dwa razy wpadam w widowiskowy drift, za trzecim podejściem od wycięcia orła ratuje mnie tylko to, że łapię się za śmietnik. Jestem bliska zakończenia tego spotkania, zanim się jeszcze zaczęło, ale wtedy on mówi z miną odkrywcy: „TO TU!”. Jakby właśnie otwierał przede mną wrota jakiegoś Hiltona czy innego Mariota.

Jest taka knajpa w Krakowie, studenci wiedzą, gdzie. Przy jednej z głównym ulic, ale ukryta trochę w bramie. To tam trafiają imprezowe niedobitki, kiedy wszystkie inne kluby powoli się zamykają. To tam średniego uroku ale dużej tolerancji pani kelnerka czeka z niedomytymi kuflami na nieświeżych już nieco klientów spragnionych dalszego melanżu. Bo knajpa ta ma na tle innych okolicznych lokali dwie zalety – że jest zawsze otwarta i że jest tania.

Nie wierzę, kurde, własnym oczom. Ze wszystkich lokali świata ten najmniej nadaje się na pierwszą randkę. Ale jest mi tak zimno, że zaczynam obojętnieć. Wchodzimy. Dyplomatycznie wybieram stolik, z którego nie będę mieć widoku na dwóch gości śpiących już pod stołem i studentkę laryngologii, co właśnie sonduje gardło pacjenta własnym językiem. Już mi się pali czerwona lampka, już dzwoni dzwoneczek ewakuacji, ale jeszcze daję nam szansę. Proszę Centusia, żeby przyniósł mi grzane piwo, żebym mogła się trochę rozgrzać. Wraca po chwili dumny z siebie. Z kuflem zimnego, lodowatego, zmrożonego najtańszego piwa z beczki.

Bo było – uwaga! – o pięćdziesiąt groszy tańsze niż grzane!

No nie sądzę…

 

Najgorsza randka nr 2: Podwójna randka

Chłopak numer dwa zapowiadał się całkiem dobrze. Był miły, zabawny, mieliśmy podobne zainteresowania. I kogoś mi przypominał.

W ramach trzeciego spotkania zaproponował podwójną randkę – ja miałam przyprowadzić koleżankę, on brata, który lizał właśnie rany po rozstaniu z jakąś wredną babą. Zgodziłam się bez większego zastanowienia.

Kiedy spotkaliśmy się w umówionej knajpce okazało się, że jego brat to… mój były chłopak. A wredna baba to ja.

 

Najgorsza randka nr 3: Agnieszka

Chłopak numer 3 zaczepia mnie na ulicy. Wydaje się całkiem interesujący, więc zgadzam się wypić z nim kawę.

Siadamy przy stoliku. Po pięciu minutach dowiaduję się, że jestem bardzo, ale to bardzo podobna do jego byłej dziewczyny – Agnieszki. Po godzinie znam już całą ich historię, włącznie ze szczegółami pierwszego razu przy świecach oraz dramatycznego rozstania. Po kolejnych piętnastu minutach zaczyna do mnie mówić „Agnieszko”. Kiedy go poprawiam, odpowiada, że to imię pasuje do mnie bardziej niż Ewelina i że, jeśli mi to nie przeszkadza, będzie tak do mnie mówił.

Jednak mi przeszkadza.

 

Najgorsza randka nr 4: Wirtualny romans

Chłopaka numer 4 poznaję na jakimś czacie. Gadamy przez kilka dni, wydaje się, że nadajemy na tych samych falach. Postanawiamy więc umówić się w realu. Ustalamy miejsce i czas. Na kilka godzin przed spotkaniem odzywa się jeszcze na szybko.
On: Jak Cię poznam? Ustalimy jakiś znak rozpoznawczy?
Ja: Po co tak komplikować? Tu masz moje zdjęcie. (wysyłam)
.
.
.

(mija kilka minut)
On: Chyba jednak jestem chory.

Aha…

 

Najgorsza randka nr 5: Masz chusteczkę?

Chłopak numer 5 wydaje się całkiem fajny, chociaż był raczej z tych, którzy trochę za bardzo dbają o pozory. Na kolejną randkę idziemy do tajskiej knajpki. On przez pomyłkę zamawia jakieś ostre danie. Proponuję mu zamianę, bo wiem, że za pikantnym jedzeniem nie przepada, ale on twardo trzyma fason. Jak to on nie da rady tego zjeść?!? On?!? No i zjada.

