Niesiemy w sobie strach

with 12 komentarzy

Niesiemy w sobie strach

Miłość. Radość. Euforia. Takie emocje kojarzymy, takie chcemy kojarzyć z urodzeniem dziecka i jego wychowaniem. I nikt ci nie powie, że jest jeszcze jedno, bardzo inne, bardzo mocne uczucie, z którym przyjdzie Ci się zmierzyć, jak tylko zostaniesz mamą. Ja Ci powiem. Strach.

 

To się nie zaczyna na porodówce, to się zaczyna znacznie wcześniej. Kiedy widzisz dwa paski na teście i nagle przypominasz sobie, że tydzień temu na imprezie u Kaśki wypiłaś o dwa piwa za dużo. I że kwas foliowy to się skończył dobry miesiąc temu, a ciągle nie po drodze było do apteki. Że już nie wspomnę o tym znieczuleniu u dentysty w ubiegły wtorek. A jeśli mu to zaszkodziło?

Dni płyną, a z nimi, obok radości, kolejne niewiadome, kolejne pytania, kolejne lęki. Czy rośnie, jak rośnie, czy zdrowy? Co z tą przeziernością karkową i dlaczego tylko jedno USG do tej pory. Dobry ten mój lekarz czy sobie olewa sprawę? A te badania prenatalne to robić? Jeszcze coś wyjdzie… Czekanie na wyniki zabija Cię przez kolejne dni.

A potem zbliża się wielki dzień, wielka niewiadoma. Porodówka, charakterystyczny szpitalny zapach, minuty ciągnące się jak godziny. Sympatyczny, albo mniej sympatyczny personel, dla którego Twój wyjątkowy poród to po prostu poród, kolejny w tym roku, miesiącu, tygodniu. Kolejny w tym dniu czasami. Rzeczy oczywiste dla nich, nieoczywiste dla Ciebie. Czy dobrze idzie? Czemu tak wolno, czemu tak szybko? Czy to ma tak boleć? A ta krew to dobrze czy źle? I co to KTG tak wariuje? Matko, matko, żeby tylko nie zaszkodzić maluszkowi, żeby tylko wszystko było dobrze. Niech to się już skończy.

 

Ale to się dopiero zaczyna

I pojawia się na świecie okruszek, który zmienia wszystko: Twoje życie, Twoje spojrzenie na świat, Ciebie samą. Odkrywasz w sobie pokłady miłości i czułości, których się nie spodziewałaś, o które sama się nie podejrzewałaś. Kiedy w niespokojnej ciszy szpitalnej sali leżycie obok siebie i chłoniecie się nawzajem, nie liczy się nic innego. Szczęście. Miłość. Spełnienie.

A jednak strach.

Kiedy trzy pierwsze noce w szpitalu śpisz w okularach, żeby od razu po otworzeniu oczu widzieć, czy to Twoje dziecko się wierci w wózeczku. Kiedy drżącymi rękami zmieniasz pierwsze pieluchy i malutkie, takie malutkie!, łapeczki próbujesz wcisnąć w wąskie rękawki kaftanika. Jak ja mam założyć mu czapkę na tę malusieńką główkę? Czy on w ogóle potrzebuje czapki?

A do tego to karmienie, co wcale się nie okazuje takie proste, jak się wydawało. Niby wiesz, że dziecko naturalnie traci na wadze, a jednak obawa, panika czasem, kiedy położna kiwa głową, że co ono takie chude. Czy on się najada? Czy ja w ogóle mam pokarm? Gdzie ten laktator, laktator dajcie, bo oszaleję! I bawarkę może na wszelki wypadek, chociaż przecież wiesz, że wcale nie działa…

 

A potem wracacie do domu

Nie ma tej spokojnej, tak pewnej siebie położnej, która wprawnymi ruchami wykąpie dziecko w piętnaście sekund i zerknie na nie, kiedy pójdziesz pod prysznic. Nie ma pod ręką neonatologa, który uspokoi, że ta sucha skórka na plecach to normalna, a pępek goi się dobrze. Nie ma doradcy laktacyjnego, co poklepie po łopatce i powie „dobra robota”, „pani się nie martwi”, „te klika kropel na początek wystarczy”.

