O co ci chodzi, mamo? Rzecz o wirusie emocji…

with Brak komentarzy

o co ci chodziTrzeci tydzień w domu. Bez przerwy, niemal bez wychylania nosa na zewnątrz. Zamknięci na 50 m2 zaczynamy świrować. Zaczynają świrować one. Czterolatka i sześciolatka nabuzowane jak wstrząśnięta mocno butelka szampana. Od słodkich bąbelków do niepowstrzymanego wybuchu w sekundę. I tak milion razy dziennie. Mam wrażenie, że – szamocąc się gdzieś między zawodowymi i domowymi obowiązkami – na przemian tonę w lawinie „mamooo, nudzę się” albo rozdzielam zwaśnione koguty tłukące się na dywanie o klocek, lalkę, kawałek plasteliny. Coraz częściej sama podnoszę głos i coraz mniej we mnie cierpliwości do znoszenia tych fochów, przepychanek i pretensji. W końcu krzyczę do starszej „o co ci, dziecko, znowu chodzi?!?”. A ona zatrzymuje się, patrzy mokrymi oczami i krzyczy – jak ja przed chwilą – „O nic!!! To tobie o coś chodzi!”.

 

Biorę głęboki oddech, żeby uspokoić kotłujące się w głowie myśli. Bo mam przecież ochotę wyliczyć jej, a raczej im obu, że od rana się tłuką, że krzyczą, że piszczą, że nic zrobić nie mogę. Ale zamykam oczy i mówię to tylko do siebie. Jak mogę uspokajam sytuację, zajmujemy się czymś innym. Byle do wieczora.

Jednak wieczorem, kiedy już cicho i ciemno a zasnąć nie można od natłoku myśli, te słowa wracają do mnie głośnym echem. Rezonują prawdą.

 

O co ci, mamo, chodzi?

Zadaję sobie to pytanie, myślę o ostatnich dniach, o tym, co się dzieje wokół mnie i wewnątrz mnie.

O co mi chodzi?

O ten niepokój, kiedy ze świata coraz gorsze wieści. O te ciężarówki zastępujące w Bergamo karawany. O Madagaskar, na którym jest kilka, kilkanaście może respiratorów, a któremu jakiś turysta podarował koronawirusa w strasznym prezencie. O rosnące wciąż liczby zainfekowanych, hospitalizowanych, zmarłych, którymi odmierza się kolejne dni.

O to niedowierzanie, że można nadal podchodzić do tego tak lekko, lekceważąco. Zachowywać się, jakby nic się nie działo. Bagatelizować zagrożenie. Nie móc usiedzieć na tyłku we własnym domu, kiedy tak wiele od tego zależy.

O tę wściekłość, że można tak bezmyślnie narażać siebie i innych. Zorganizować sobie koronaparty. Wyjść na rodzinne zakupy pomimo skierowania na kwarantannę. Uciec ze szpitala zakaźnego, bo nuda. Okłamać dyspozytora numeru alarmowego, skazując na kwarantannę obsadę całej karetki.

O ten strach, chwytający za trzewia, świdrujący w głowie. O dzieci, bo mogą zachorować. Bo kto się nimi zajmie, jeśli zachorujemy my, rodzice? O mamę, bo pracując na SOR codziennie staje na pierwszej linii frontu. O brata, bo za chwilę technicy RTG będą cenniejsi niż złoto, a pewnie i tak zabraknie dla nich masek z filtrem i kombinezonów zabezpieczających.

O bezradność. Bo przecież mogę się starać, starać przeogromnie, a i tak zależy ode mnie tak niewielki wycinek rzeczywistości. Bo tak trudno wpłynąć na tych, których wpływ jest równie niewielki, a przecież tak samo istotny.

 

Zamknij oczy

O co ci, mamo, chodzi? – brzmi mi nadal w głowie.

Leżę w ciemności, zamykam oczy i wsłuchuję się już nie w swoje myśli, ale w ciało. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że w żołądku mam gulę, która rośnie od kilku dni i towarzyszy mi ciągle, od świtu do zmierzchu. Zauważam, że dłonie same zwijają się w pięści. a serce bije szybciej jakoś niż zwykle. Że szczęka zaciśnięta nieświadomie, że czoło zmarszczone.

I uświadamiam sobie, że moje dzieci, choć oczy mają mniej doświadczone, widzą jednak więcej niż ja.

 

Wirus emocji…

Mijają kolejne dni kwarantanny, a moje dzieci są coraz bardziej niespokojne. Chociaż nie dzielę się z nimi dramatycznymi szczegółami, chociaż wiedzę o sytuacji dawkuję, dostosowując do ich wieku i możliwości poznawczych. Zwalam wszystko na nudę, brak ruchu, tęsknotę za kolegami i przedszkolnymi atrakcjami (chociaż i te czynniki na pewno odgrywają pewną rolę), zapominając o może najważniejszym czynniku w tej magicznej, burzliwej ostatnio miksturze rodzinnych zależności. O sobie samej.

Bo przecież emocje są tak samo zaraźliwe jak wirus. Tak samo potrafią przeskakiwać z jednego człowieka na drugiego. Niepostrzeżenie zalewać innych radością, smutkiem, strachem, euforią. Rezonans limbiczny, wyczuwanie i przejmowanie emocji drugiego człowieka nawet bez słów, w oparciu o mimikę, drobne gesty czy odruchy, wpędza nas w błędne koło: zarażamy dzieci naszym zdenerwowaniem, a ich zdenerwowanie podsyca nasze jeszcze bardziej…

A co, jeśli dodać do tego wyczulone nerwy sześcioletniego wysokowrażliwca? Do eksplozji wystarczy jedna iskra.

 

A o co Tobie chodzi?

Jest noc, późna już, a ja staram się wyregulować oddech i opróżnić głowę z trudnych, ciężkich myśli. Uwolnić się od poczucia winy, że sama – choć nieświadomie przecież – dolewam oliwy do ognia.

Teraz skoro już wiem, o co mi chodzi, łatwiej mi będzie może to błędne koło zatrzymać.

Czasem jedno właściwie postawione pytanie może być lepszym drogowskazem niż setki mądrych rad i książek.

Dziękuję, córeczko!

 

Może Ci się też spodobać:

Niesiemy w sobie strach

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj