Nie zwracaj uwagi, to mu przejdzie…

with Brak komentarzy

nie zwracaj uwagi, to mu przejdzie„Ona to robi, żeby zwrócić na siebie uwagę”, „Nie zwracaj uwagi, to mu przejdzie”, „Zignoruj go, to przestanie”. Magiczna recepta na złe zachowanie dzieci. Gdybym za każdym razem, kiedy słyszę takie słowa, dostawała złotówkę, to musiałabym mieć całkiem dużą świnkę skarbonkę, żeby się wszystkie pomieściły. I powiem Wam, że nie ogarniam. Że my, dorośli, możemy być jednocześnie tak mądrzy i tak głupi.

 

Tacy jesteśmy mądrzy…

Tak, jesteśmy mądrzy. Intuicja i rozum słusznie podpowiadają nam, że dziecko robi pewne rzeczy, żeby przyciągnąć naszą uwagę. Krzyczy za głośno, kiedy akurat zasiedliśmy do komputera, żeby napisać e-mail. Sypie piaskiem na dziecko na placu zabaw, kiedy akurat usiedliśmy na ławeczce i chcieliśmy poplotkować z sąsiadką. Rzuca zabawkami, kiedy próbujemy wyciągnąć się na kanapie i poczytać książkę, która nie opowiada o Reksiu albo Kici Koci. Albo leży na podłodze i płacze, kiedy odmawiamy podania mu kolejnej kostki czekolady.

Intuicja i rozum mają rację. Nasze dziecko zachowuje się w taki sposób, żebyśmy zwrócili na nie uwagę. Żebyśmy zauważyli, jak szybko biega. Docenili, jaką wybudowało babkę z piasku. Popatrzyli, jak samodzielnie układa te puzzle z Psim Patrolem, które jeszcze niedawno były za trudne. Dostrzegli, jak bardzo miało ochotę na czekoladę i jak trudno mu z tym, że mieć jej nie może.

Tacy jesteśmy mądrzy, tyle mamy doświadczenia, że potrafimy to zrozumieć.

 

Tacy jesteśmy głupi…

Dlaczego więc jesteśmy tacy głupi, że głosu naszej intuicji i rozumu nie chcemy posłuchać? Dlaczego tłumimy je w imię uprzedzeń, stereotypów, odgórnie narzuconych przekonań i zasad? Dlaczego wolimy zlekceważyć, zignorować, albo wręcz stłumić dziecięcą potrzebę, zamiast – tak po prostu! – ją zaspokoić?

 

Kiedy dziecko przychodzi do nas i mówi, że jest głodne – dajemy mu coś do jedzenia. Kiedy chce mu się pić – wręczamy szklankę z wodą. Kiedy chce spać, prowadzimy do łóżka. Dlaczego więc nie reagujemy w ten najprostszy, najnaturalniejszy sposób, kiedy w grę wchodzą te mniej fizyczne, mniej może namacalne, ale przecież równie ważne potrzeby?

Potrzeba bycia zauważonym, bycia docenionym, bycia branym pod uwagę. Bycia ważnym.

 

Popatrz głębiej

Za trudnymi zachowaniami dzieci najczęściej kryją się jakieś niezaspokojone potrzeby. Takie, których te dzieci – zwłaszcza małe – jeszcze często nie potrafią zrozumieć ani nazwać. Jak kiedy dwulatek jest tak zmęczony, że marudzi i płacze, ale za nic nie chce pójść na drzemkę. Jak kiedy trzylatek bardzo chciałby pobawić się z kolegami z nowej przedszkolnej grupy, ale nie potrafi nawiązać kontaktu, więc wali kolegę w głowę pluszakiem (albo autkiem…). To nasza, dorosłych rola, polega na tym, żeby zabawić się w detektywa i zrozumieć, jaka potrzeba kryje się za danym zachowaniem. Oraz – w miarę możliwości – spróbować ją zaspokoić.  I zwykle to właśnie staramy się zrobić. Tak długo, jak wchodzą w grę potrzeby najbardziej podstawowe.

Kiedy jednak dziecko zaczyna domagać się naszej uwagi, dorosła tolerancja często się kończy. Przestajemy myśleć kategoriami potrzeb i odpowiadania na nie, pozostajemy na powierzchni. Widzimy zachowanie, które nam się nie podoba. Słyszymy krzyk, widzimy walenie pięściami, zauważamy coś, co nie jest dla nas do przyjęcia. I na tym się zatrzymujemy.

I – nader często – odwracamy wzrok.