Po kolacji wychodzimy jeszcze na spacer. Brzeg jeziorka, tataraki, lekka bryza. Ciszę przerywa tylko szum wiatru, kumkanie żab i… dziwne dźwięki dobiegające z brzucha mojego towarzysza. Taktownie nie komentuję, ale widzę, że biedak robi się coraz bardziej nerwowy i wyraźnie spięty w obszarze poniżej pasa. Przyśpieszamy kroku, jak sądzę w poszukiwaniu przybytku zadumy, ale niestety bezskutecznie. Przyśpieszamy bardziej jeszcze, spokojna wędrówka przeradza się w dziki galop.

Alarm brązowy, alarm brązowy!

W końcu biedak poddaje się. Chcąc nie chcąc, wyszukuje ustronny kącik nad jeziorem, a ja staję na czatach i koncentruję wszystkie siły na tym, żeby nie zacząć się śmiać.
– Masz chusteczkę? – pyta po chwili nieśmiało. Aha, to musiało go niemało kosztować. Aż mi żal, że muszę go rozczarować.
– Niestety nie mam. Może liście zerwij? – sugeruję.
– Tu jest tylko tatarak i pokrzywy – odpowiada on i słyszę, że jest totalnie i absolutnie załamany. W przebłysku geniuszu albo desperacji, trudno powiedzieć, zdejmuję spod spódnicy i rzucam mu swoje majtki w świnki. Lubię je wprawdzie, ale niech będzie. Jakoś odżałuję.

Po chwili wychodzi zaczerwieniony zza szuwarów. Choć staram się rozładować atmosferę, nie odzywa się już ani słowem do końca spaceru. Więcej nie dzwoni.

 

A Wy macie na koncie jakieś nieudane randki? Ktoś się odważy przyznać?

 

PS. Żeby jednak nie kończyć tak nie-pozytywnie, chciałam tylko dodać, że nieudana randka nie zawsze musi być tą ostatnią. Jak na ironię, jedną z najgorszych randek w historii zaliczyłam z… moim obecnym mężem! Ale o tym to możecie poczytać w tym tekście:

Jak sprawdzić, czy jesteście dla siebie stworzeni?

 

6 Responses

  1. Ten piąty chłopak mógł być całkiem fajny 😉 Nawiasem mówiąc, mój maż też się struł na jednej z pierwszych randek, na szczęście poradził sobie lepiej 🙂

    Moja ulubiona historia – z czasów, kiedy jeszcze uważałam, że da się żyć bez telefonu komórkowego 😉 Chłopak zakochany na zabój, randka o godzinie 14:00 na krakowskim Rynku, niestety spóźniłam się i to dość znacząco, bo aż 20 minut. Nie zastałam go w umówionym miejscu, poczekałam chwilę, odżałowałam i poszłam do domu. W pełni zrozumiałam, że nie czekał na mnie, pretensje miałam wyłącznie do siebie.

    Po powrocie telefon, chłopak wyraźnie oburzony, bardzo nieprzyjemnym tonem pyta “Czy mogłabyś mi to jakoś wyjaśnić?”. No to wyjaśniam, że byłam o 14:20. Na to on: “Ja byłem o 14:30, nie mogłaś poczekać?!” 😀

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Czasem tak sobie wspominam czasy “przed telefonami komórkowymi”. Jak my wtedy żyliśmy? 😀

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    Ja umówiłem się kiedyś z dziewczyną z pracy. Poszliśmy na piwo, wypiła może połowę kufla i dostała takiej głupawki, że mi się wszystkiego odechciało… Jej rubaszny śmiech słyszało chyba pół miasta a ja nawet nie musiałem być dowcipny 🙂 A najlepsze jest to, że później nie przyjmowała ode mnie wyjaśnień, że raczej do siebie nie pasujemy i atmosfera w pracy się napięła.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      O taaaak… Rubasznie wstawiony partner/partnerka na randce to jest koszmar…

  3. Hania
    | Odpowiedz

    O matko i córko, nic tylko filmy kręcić z tymi scenariuszami 😀

Skomentuj