Po co sobie komplikować?

with 6 komentarzy

Labirynt

Nie jestem matką idealną. Lubię szukać rozwiązań, które pozwalają ułatwić życie mojej rodzinie i mnie samej. Przekreślam nieistotne szczegóły, skupiam na rzeczach ważnych, uczę się odpuszczać i wyznaczać priorytety. Szukam rozwiązań możliwie mało skomplikowanych. Ale są pewne granice…

Wychowywanie dzieci to nie jest łatwa sprawa. Czasem chciałoby się pójść na skróty, odpuścić, wygodnie przymknąć oko. Żeby było łatwiej. Żeby było szybciej. Żeby było skuteczniej.
Postawić do kąta, zamiast po raz piętnasty tłumaczyć to samo.
Rzucić „jak dorośniesz, to się dowiesz”, zamiast po raz trzydziesty ósmy odpowiadać na to samo pytanie.
Odesłać do drugiego pokoju, żeby się wypłakało, zamiast pomóc uspokoić wzburzone emocje.
Wyrzucić do śmieci nie posprzątane znowu zabawki (niech się nauczy!), zamiast mozolnie wpajać znaczenie porządku.
Zaszantażować brakiem deseru, jeśli obiad nie będzie zjedzony do końca, zamiast zaakceptować brak apetytu albo tłumaczyć wciąż na nowo, że cukier to nie jest najlepszy wypełniacz żołądka.
Dać szlaban na bajkę za to, że znowu popchnęło siostrę, zamiast świadomie pracować nad relacjami między rodzeństwem.
Odwołać rodzinną wycieczkę do ZOO za awanturę przy śniadaniu o niewłaściwy kolor kubka, zamiast zrozumieć jej prawdziwe powody i/lub zaakceptować to, na jakim etapie emocjonalnego rozwoju jest nasze dziecko.
Dać w tyłek, kiedy odezwie się bez szacunku, zamiast codziennym zachowaniem budować autorytet i własnym przykładem uczyć, czym ten szacunek jest.

 

Takie przykłady można mnożyć, bo każdy rodzic codziennie staje przed dylematami.

 

Na skróty?

Na jednej z grup dla rodziców trafiłam ostatnio na ciekawą wymianę poglądów o tym, czy trzeba koniecznie posyłać dziecko do przedszkola. W wielowątkowej dyskusji pojawiła się oczywiście kwestia rozwoju społecznego malucha, które dzięki pobytowi w placówce spędza czas z rówieśnikami, nabywa umiejętności społecznych, nawiązuje przyjaźnie. Na argument, że tego rodzaju umiejętności dziecko, które w przedszkolu nie potrafi się odnaleźć, może spokojnie nabyć także w innych miejscach, padła odpowiedź, która bardzo mnie uderzyła. „Jasne, że może, ale po co SOBIE komplikować?”

A może pytanie powinno brzmieć: „Po co komplikować dziecku?”.

I nie, nie zrozumcie mnie źle, nic nie mam przeciw przedszkolom. I nic nie mam nawet przeciw ułatwianiu sobie życia. Ale budzi we mnie sprzeciw lekceważenie indywidualnych potrzeb dziecka. Upychanie go w schemat „bo wszyscy tak robią”, „bo tak należy”, „bo tak będzie wygodniej”, a ty weź się dostosuj. Budzi we mnie sprzeciw trzymanie się uparcie pewnych znanych ścieżek, mimo że mamy możliwość znaleźć rozwiązanie dla dziecka lepsze, choć może dla nas mniej komfortowe.

Kochamy swoje dzieci, dbamy o nie, jak potrafimy najlepiej, ale często ciągle gdzieś na pierwszym planie stawiamy własną perspektywę. Bardziej skłonni jesteśmy wybrać to, co nam się podoba, niż to, co jest jego „zachcianką”. Bo przecież po co sobie komplikować.

 

Wyzwanie

Wychowanie dzieci to wyzwanie, to codzienny trud, zaangażowanie, wysiłek. Także lawirowanie w gąszczu potrzeb dziecka, własnych i innych członków rodziny. Nieuchronne kompromisy, wyznaczanie granic. Konsekwencja tam, gdzie to konieczne. Umiejętność odpuszczenia tam, gdzie to możliwe.

