Nie przytulam dziecka w nagrodę!

with 4 komentarze

przytulanieJestem matką-przytulaczką. Przytulam swoje dzieci tak często, jak ja i one mamy na to ochotę. Tak długo, jak tego chcemy. Objęciem ramion napełniam kubeczki potrzeb, swój i ich. Skotłowane, trudne emocje uspokajam kołysaniem. Leczę łzy strachu i bólu. W gorącym uścisku gromadzę smutki małe i duże, osłaniam przed potworem spod łóżka i cieniem zza okna. Dodaję otuchy, gdy przed nami nowe wyzwania.

 

I nader często słyszę, że to za często. Że to za dużo. Że kto to widział tak dziecko rozpuszczać tym przytulaniem. Że nie można przytulaniem nagradzać „niegrzecznego” dziecka.

 

A ja robię swoje

Przytulam na dzień dobry. Kiedy oczy z trudem opierają się pokusie dalszego snu, a ciche “chcę jeszcze pospać” przeplata się z natrętnym tykaniem budzika. Żeby lepiej wystartować, łatwiej złapać rytm. Od brutalności uwolnić pobudkę niechętną, a przecież konieczną.

Przytulam na “miłego dnia”. Żeby dać na kolejne godziny zastrzyk pozytywnej energii, uśmiech wywołać, trochę ciepła i słońca wlać w spędzone osobno godziny. Przekonać, że zaczyna się coś dobrego, coś pozytywnego, nawet jeśli trochę strach.

Przytulam i na strachy. Gdy rozstanie w przedszkolnej szatni, gdy wokół nowi ludzie i nowe miejsca. Gdy trzeba czoła stawić nowym wyzwaniom. W ciepłych ramionach przestrzeń tworzę na rozmowę o obawach, tych mniej i bardziej realistycznych, niepokojach, tych mniej i bardziej uzasadnionych, potworach, tych mniej i bardziej prawdziwych.

Przytulam i na łzy. I radości, i smutku. Mokre policzki ocieram, chusteczką, mankietem rękawa albo i własną twarzą. Mokre oczy przyjmuję bez krytyki i osądu. Nie mnie oceniać, czy płakać warto nad zadeptanym kwiatkiem, zamazanym rysunkiem czy zagubioną rybką.

Przytulam i na złość. Kiedy buzujące emocje wybuchają mocnymi słowami. Kiedy prędki język wyprzedza mądrą już, choć dalej przecież dziecinną głowę. Kiedy gniew nieokiełznany rzuca w twarz oskarżenia wyssane z palca. Kiedy “nie lubię Cię! nie kocham Cię!” jest najbardziej dramatycznym wołaniem o miłość i otwarte ramiona.

Przytulam i na “niegrzeczność”. Kiedy zasady, chociaż znane, tak trudne są do przyjęcia i zrealizowania. Kiedy pokusa zbyt silna, nawet jeśli wie się dobrze, że nie wolno, że nie można. Kiedy upór i zakłamywanie rzeczywistości, że przecież to nie ja. Kiedy wyrzut sumienia i wstyd, że się nie udało, że się nabroiło.

Przytulam na “miło Cię widzieć”, kiedy spotykamy się znowu. Kiedy wracamy do domu każdy ze swoim dniem, swoimi sukcesami i porażkami, swoimi historiami na barkach. Kiedy przeplatają się opowieści, przelewają wrażenia, a często i wybuchają trzymane przez kilka godzin na wodzy emocje.

Przytulam na “dobranoc”. W otwartych ramionach gromadzę małe sekrety, poważne pytania i wyszeptane już w półśnie marzenia. Otulona zapachem i rytmem dziecięcych oddechów rozpływam się w cieple delikatnych rączek otaczających moją szyję. Akumulator ładuję po długim dniu i na długi dzień.

 

Jak można?

Zarzucił mi ktoś kiedyś, że nie można tak dziecka przytulać w nagrodę. Kiedy krzyczy, kiedy płacze, kiedy histeryzuje. Kiedy wymusić próbuje, skupić na sobie moją uwagę. Bo to utwierdza go w przekonaniu, że to działa. Bo to pokazuje mu, że tak może.

A ja sobie wtedy myślę: jak można?

Jak można nie zareagować, kiedy dziecko nie radzi sobie z emocjami?
Jak można nie zareagować, kiedy dziecko tak bardzo domaga się naszej uwagi, że tę potrzebę wyraża płaczem i wybuchem?
Jak można nie zareagować, kiedy dziecko jest najbardziej bezradne, najbardziej zagubione, najbardziej rozedrgane?
Jak można odwrócić się plecami w chwili największego kryzysu, uczucia uznać za fanaberię, potrzebę za manipulację?
Kiedy, jak nie w takich momentach, niezbędna jest ta nasza bliskość? To nasze wsparcie? To nasze ciepło?
Kiedy, jak nie w takich momentach, potrzebuje dziecko poczuć, że je kochamy zawsze i bezwarunkowo?

