Zostaw ją, bo nigdy się nie nauczy…

with 2 komentarze

nigdy się nie nauczy

„Zostaw ją, bo się nigdy nie nauczy!” – usłyszałam kiedyś „życzliwą” poradę, kiedy moja córka wpadła najpierw w złość, a potem w histerię z jakiegoś powodu, który dla dorosłego wydawał się zupełnie absurdalny. Usłyszałam te słowa, bo nie odstawiłam jej do kąta, ani nie kazałam wyjść do drugiego pokoju i wrócić jak się uspokoi. Tylko ją przytuliłam i starałam się pomóc odnaleźć w tej burzy uczuć. I uderzyła mnie jedna rzecz.

 

Dużo satysfakcji daje nam uczenie dzieci nowych umiejętności. Cierpliwie pokazujemy, jak się trzyma kredkę i jak nadziać na widelec kawałek kotleta. Ćwiczymy wiązanie opornych sznurówek i wkładanie rajstopek. Do znudzenia szkolimy ze szczotkowania zębów. Wiemy i czujemy, że to się nie zadzieje od razu. Że potrzebne są powtórzenia i ćwiczenia, żeby dziecko w końcu opanowało te czynności, które kiedyś będą prostym, bezrefleksyjnym odruchem.

Z dużą wyrozumiałością przyjmujemy to, że w początkowej fazie nauki połowa zupy ląduje na ubranku i talerzu. Spodnie nie dają się podciągnąć na pupę, a lewy but ląduje na prawej stopie. Pomagamy, poprawiamy, pokazujemy. Wspieramy, kiedy mimo prób ciągle nie wychodzi. Bo WIEMY, że kiedyś zacznie wychodzić. Że jednemu dziecku przyjdzie to szybciej i łatwiej, a drugie będzie może potrzebować więcej czasu. Ale w końcu każde nauczy się tego, co teraz wydaje się takie trudne. Jeśli tylko dostanie odpowiednie wsparcie i przykład od nas, dorosłych.

 

W poszukiwaniu… nauczyciela!

Schody zaczynają się wtedy, kiedy przychodzi do umiejętności znacznie mniej konkretnych i namacalnych. Kiedy mowa o nauce rozpoznawania i kontrolowania własnych emocji. Nikt z nas nie ma pretensji do niemowlaka, że nie potrafi samodzielnie usiąść. Ani do rocznego dziecka, że siusia w pieluchę. Ale posądzanie dwulatka o manipulowanie dorosłymi i złośliwy szantaż emocjonalny to wcale nierzadkie podejście pośród rodziców czy wychowawców. A przecież naukowcy mówią jasno i potwierdzają to kolejnymi badaniami: kilkulatek nie jest zdolny nie tylko do kontrolowania swoich emocji, ale często nawet do konkretnego ich nazwania. Uniemożliwia mu to niedojrzały jeszcze mózg, który dopiero będzie się uczył tej trudnej sztuki, której nie opanowało przecież nawet wielu dorosłych.

Żeby jednak się tego nauczył, musi mieć nauczyciela, nauczycieli nawet. Uważnych i cierpliwych dorosłych, którzy będą potrafili znaleźć w sobie siły i cierpliwość, żeby towarzyszyć mu w momentach największych wybuchów. Którzy będą potrafili swoim własnym przykładem pokazać, jak można emocje nazywać i wyrażać bez krzywdzenia innych. Którzy podpowiedzą, jak radzić sobie z nimi radzić i odbudowywać zaburzoną równowagę.

Takich dorosłych, którzy poważnie potraktują pozornie niepoważne dziecięce problemy. I nie będą wymagać samodyscypliny, do której dziecko do pewnego etapu życia po prostu nie jest zdolne. Którzy nie będę w nim wywoływać poczucia winy za zachowania, których samo jeszcze nie rozumie. I których często nie potrafi przewidzieć ani uprzedzić. Którzy zadadzą sobie trud, żeby zrozumieć, co stroi za „niewłaściwym” zachowaniem dziecka i pomogą zrozumieć to jemu samemu.

 

Nazywam to tłumaczeniem uniwersalnym. Wystarczy wziąć dowolny niepokojący, irytujący bądź wkurzający przekaz otrzymany od dziecka – czy to słowny, czy niewerbalny – i przetłumaczyć go w głowie na coś, z czym możemy sobie poradzić.

„Rodzicielstwo przez zabawę” Lawrence J. Cohen

 

W poszukiwaniu… tłumacza

Płacz, krzyk, wybuch złości czy przykre słowa w ustach kilkulatka to nie dowód jego „niegrzeczności” a sygnał, że ma problem. Naszą rolą jest pomóc mu ten problem zidentyfikować i wesprzeć w poszukiwaniu rozwiązania. Być przy dziecku, kiedy tego potrzebuje. Choćby zachowywało się w trudny sposób, a może przede wszystkim właśnie wtedy. Bo jak inaczej i od kogo ma się nauczyć, JAK radzić sobie w takich sytuacjach. Co mu to da, że odeślemy je do drugiego pokoju z jego problemami, frustracją i niepokojem. Bez narzędzi, po które może sięgnąć.

Powiecie może teraz, że przecież ma te narzędzia. Że już sto razy tłumaczyliście, że tak nie można. Że to brzydko. Że trzeba inaczej. Że daliście mu narzędzia, ale ono nadal po nie nie sięga. Weźcie jednak pod uwagę, że w stanie wzburzenia czy zagrożenia, ta racjonalna część mózgu ogranicza swoje działanie albo zupełnie się wyłącza, oddając stery instynktom i mózgowi gadziemu. Wciągnięte przez wir emocji dziecko jest odcięte od swoich racjonalnych zasobów i dużo jeszcze wody upłynie, zanim nauczy się po nie sięgać na czas i bez pomocy.

A tymczasem liczy właśnie na nas. A zostawienie go samemu sobie naprawdę nie sprawi, że się szybciej nauczy. Może jedynie nauczyć się, że… nie może na nas liczyć w trudnych chwilach. A to na pewno nie jest coś, czego chciałby kochający rodzic.

 

Może Ci się też spodobać:

Za każdym razem, kiedy Twoje dziecko…

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

 

2 Responses

  1. Zawsze to słyszę, ale żal nie pomóc .

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      No i dobrze 🙂 Bo w takich sytuacjach pomagać trzeba 🙂

Skomentuj