Wychowanie to praca mozolna. Wiele trzeba cierpliwości, wiele prób i powtórzeń, żeby pomóc dziecku odnaleźć się w nieznanym świecie, zrozumieć jego reguły, wpoić pewne zasady bez uciekania się do opakowanej w ładny papierek tresury.

 

Efektywność

Chciałoby się, żeby efekty były widoczne z dnia na dzień, od razu najlepiej. Bo przecież tłumaczyłem tyle razy. Bo przecież ciągle powtarzam. Bo przecież znowu to zrobiłeś. Gdzieś tam ucieka nam, że zdobywanie nowych umiejętności nie przychodzi łatwo. Zwłaszcza, jeśli sprawę komplikują buzujące emocje, a panowanie nad nimi to ciągle wyższa szkoła jazdy. Gdzieś tam ucieka nam, że uczenie się wymaga popełniania błędów i naprawiania ich, wymaga prób i treningów. A kto jest dla dziecka lepszym pierwszym sparingpartnerem niż my sami?

 

Chciałoby się, żeby to wszystko było łatwiejsze. Żeby to wszystko działo się sprawniej. Żeby było wygodniejsze. Żeby w końcu nie niosło ze sobą tylu wątpliwości. Ale tak się nie da. Więc wybieramy. Wybieramy jakąś ścieżkę wychowawczą i trzymamy się jej z wiarą, że jest najlepsza. Oby tylko motywem tego wyboru nie było hasło „po co sobie komplikować”, a obrana droga była najlepsza dla naszych dzieci, a nie tylko dla nas.

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

6 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Kiedy oczyma przeszłości zobaczę siebie sprzed 20-25 lat, kiedy byłem beztroski, niepokorny i wszystko wiedziałem najlepiej… to cieszę się, że mam już tak odpowiedzialne i mądre dziecko 🙂 Jednocześnie po takiej migawkowej analizie przybywa mi zawsze cierpliwości dla mojego malucha, kiedy się złości i próbuje wystawiać na próbę moje nerwy.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Jak ja Cię rozumiem 🙂 Też się cieszę, że moje dzieci są coraz mądrzejsze i czasem potrafią jednym zdaniem uświadomić mi, jak absurdalne bywa dorosłe zachowanie…
      A kiedy kończy mi się cierpliwość powtarzam sobie jak mantrę “ona ma TYLKO cztery lata”, “ona ma TYLKO dwa lata”, bo czasem zdarza mi się o tym zapominać, że maluch, mimo zaskakująco czasem mądrych zachowań, to nadal jeszcze maluch. I naprawdę ma prawo jak maluch się zachowywać.

  2. Jestem mamą trójki dzieci i nigdy nie stawiam sobie wytycznych jakim rodzicę chcę czy muszę być. Rodzicielstwo a i samo życie weryfikuje mnóstwo sytuacji. Wiem jak chcę postępować ale nie zawsze wszystko wychodzi nam tak ja tego chcemy czy planujemy. Nie zakładam więc konrketnych działań, nie zarzekam się,, “że nigdy, przenigdy…”

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To prawda, że życie weryfikuje nasze wizje rodzicielstwa. Także dlatego, że dzieci często zdejmują nam klapki z oczu. Ja, przed urodzeniem pierwszego dziecka, miałam zupełnie inną wizję wychowawczą niż dziś, znacznie bardziej tradycyjną. Pewnie gdybym spojrzała na siebie teraz, to bym się nieźle zdziwiła 🙂

  3. bruscy.com
    | Odpowiedz

    Im moje dzieci są starsze bym bardziej wsiąkam w wychowywanie bez kar, pozytywną dyscyplinę itp i coraz bardziej otwieram się na dziecko. Nie wyobrażam sobie nie brać ich zdania pod uwagę, nie zwracać uwagi na ich potrzeby, emocje itp. I to działa! 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ja dopiero jakiś czas po urodzeniu pierwszego dziecka odkryłam rodzicielstwo bliskości. Okazało się, że już wcześniej intuicyjnie wiele rzeczy robiłam właśnie w jego duchu, ale teraz to mi się ułożyło w głowie i usystematyzowało. Jasne, takie podejście wymaga więcej wysiłku niż tradycyjne, ale za to jak dużo daje satysfakcji i jak bardzo zbliża do dziecka!

Skomentuj