Najważniejsza rzecz, jakiej nauczyła mnie mama

with 8 komentarzy

słowa rodziców

Każdy z nas ma chyba takie słowa rodziców, które szczególnie utkwiły mu w głowie. To może być sławetne „pogadamy, jak sam będziesz miał dzieci”, „uważaj, bo powiem tacie”, czy „dla mnie zawsze będziesz dzieckiem”, ale też znacznie bardziej znaczące zdania. Takie, które zaczynamy rozumieć najlepiej, kiedy sami stajemy się rodzicami. Które wspominamy po latach i kiwamy ze zrozumieniem głową. Macie takie?

 

Nigdy nie byłam zbuntowanym dzieckiem. Miałam i dalej mam dobre relacje z rodzicami, co bardzo sobie cenię. Także dlatego, że nasze rozmowy, porównywanie naszych perspektyw, które przecież siłą rzeczy często się różnią, bardzo poszerza horyzonty. Jednym ze zdań, które najbardziej wbiło mi się w pamięć, jest stwierdzenie mojej mamy, że dziecka nie wychowuje się dla siebie, tylko dla niego samego i dla świata. Brzmi banalnie? Nie dla mnie. Dla mnie w tym jednym zdaniu kryje się kwintesencja dojrzałego podejścia do wychowania, którego podstawą jest założenie, że…

 

…dziecko nie jest Ci nic winne

Jeśli decydujemy się na dziecko, to jest to nasza – bardziej lub mniej świadoma – decyzja. A opieka nad maluchem i zapewnienie mu odpowiednich warunków do dorastania (nie tylko tych materialnych!) jest jej konsekwencją. Nie dobrą wolą, nie łaską, nie gestem wielkoduszności, a zwyczajnie obowiązkiem, jaki spoczywa na każdym rodzicu.

Sprowadzając na świat życie, jesteś za nie odpowiedzialny – to proste, bardzo proste. Oczekiwanie, że kiedyś tam, za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat dziecko Ci się za to odwdzięczy, jest niedorzeczne. Jest niesprawiedliwe. Bo dziecko się na świat nie prosiło, dziecko nie miało wyboru. Ty masz. Jeśli więc wybierasz, akceptujesz też wszystko, co się z tym wyborem wiąże. Bez emocjonalnego szantażu, bez przerzucania odpowiedzialności na dziecko, bez domagania się wyrównania rachunku zysków i strat. Bo musisz pamiętać, że…

 

… dziecko nie musi z Tobą zostać

Skupiamy się na długoletnich planach – budujemy duże domy, bo „kiedyś dzieci z nami zamieszkają”, kupujemy działki po sąsiedzku, bo „tak będzie łatwiej zajmować się wnukami”, zachęcamy do studiowania w pobliżu, szukania pracy w pobliżu, bo “rodzina musi trzymać się blisko”. Wcale nie musi. Można być blisko, a wcale nie mieć ze sobą bliskich relacji. Można być daleko, a utrzymywać kontakt serdeczny, zażyły, oparty na szacunku i wzajemnym zrozumieniu swoich potrzeb. Które mogą się bardzo różnić.

Jasne, zawsze gdzieś pojawia się argument, pojawia się niepokój, że przecież na starość rodzice mogą potrzebować pomocy, opieki. Ale czy możemy oczekiwać, że ktoś będzie podporządkowywał swoje życie tej obawie? I znów mówi moja mama: „stary człowiek różni się od młodego jednym – ten stary już kiedyś był młody, ten młody nie ma pewności, że kiedyś w ogóle będzie stary”. Bo tak właśnie jest. Funkcjonowanie pod dyktando czarnej wizji, która nigdy może się nie zdarzyć, to droga donikąd. Życie zaskakuje, plany można zmienić. A to, że pozwolisz odejść dziecku, że dasz mu zdecydować o sobie, nie oznacza, że nie wróci, kiedy będzie potrzebne. Przeciwnie.

Jako rodzice musimy zaakceptować fakt, że plany naszego dziecka mogą wybiegać poza granice naszych wyobrażeń. Że może nie widzieć się na tym piętrze, które specjalnie dla niego wybudowaliśmy. Że może wcale nie chcieć wnuków. Że może w końcu wybrać zamieszkanie w pobliżu teściów, w Wałbrzychu, w Radomiu, w Buenos Aires, w Moskwie. Gdziekolwiek, gdzie poniesie go los i fantazja. Bo prosta prawda jest taka, że…

 

…dziecko ma prawo do własnej drogi

Chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Chcemy szczęścia, sukcesów, powodzenia, spełnienia. Widzimy je w dobrych zawodach, w prosperujących biznesach, w szczęśliwych rodzinach. Problem w tym, że nasza definicja szczęścia może się bardzo, bardzo różnić od tej, jaką ma nasze dziecko. I choć może trudno, czasem bardzo trudno to zaakceptować, to jednak JEGO definicja ma priorytet w JEGO życiu. Czy nam się to podoba, czy nie. I tak, to prawda – nie jest łatwo odpuścić, nie jest łatwo oddać stery w młode, niedoświadczone ręce. Nie jest łatwo patrzeć na błędy, które przeczuwamy i których jesteśmy pewni. Ale przecież o to właśnie chodzi.

Mam to szczęście, że moi rodzice to potrafili. Że od samego początku pozwalali nam wybierać własne ścieżki. Że potrafili sugerować, doradzać, wskazywać możliwości, ale potem akceptowali nasze decyzje. Z anielską cierpliwością znosili nasze przeprowadzki, zmiany planów, edukacyjne rewolucje, zagraniczne wyjazdy, nawet perspektywę emigracji. Wspierali, pomagali na miarę własnych sił. Nigdy nie oceniali. Nie wymagali, żebyśmy w podejmowaniu decyzji najpierw brali poprawkę na nich i na ich potrzeby. Uczyli nas tego, że mamy jedno życie i mamy prawo iść własną drogą. Bez zastanawiania się nad tym, co pomyślą o tym inni. Nawet kiedy inni zarzucali im, że…

 

…nie będzie miał Wam kto szklanki wody podać na starość

To jest argument, który nieuchronnie pada w dyskusjach o posiadaniu lub nieposiadaniu dzieci i który nieodmiennie mnie zadziwia. Czy naprawdę tym są dla nas dzieci? Polisą ubezpieczeniową na starość? Z góry opłaconą opiekunką? Inwestycją długoterminową, z której procenty odbierzemy na emeryturze? Mam nadzieję, że dla większość z nas nie. Dla mnie na pewno nie.

Paradoks zresztą jest taki, że – choć zabrzmi to może okrutnie – posiadanie dzieci wcale przysłowiowej szklanki wody nie gwarantuje. Więcej powiem – wychowywanie dzieci w duchu „kiedyś się mną zajmiesz” znacznie zmniejsza na tę szklankę szansę, a na pewno zmniejsza szansę na to, że ktoś poda Ci ją z potrzeby serca, a nie poczucia obowiązku. Oczekiwanie, że dziecko na starość odwdzięczy Ci się za trudy rodzicielskie to prosta droga do zgorzknienia i rozczarowania. Bo w miłości nie ma miejsca na kalkulację, na rozliczanie zasług. Kto komu więcej poświęcił, kto komu więcej winien, kto komu co dał, kto zabrał. Jeśli w relację z kimkolwiek, a z dzieckiem może najbardziej, wprowadzimy taką buchalteryjną optykę, to zawsze ktoś będzie się czuł pokrzywdzony. Bo czy troskę, wyrozumiałość, cierpliwość można zmierzyć i wycenić? Nie sądzę. Wiem za to dobrze, bo widzę takie przykłady wokół siebie, że dorośli ludzie z taką roszczeniowo-oczekującą postawą czują się w końcu zawsze rozczarowani, niedocenieni, odrzuceni. To prosta droga do unieszczęśliwienia siebie samego. I innych, tych najbliższych, przy okazji.

 

Daj mu skrzydła!