 

A przecież bycie rodzicem to więcej, o niebo więcej, niż tylko nakarmienie, ubranie, zapewnienie dachu nad głową. Takie podstawowe rzeczy może zapewnić dziecku ktokolwiek, choćby i instytucja opiekuńcza. To na tych wyższych piętrach piramidy potrzeb pojawia się to prawdziwe pole do popisu. To tutaj możemy dziecku pokazać, że jest dla nas ważne. Ze chcemy mu towarzyszyć w jego dobrych i złych chwilach. Że je rozumiemy i jesteśmy blisko. Że dostrzegamy sukcesy i porażki, radości i smutki.

 

Wielka siła małych gestów

I nie, wcale nie chodzi o to, że dziecko ma rządzić i dyrygować nami i naszym życiem. Że wszystko ma się kręcić wokół niego i wszystko mamy rzucać, żeby do niego się dostosować. Że mamy spełniać każde jego życzenie, żeby oszczędzić mu smutków i frustracji.

Chodzi za to o to, żeby dać mu poczuć, że jest dla nas ważne, nawet jeśli nie zawsze możemy i nie zawsze chcemy być w 100% dla niego. Czasem wystarczą naprawdę proste gesty i słowa. Pomachanie z tej naszej ławki, żeby widziało, że dostrzegamy, jak wspina się na tę najwyższą zjeżdżalnię. Powiedzenie „Ułożyłeś te puzzle zupełnie sama. Chyba jesteś bardzo z siebie dumny”, żeby usłyszało, że zauważyliśmy jego wysiłek. Pogłaskanie po pleckach i przytulenie, żeby poczuło, że dostrzegamy jego smutek z powodu kostki czekolady i że może liczyć na nasze wsparcie. Ta wyliczanka małych, a przecież wielkich gestów, naprawdę nie ma końca.

Tacy jesteśmy mądrzy, że bardzo dobrze wiemy, że trudne czasem do przyjęcia przez dorosłych zachowania, to dziecięcy sposób, żeby zwrócić na siebie uwagę. Choćby i miała być ona wyrażona nie uśmiechem i miłym słowem, a złością czy irytacją. Przeczytałam gdzieś kiedyś (jeśli znacie źródło tego cytatu, to dajcie znać, bo mi umknęło), że dzieci, które najbardziej potrzebują miłości, domagają się je przez zachowania, które najbardziej to kochanie utrudniają. I z uwagą jest dokładnie tak samo. Im bardziej dziecko naszej uwagi potrzebuje, tym gwałtowniej będzie się jej domagać. Tym trudniejsze do zniesienia mogą być środki, po jakie sięgnie. Bo przecież już lepiej zostać skrzyczanym, niż być zupełnie niewidocznym…

 

Nie zwracaj uwagi, to mu przejdzie?

I jasne – możemy to oczywiście zignorować. Możemy nie zwracać uwagi na krzyki, płacze, łzy. Odwrócić głowę, wyjść do drugiego pokoju, patrzeć potępiająco bez słowa, dopóki się nie uspokoi. Żeby nauczyło się, że to nie działa. I wiecie co? TO ZADZIAŁA. Dzieci nie są głupie. Niektóre bardzo szybko zrozumieją, że nie ma sensu płakać i krzyczeć, bo to i tak nic nie zmieni. Niektóre będą się awanturować długo i intensywnie, coraz mocniej i coraz bardziej widowiskowo, aż w końcu się złamią i dadzą sobie spokój (chyba że wcześniej zdążą dorosnąć i na pożegnanie zatrzasną za sobą drzwi). Tak, to zadziała. Przynajmniej pozornie zadziała. Tylko jakim kosztem?

Przecież potrzeba, którą nasza pociacha tak gwałtownie manifestuje, wcale nie znika. Bo zniknąć nie może. Bo jest zupełnie naturalna. Może co najwyżej zostać stłumiona, zepchnięta gdzieś i zduszona. Ale to nie oznacza, że się rozwieje.

 

Te dzieci, które dziś ignorujemy w chwilach, kiedy potrzebują naszej uwagi, dostają od nas jasny komunikat. I zapisują sobie w głowie myśli, które poniosą w świat jak nieznośny balast. Nie jestem ważny. To, co robię, nikogo nie interesuje. Moje emocje nikogo nie obchodzą. Nikt mnie nie kocha.

Dzieci naprawdę nie są głupie.

My za to, tacy mądrzy przecież, właśnie głupi nader często bywamy. Kiedy, zamiast słuchać intuicji i rozumu, silimy się na jakieś sztuczne zasady, na moralizowanie, na szantaże i dziwne zagrywki, które często odziedziczyliśmy po poprzednich pokoleniach. Komplikujemy bez sensu, a przecież to w gruncie rzeczy proste, bardzo proste.

Kiedy dziecko sprawia problemy, bo potrzebuje naszej uwagi, wystarczy tylko… tę uwagę mu dać.

 

Może Ci się też spodobać:

Po co Ci posłuszne dziecko?

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj