Twoje dziecko biega inaczej niż moje. To na pewno autyzm!

with 1 komentarz

Są wszędzie. Samozwańcze ekspertki dyplomowane z macierzyństwa stosowanego. To one na placu zabaw zwrócą Ci uwagę, że Twój niemowlak jest przekarmiony i trzeba mu zbadać tarczycę. To one zdziwią się niezmiernie, że Twój roczniak jeszcze nie chodzi, a potem słodko-współczującym głosem dodadzą, żebyś się nie martwiła, bo z dobrym fizjoterapeutą jeszcze MOŻE macie szansę nadrobić te opóźnienia. To one, obserwując dzieci bawiące się w berka, zdiagnozują u Twojego trzylatka autyzm, bo jakoś tak dziwnie biega, inaczej niż ich pociechy… Wprawdzie pojęcie “norma rozwojowa” jest im obce, ale za to swoim tyleż bystrym, co wścibskim okiem wykryją wszystko – każdą wadę, każdą rysę, każdą nieprawidłowość. Także tę, może zwłaszcza tę, której wcale nie ma.

 

Nie, żeby były specjalistkami czy miały wykształcenie kierunkowe, bo przecież wiadomo nie od dziś, że “te lekarze to się nic nie znają”. One za to nie muszą się uczyć, one nie muszą czytać, one nie muszą aktualizować wiedzy sprzed lat. One wiedzą, bo mają (albo miały) dzieci. Swoje dzieci. Jedyne wyznaczniki normy rozwojowej człowieka. Dziecięce wzorce z Sèvres, których każdy mały człowiek powinien być wiernym odbiciem. Albo leczyć się i to jak najszybciej.

Bo skoro MOJA Helcia chodziła od razu po ukończeniu roczku, to Twoja córka też powinno. Bo skoro MÓJ Tadzio jako dwulatek mówił już złożonymi zdaniami, a Twój ma już dwa i pół roku a dalej mówi tylko zdania pojedyncze, to na pewno jest z nim coś nie tak. I weź go lecz. Im szybciej, tym lepiej. A zresztą – to i tak na pewno autyzm, bo córka kuzynki sąsiadki też właśnie siadała w taki sposób i lubiła kolor pomarańczowy. Dać Ci namiary na poradnię?

 

Nie ogarniam

Nie potrafię, serio nie potrafię tego pojąć. Jak to jest możliwe, że dorosłe kobiety, które urodziły dzieci, a więc przynajmniej potencjalnie wiedzą, skąd te dzieci się biorą, potrafią tak uparcie trzymać się wyobrażenia, że wszystkie maluchy to jakieś klony jednego prototypu. Jakby istniała jakaś olbrzymia fabryka, gdzie montuje się noworodki.

Wiedzę to oczyma wyobraźni. Głowa? Jest! Brzuch? Jest! Kończyny? Są! Jeszcze tylko programista wklepie kody regulujące zachowanie i dziecko gotowe. Pół roku – siedzenie. Rok – chodzenie. Półtora roku – sikanie na nocnik. Dwa lata – pełna komunikacja. Listę można by wydłużać w nieskończoność, a każdy dzień spóźnienia traktować jako podstawę do reklamacji. I domagać się wymiany na lepszy model…

 

Do biegu, gotowi… Matka!

Ja rozumiem, że jesteśmy zakochani w naszych dzieciach i wydają się nam największym cudem świata. Ja to serio rozumiem, bo sama się swoimi dziećmi zachwycam nieustannie. Ale, kobiety, no błagam Was. Trochę zdrowego rozsądku! Trochę dystansu! Czy naprawdę to jest takie ważne, kto, kiedy i co zaczął robić? Czy na serio chcemy wdawać się w te bezsensowne przepychanki i licytacje?

Czasem mam wrażenie, że to się dzieje jakoś automatycznie. Po porodzie wywala nam jakiś zdroworozsądkowy bezpiecznik i nagle dostajemy pierdolca. Spotykamy się w babskim, mamusiowym gronie i zamiast się wspierać, zaczynamy to kiwanie głowami, to ojojanie, to podszyte dumą zadziwienie, że jak to Twój dzieciak jeszcze nie chodzi, jeszcze sam nie zasypia, jeszcze nie zna chińskiego. Nie martwisz się? Jak to się nie martwisz? Przecież powinnaś się martwić!

A jak w dodatku Twoje, to szybsze i lepiej rozwijające się dziecko jest młodsze, powtarzam – MŁODSZE – od tamtego opóźnionego, to w ogóle masz plus sto punktów w rywalizacji o tytuł matki roku i możesz z totalną wyższością patrzeć na te lambadziary, co swoje dzieci zaniedbały i teraz mają takich matołków.

 

Norma rozwojowa vs. Weź go lecz!