W zaciszu własnego mieszkania lecisz po raz setny sprawdzić, czy oddycha, bo przecież coś podejrzanie cicho, bo przecież śmierć łóżeczkowa, bo przecież trzeba było kupić ten monitor oddechu. Chyba. A te paznokietki to obcinać? O matko, jak się drapnął pod okiem, gdzie te niedrapki? A nie, mówili, że niedobrze niedrapki, że szkodzą. No ale jak się drapie przecież, to też szkodzi. I ile tej wody do kąpieli? Temperatura dobra? Gdzie ten termometr, taki w kształcie kaczki był. Że łokieć? A może Twój łokieć ma skalę zepsutą, jeszcze dziecko się poparzy. Tematu kupy to już nawet nie będę poruszać, bo ile westchnień, ile dociekań, ile pytań i wątpliwości rodzi się nad zawartością niemowlęcej pieluchy, to tylko matki wiedzą, tylko matki zrozumieć mogą.

A kiedy zapłacze, a kiedy zapłacze tak głośno i rozpaczliwie, jak tylko dzieci potrafią, to czy będę potrafiła mu pomóc? Ukoić? Utulić? Zrozumieć komunikat w niezrozumiałym języku. Domyśleć się, czy boli, co boli, jak boli. Czy głodny? Czy za gorąco? I kiedy noszenie, bujanie, śpiewanie nie pomoże, to czy będziemy płakać razem, on i ja? On z rozczarowania mną, ja z rozczarowania sobą. I z bezsilności.

 

A potem rośnie

Wydawałoby się, że będzie łatwiej, a czasem jest jeszcze trudniej. Kiedy już siedzi, już chodzi, już mówi, jak dziecko sąsiadki, chociaż tak Cię straszyli, że coś z nim nie tak, że jakoś późno to wszystko. I przychodzą pierwsze bunty, pierwsze awantury, pierwsze ataki histerii. Kiedy słuchasz intuicji, a wokół słyszysz głosy, że źle, że nie tak, że na głowę Ci wchodzi. Kiedy sama wątpisz, czy to na pewno dobra droga, czy może trzeba inaczej.

Masz świadomość, że Twoje decyzje dziś wpływają, może i nieodwracalnie, na jego jutro. Że to, jaki będzie, jak będzie sobie radził, jak odnajdzie się w świecie, decyduje się w jakimś stopniu właśnie teraz. I że, nawet nieświadomie, nawet z dobrej woli, możesz coś zawalić, zaniedbać, zaszkodzić wbrew sobie, na przekór sobie. Pomimo starań. Bo przecież i Ty masz swój własny bagaż, z którym musisz sobie radzić. Ciężki nieraz, trudny, bolesny. Nieprzepracowany.

 

A potem naprawdę dorasta

Wydawałoby się, że będzie łatwiej, a czasem jest jeszcze trudniej. Kiedy dziecko staje się nastolatkiem, kiedy coraz więcej ma do powiedzenia. Kiedy coraz brutalniej potrafi Ci wykrzyczeć, co go boli, co mu się nie podoba, co go przeraża. Także w Tobie. Kiedy możesz usłyszeć coś, czego nie chciałaby usłyszeć żadna mama.

Wydawałoby się, że będzie łatwiej, a czasem jest jeszcze trudniej. Kiedy dziecko jest już dorosłe i życie układa sobie czasem zupełnie inaczej, niż byśmy tego dla niego chcieli. Kiedy widzisz, że popełnia błędy, bolesne błędy, przed którymi chciałabyś go uchronić, a na które musisz mu pozwolić. Kiedy mu się nie udaje i szuka u Ciebie słów pocieszenia, a Ty nie umiesz ich znaleźć. Kiedy dzwoni ze łzami o północy.

Kiedy nie dzwoni wcale.

 

Niesiemy w sobie strach. Od pierwszego krzyku do ostatniego westchnienia macierzyństwo naznaczone jest obawą i lękiem. O to, co jest. O to, co będzie. I jakkolwiek by to nie brzmiało, ten strach jest naturalny, ten strach jest nieunikniony, ten strach jest dobry. Bo daje czujność, daje siłę, daje uważność. My, mamy, wiemy o tym doskonale.

Więc tak, niesiemy w sobie strach, ale się go nie boimy. Bierzemy się z nim za bary, wyciskamy z niego to, co najlepsze, pokazujemy mu środkowy palec, kiedy stara się nas zgnieść i stłamsić. My, mamy, wiemy dobrze, że ten strach jest tylko podszewką miłości. Tej bezwarunkowej, bezterminowej, bezgranicznej.

Porządny płaszcz powinien mieć podszewkę.

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

12 Responses

  1. Pokularna
    | Odpowiedz

    Ja to na razie nie jestem gotowa na dzieci – psychicznie oczywiście 🙂 Po pierwsze bardzo bym się bała, czy dam radę i czy wychowam je jak najlepiej.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To poczucie gotowości to bardzo względna sprawa. Ja bardzo chciałam mieć dzieci, ale dalej miewam wątpliwości, kiedy podejmuję różne decyzje związane z ich wychowaniem. Co więcej – moja wizja wychowania teraz jest bardzo odmienna od tej, którą miałam przed urodzeniem pierwszego dziecka, czy tuż po nim 🙂 Elastyczność to podstawa.

  2. Olga
    | Odpowiedz

    Cudowny wpis i bardzo prawdzi. Strach towarzyszy mi na każdym kroku od kiedy po raz pierwszy ujrzałam dwie kreski. Strach o wszystko.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      W moim przypadku chyba głównie jednak o rzeczy niezależne ode mnie – wypadki, choroby… Aż mnie ciarki przechodzą…

  3. Retromoderna
    | Odpowiedz

    Dokładnie. Jest strach. Ale biorę się za bary z moimi obawami i daję radę, choć bywają momenty i takie trudniejsze.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Można albo popaść w paranoję, albo spróbować wykrzesać z tego strachu coś pożytecznego 🙂

  4. Hanna
    | Odpowiedz

    Strach gdzieś tam z tyłu głowy zawsze jest, ale podstawa to mimo wszystko iść do przodu. Przekuć zamartwianie się na zapas w dobrą i pozytywną energię.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Chyba tego strachu z tyłu głowy nie da się tak zupełnie pozbyć. Bo jak masz świadomość, jak cenne jest to, co posiadasz, to zawsze czujesz ciężar odpowiedzialności.

  5. Ania
    | Odpowiedz

    Piękny post, przepiękne i bardzo mądre słowa. Kilka razy zaśmiałam się, wspominając moje pierwsze dni z córką. Tak, biegałam co chwilę do łóżeczka, tak, panikowałam w wielu sytuacjach. Teraz trochę mnie to bawi, bo już wiem jak, bo już potrafię.
    Czytając dalej nawet się wzruszyłam… “Kiedy dzwoni ze łzami o północy. Kiedy nie dzwoni wcale.” Jeszcze nie wiem jak to jest. I tak, boję się.

    Nikt, kto nie jest Mamą, nie wie, ile strachu nosimy w sobie codziennie. Naprawdę, świetny wpis!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję Ci za te słowa. Zawsze mnie bardzo cieszy, kiedy inne mamy odnajdują się w tym, co piszę. Moje dzieci są jeszcze małe, więc na razie nie wiem, jak to jest czekać na telefon od nich. Ale moja największa nadzieja (i jednocześnie największa obawa) dotyczy chyba właśnie tego – żeby udało mi się zbudować z nimi taką relację, żeby potrafiły i chciały zadzwonić czy przyjść do mnie zawsze. Ze swoimi radościami i problemami. Bez względu na wiek.

  6. … dla mnie najgorszy jest póki co strach podczas różnych chorób…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Oj tak… I to poczucie bezsilności 🙁 Chciałoby się wziąć wszystkie te choroby na siebie, żeby nie widzieć, jak dziecko cierpi.

Skomentuj