Niewidzialne dziecko, czyli bardzo “śmieszny” żart

with 2 komentarze

niewidzialne dziecko klaunAmerykę kocham miłością ogromną od czasu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Manhattan. Ale poza oczywistymi zaletami tamtego świata, są też w nim rzeczy, które mnie absolutnie przerażają. Jak ichnie “pranki”, czyli psikusy, które robi się innym, mniej lub bardziej znajomym, żeby wprawić ich w zakłopotanie, wyśmiać albo wystraszyć. Pranki, które nader często przekraczają granice wszelkiej przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Pranki, których ofiarami padają bardzo często dzieci… Widziałeś kiedyś niewidzialne dziecko?

 

To takie “śmieszne”. Bierzesz dziecko, korzystasz z jego niewinności i naiwności, wmawiasz mu jakąś bzdurę, a potem świetnie bawisz się jego kosztem. Lepiej jeszcze, jeśli całość przedstawienia nagrasz i wrzucisz do internetu, wtedy dodatkowo pobawią się z Tobą setki, tysiące, a może i miliony nieznajomych, którzy mają tak samo chore poczucie humoru, jak Ty. I nie – nie myślcie sobie, że jestem jakimś sztywniakiem, który nie lubi się pośmiać, bo z tym akurat nie mam problemu. Ale żarty się kończą w momencie, kiedy igra się ze zdrowiem psychicznym dziecka. Serio.

 

Był sobie żarcik

Prankowych filmów z udziałem dzieci widziałam kilka. Bo ktoś udostępnił, bo się przewinęło gdzieś na tablicy, bo ktoś podesłał linka. Rzadko zdarza mi się obejrzeć jakiś do końca. Nie bawią mnie cudze łzy. Ale ten, który zobaczyłam wczoraj, siedzi mi w głowie bez przerwy i wyjść nie może. Z jednym tylko pytaniem: Jak, KURWA, tak można?!?

Mała dziewczynka z rodziną. Jest tata i dwóch starszych braci. I mama-operator kamery. Zapraszają ją do śmiesznej zabawy w czary mary. W niewidzialne dziecko. Sadzają ją na kanapie, narzucają jej na głowę koc i wypowiadają zaklęcie, które ma sprawić, że dziewczynka zniknie. I tak się dzieje. Tak się dzieje przynajmniej dla niej. Bo kiedy koc zsuwa się z głowy dziecka, cała rodzinka bardzo sugestywnie i solidarnie udaję, że ich córki/siostry już nie ma. Że zniknęła.
I ona w to wierzy.
Woła, krzyczy, skacze, biega, zaczepia rodziców, roztrzęsiona wczepia się w mamę. Rozpaczliwie próbuje zwrócić na siebie uwagę. Płacze. Momentami obojętnieje.
Jest absolutnie przerażona.
Wy byście nie byli?

 

O jednym marzeniu

Tu zrobię mały wtręt. Czasem marzymy o tym, żeby być niewidzialnym. Żeby wszyscy dali nam święty spokój, żeby nikt nic od nas nie chciał, żeby wejść w miejsca dla nas niedostępne. Czasem marzymy, żeby choć przez chwilę mieć niesłyszalne i niewidzialne dziecko. Marzymy niewinnie i… bardzo wyrywkowo. Bo gdyby na to niewinne marzenie spojrzeć z szerszej perspektywy, to zobaczylibyśmy, co się naprawdę kryje za “wymarzoną” niewidzialnością i niesłyszalnością. Brak.

Brak obejmujących ramion w chwili zwątpienia.
Brak pocieszających słów przyjaciela, kiedy smutno i źle.
Brak talerza z domową pomidorową czekającego na stole.
Brak rozmów o marzeniach i planach na przyszłość nad kubkiem parującej herbaty.
Brak delikatnej ręki kładącej zimny okład na czoło, gdy gorączka.
Brak szaleńczych łaskotek na dzień dobry i bitwy na poduszki na dobranoc.
Brak bajki czytanej wspólnie przed zaśnięciem i popcorny zajadanego ze wspólnej miski.
Brak wszystkiego tego, co sprawia, że życie ma smak. Że życie się liczy.
To teraz wyobraźcie sobie, że nagle ktoś spełnia wasze “marzenie”?