Nie wychowujemy dzieci dla siebie. Wychowujemy je dla nich samych, żeby były mądrymi, wrażliwymi, odważnymi ludźmi. Żeby potrafiły wykorzystać swój potencjał, miały swoje marzenia i swoje plany. Żeby potrafiły o nie walczyć. Żeby znały swoją wartość i doceniały wartość drugiego człowieka. Żeby budowały zdrowe relacje, których najlepszą lekcją i najlepszym wzorem są nasze z nimi układy i więzi. Wychowujemy dzieci dla świata, żeby swoim bogactwem, swoją pasją, swoją energią pchały go do przodu, napędzały, prowadziły w lepszą przyszłość. Żeby swoją wrażliwością i empatią zmieniały go w dobre, przyjazne miejsce.

Na tym to właśnie polega. Żeby otoczyć dziecko miłością i zrozumieniem, wyposażyć je najlepiej jak potrafimy, dać mu najlepsze możliwe narzędzia a potem… A potem pozwolić mu opuścić gniazdo, rozwinąć skrzydła, polecieć we własnym kierunku. I patrzeć z dumą, jak szybuje. Nawet gdyby los miał je zanieść daleko od nas.

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

8 Responses

  1. Marta K
    | Odpowiedz

    Ależ Ty to pięknie napisałaś! Masz prawdziwe szczęście mając takich rodziców. Ja sama choć rodziców całe życie nie miałam, cieszę się, przeogromnie, że do tej wiedzy sama doszłam. Nie wyobrażam sobie, bym mogła wychowywać dziecko, tylko dla jakiś swoich zamierzonych, mniej lub bardziej ukrytych celów. Owszem, ciężko mi na tą chwilę wyobrazić sobie, że moja niespełna trzyletnia córka może kiedyś przyjść do mnie i zwyczajnie powiedzieć “za tydzień się wyprowadzam”! Czy byłoby mi z tym źle? – No jasne. Przeżywałabym? – Oczywiście. Ale nie wyobrażam sobie, że nie wspierałabym jej, na każdym kroku w życiu. To przecież mój obowiązek 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Tak jak piszesz – nie da się nie przeżywać decyzji dzieci, nie da się nie przeżywać tego, że czasem odchodzą albo wybierają inną drogę, niż byśmy tego chcieli. Ale właśnie na tym polega rodzicielska miłość, żeby potrafić takie decyzje zaakceptować i wesprzeć.

  2. ladymamma.pl
    | Odpowiedz

    Pięknie napisane!!! <3 O tych skrzydłach myślę każdego dnia… Analizuję ważne dziecięce sprawy, co by podświadomie dodać synom odwagi… Wiem, że dzisiejsze małe rzeczy będą procentowały mocno na przyszłość!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Piękna jest taka uważność i świadomość, że małe rzeczy mogą mieć bardzo duży wpływ…

  3. Kasia Hartung
    | Odpowiedz

    Bardzo mi się to podoba! Daje do myślenia i myślę, że powinien się nad tym zastanowić każdy rodzic. Nie ukrywam, że teraz moim marzeniem jest, żeby mój synek był cały czas przy mnie, ale wiem, że kiedyś pójdzie swoja drogą, a ja zawsze będę go wspierała w dążeniu do samodzielności i robieniu tego, czego pragnie.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Czasem chciało by się, że dzieci zawsze zostały naszymi maluszkami. Ale one rosną i trzeba im na to pozwolić 🙂 A jak już rozwiną skrzydła, to można z dumą obserwować 🙂

  4. madrencia
    | Odpowiedz

    Moje kochane dziewczyny,Panie ,Matki.Nie wiem po ile macie lat.Zapamiętajcie sobie,że rodzic nie powinien iść przed dzieckiem i wskazywać mu drogę ale zawsze iść z boku aby go wspierać i podać mu swoją dłoń kiedy dziecko o to poprosi.Pomoc powinna być bezinteresowna jak miłość jaką je obdarzacie.Miłość która jest cierpliwa, nie szuka poklasku itd.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Tak naprawdę to tylko bezinteresowna pomoc naprawdę jest pomocą. Jak czegoś oczekujemy w zamian to raczej jakaś wymiana handlowa 🙂
      Pięknie powiedziane o tym przewodniku, który idzie z boku a nie z przodu!

Skomentuj