 

Bezstresowe wychowanie?

I nie, nie straszcie mnie bezstresowym wychowaniem. Nie o to chodzi, żeby dziecku na wszystko pozwolić. Nie o to chodzi, żeby mu wszystko dać, żeby tylko nie płakało. Nie o to chodzi, żeby przytuleniem dać przyzwolenie na zachowania, które przekraczają nasze granice.

Tylko o to, żeby w trudnej chwili dać sygnał dziecku, że może na nas liczyć. Żeby mu   pokazać, że z trudnymi emocjami może przyjść do nas. Żeby mu uświadomić, że nie musi być zawsze miłe, słodkie, uległe i uśmiechnięte, żeby było kochane.

Że może przy nas być sobą, bo kochamy je takie, jakie jest. I że pomożemy mu dojść do ładu z tym, z czym nie może sobie samo poradzić.

 

Przytulam

Jestem matką-przytulaczką. Nie wierzę w karne jeżyki, wypłakiwanie i kąciki samotności. Ani w to, że ciepło i bliskość utrwalać mogą złe nawyki i manipulatorskie skłonności. Przytulam moje dzieci, kiedy są wesołe, spokojne i miłe. Kiedy chcą podzielić się ze mną swoimi sukcesami, radościami i odkryciami. Przytulam moje dzieci, kiedy są smutne, markotne i zagubione. Kiedy chcą wypłakać mi w rękaw swoje porażki, potknięcia i rozczarowania. Przytulam moje dzieci, kiedy są wściekłe i złe, także na mnie. Kiedy chcą w moje ramiona wykrzyczeć swój gniew, frustrację i niezadowolenie, żeby uwolnić się od emocji, które buzują w nich płomieniem, którego nie potrafią same ugasić.

Nie przytulam moich dzieci w nagrodę. Przytulam je, bo je kocham.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

4 Responses

  1. Bardzo dużo się przytulamy. Takie z nas są przytulasy. Ja ogólnie lubie przytulać. Przytulenie jest lepsze niż niejeden lek.

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    Wczoraj wróciłem z Warszawy i na progu czekał już na mnie z otwartymi rękami mój syn 🙂 Największa nagroda po masakrycznie ciężkim dniu 🙂 Wyściskaliśmy się tak naprawdę szczerze i powiedzieliśmy sobie, że stęskniliśmy się za sobą 🙂
    Ale u mnie to nie jest tak, że zawsze się przytulamy. Kiedy wkradają się złe emocje, spokojnie tłumaczę, objaśniam jak to działa i daję synowi wybór – albo w lewo albo w prawo. Oczywiście obierając (nie)odpowiedni kierunek musi się liczyć z konsekwencjami (oczywiście z poprzeczką trudności dla 6-latka). Ale uczę mojego syna przede wszystkim być dobrym człowiekiem i by wiedział, że tato jest po jego stronie nawet wtedy, gdy wlepi mu karę 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Tłumaczyć można wtedy, kiedy emocje się już wyciszą. Jak jest histeria i płacz, to – tak czysto fizjologicznie – działa tylko gadzi mózg, a mózg racjonalny się wyłącza, więc wszelkie tłumaczenia trafiają w próżnię. I to nie jest celowe działanie dziecka.
      Ja tak sobie myślę, że dla dziecka jest najważniejsze, żeby właśnie czuło wsparcie rodziców w każdej sytuacji. Żeby wiedziało, że je kochają nawet wtedy, kiedy się złości, awanturuje czy bije. Co oczywiście nie oznacza, że mają się zgadzać czy pozwalać na niewłaściwe zachowania, które komuś robią krzywdę.

      A tak a propos kar – nie boisz się, że dziecko nie robi pewnych rzeczy nie dlatego, że rozumie, że to jest złe, ale dlatego że boi się kary? I że jak kara nie będzie grozić (bo rodzic nie widzi, bo nie ma szans żeby się dowiedział, bo z dala od domu), to “hulaj dusza piekła nie ma”?

  3. RoMaO
    | Odpowiedz

    Boję się 🙂 Ale jeśli coś tłumaczę i dziecko nie jest w stanie/nie chce czegoś zrozumieć, to musi to zobaczyć, poczuć “na własnej skórze”, to o czym mówię. I nie chodzi mi tu – broń Boże – o jakieś kary wyszukane czy cielesne. Chodzi o to by przekonało się naocznie, że jeśli coś zaniedba, coś zrobi na przekór, to będą tego konsekwencje. I nie chodzi mi o to by bało się kary tylko następstw swojego “ja nie chcę!” 🙂
    Od jakiegoś czasu mój syn ma kolegę w przedszkolu, który mu imponuje (och jak on rozrabia) a moim zdaniem nie do końca ma pozytywny wpływ na syna. Więc muszę mu pokazać, że rozrabianie kosztuje 🙂

Skomentuj