 

Niewidzialne dziecko i happy end?

Wróćmy do naszej zabawy w niewidzialne dziecko. Nie wiem, jak długo to wszystko trwa. Na pewno za długo. Dla mnie wieki. Dla tej małej dziewczynki pewnie też. I chociaż potem zostaje cudownie odczarowana i niewidzialne dziecko staje się widzialne, chociaż – być może – ktoś jej za chwilę wyjaśni, że to był “tylko żart”, to pewna jestem, że wspomnienie tej zabawy będzie w niej siedzieć długo. Może i na zawsze.
I nie. Wcale nie przesadzam.

Dzieci zmagają się z wieloma lękami, często dla nas – racjonalnie myślących dorosłych – totalnie absurdalnymi. Nie jest łatwo poradzić sobie z potworem spod łóżka, sąsiadem o groźnych brwiach, zbyt szybko pędzącą karuzelą. Albo z myślą, że nikt nie polubi nas w przedszkolu albo ktoś zmusi nas do jedzenia owsianki. Racjonalne argumenty nie są magiczną różdżką, która rozwiewa wszelkie niepokoje jak pstryknięcie palcem i trzeba czasem długiej pracy i wiele cierpliwości, żeby oswoić dziecięce niepokoje i strachy.

W tym wielkim i pięknym, ale niepokojącym często świecie, jest jednak zawsze jedno jasne światełko. Rodzice. Otwarte ramiona mamy czy taty, w których można się schronić przed naporem mniej lub bardziej wyimaginowanych zagrożeń i własnych trudnych emocji. To my, rodzice, jesteśmy, albo przynajmniej powinniśmy być ich oparciem w trudnej sztuce dorastania. Co więc się dzieje, jeśli to właśnie my niektóre lęki zaczniemy wywoływać? Jeśli dla dziwnie rozumianej zabawy będziemy igrać z emocjami naszych dzieci? Gdzie wtedy mają się schronić?

 

Życzmy sobie…

Nie jest moim celem ocenianie rodzicielskich wyborów innych. Nie podejrzewam, żeby jakikolwiek rodzic świadomie i celowo chciał zafundować dzieciom traumę. I pewnie nie mieli takiego zamiaru rodzice, którzy wymyślili zabawę w niewidzialne dziecko. Ale przerażające, absolutnie przerażające jest, jak bardzo mamy czasem ograniczoną wyobraźnię i nie potrafimy postawić się na miejscu naszego dziecka. Przewidzieć, że coś może być dla niego trudne.
Bardziej jeszcze przerażające, że w tym braku wyobraźni potrafimy brnąć przed siebie, choć wszelkie znaki na ziemi i niebie pokazują, że już dawno przekroczyliśmy granice.

Sobie i Wam życzę wrażliwości. Żebyśmy potrafili traktować poważnie emocje naszych dzieci.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. Magdalena
    | Odpowiedz

    To tak, jak z wsadzaniem dziecka do pralki. Też było przecież śmiesznie.

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    Cóż, niektórzy traktują dzieci jak własną zabawkę – ona ma nas bawić, uszczęśliwiać i – o zgrozo! – dowartościowywać. Bo jesteśmy mądrzejsi od naiwnego Jasia, odważniejsi od strachliwej Małgosi i generalnie trzeba pokazywać SAMYM SOBIE, że możemy więcej, dalej, wyżej i głośniej.
    A potem dziecko zabiera ten “swój” bagaż na całe życie, niesie je na plecach z wysiłkiem i nie wszędzie z tym wielkim bagażem potrafi wejść, wskoczyć, rozmawiać.

Skomentuj