Jakby bycie mamą nie było już samo w sobie wystarczająco trudne i obarczone mnóstwem wątpliwości, przychodzi nam się na co dzień mierzyć z ludźmi, którzy do worka pytań dorzucają kolejne. Straszą chorobami i zaburzeniami. Na podstawie jednego zachowania, jednej sytuacji, jednego epizodu, formułują diagnozy, od których jeży się włos na głowie. Z palca wyssanymi tezami i przypuszczeniami psują nam krew, naruszają często i tak kruche fundamenty matczynej pewności siebie. Nie myśląc o tym, że mogą komuś zburzyć z trudem wypracowany spokój i równowagę.

Bo tak to już jest – jedni nad takimi uwagi matek-ekspertek piaskownicowych przejdą do porządku dziennego albo zareagują szczerym „sama się lecz, babo głupia!”, podczas gdy inni zaczną się zastanawiać, dopatrywać, zadręczać. A może on rzeczywiście zezowaty, a ja tego nie widzę? A może ona rzeczywiście ma krzywe kolana? A może naprawdę coś jest nie tak i z moim dzieckiem (bo niby dlaczego nie lubi rysować, skoro Helenka to kocha?) i ze mną? Tak, ze mną na pewno, bo przecież powinnam była coś wcześniej zauważyć. Co ze mnie za matka, że obce kobiety w parku widzą więcej ode mnie?!?

 

Ile?

Ile trzeba mieć w sobie zadufania i bezczelności, żeby – NIE BĘDĄC SPECJALISTĄ! – pozwalać sobie na beztroskie formułowanie tez, które cień rzucają na czyjeś macierzyństwo i życie całe. Żeby straszyć tym najgorszym nieszczęściem, które nam – mamom – śni się w najstraszniejszych koszmarach. Chorobą, zaburzeniami, niepełnosprawnością dziecka. Żeby rzucać takimi sugestiami od tak, jakby to była pogawędka o pogodzie, a potem wracać do swojego życia, zostawiając kogoś w odmęcie wątpliwości, niepewności, lęku.

Ile trzeba mieć w sobie bezkrytycznej wiary w siebie, żeby na podstawie własnego macierzyństwa i własnych doświadczeń, określać normę rozwojową i w jej ramki wciskać dzieci innych? Narażając je być może – jeśli mama ulegnie bzdurnym sugestiom – na niepotrzebne wizyty w poradniach, przychodnia, szpitalach. Dając może przykry balast wspomnień na całe życie.

 

Warto sprawdzać, ale…

Nie zrozumcie mnie źle – jestem ostatnią osobą, która lekceważy znaczenie obserwowania dziecka i wczesnego interweniowania przy nieprawidłowościach. Wolę sprawdzić, skonsultować niepokojące objawy ze specjalistą (!) o jeden raz za dużo, niż o jeden raz za mało. Ale żeby sprawdzać, trzeba mieć podstawy. Żeby sprawdzać, trzeba rzeczywiście niepokojące sygnały dostrzec. W codziennym życiu, w obcowaniu z dzieckiem, w obserwowaniu go w różnych sytuacjach. Najlepiej mając zaplecze wiedzy, która pozwala pewne zachowania bez wahania przyjąć jako normę rozwojową, a nad innymi dokładniej się pochylić.

Głupia uwaga człowieka, który nie zna waszego dziecka i w dodatku nie jest żadnym specjalistą, a rodzicem-amatorem tak samo jak Wy, nie jest przesłanką do wszczęcia alarmu. Nie jest warta więcej niż Wasze spostrzeżenia, które sugerowane powody do alarmu zdecydowanie obalają.

 

A co jeśli?

No dobrze – a co jeśli jednak tamta mama ma rację? Co jeśli widzi więcej niż ja? Jeśli rzeczywiście jest specjalistką? Cóż… Jakby Ci to powiedzieć… Na 99,9% nie jest.

Bo specjaliści nie zajmują się zaczepianiem ludzi na ulicy, żeby ich zdiagnozować.
Bo specjaliści nie pozwalają sobie na diagnozowanie kogoś bez zebrania wywiadu, badań i odpowiedniej obserwacji.
Bo specjaliści wiedzą, że norma rozwojowa ma swoje zakresy i nie jest sztywnym pancerzem, w które człowiek ma się koniecznie wpasować.
Bo specjaliści potrafią poprzeć swoje tezy naukowymi badaniami i zawodowym doświadczeniem.

 

I na pewno nie uzasadniają swoich zaleceń zdaniem” „tak powinno być, bo MOJE dziecko tak miało”.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

One Response

  1. szurszur
    | Odpowiedz

    Mój Mały-Wspaniały dalej biega inaczej, ale od dwóch dni jakby mniej autystycznie…
    A ja staram się wyjść z piekła złości na “dobre rady” i przejść do modusu foka “po mnie spływa”. Może to nie kwestia grubości skóry tylko odpowiedniego natłuszczenia? 😉

Skomentuj