Poród siłami natury czy cesarskie cięcie, czyli między dżumą a cholerą?

with 2 komentarze

poród siłami natury czy cesarskie cięcieKto obraca się trochę w rodzicielskim świecie, wie dobrze, że niewiele trzeba w nim do ognistej awantury z latającymi gęsto „madkami”, „ekoświrkami” i „patomatkami”. Jedną z może najbardziej gorących kwestii jest pytanie, co lepsze: poród siłami natury czy cesarskie cięcie? Tak się składa, że mam za sobą obie te drogi.

 

Fascynujące, jak w rodzicielskim, najbardziej może kolorowym ze wszystkich światów, tak łatwo przychodzi niektórym operowanie w optyce czerni i bieli. Poród siłami natury? Jedyny słuszny, najlepiej jeszcze domowy, z doulą i może nawet odgryzaniem pępowiny, żeby było już w pełni naturalnie. Cesarka? Toż to nie poród, tylko wydobyciny. A już nie daj borze szumiący cesarka na życzenie, bo wtedy to już w ogóle żadna z Ciebie matka. Brzmi absurdalnie, czyż nie? Jak się okazuje, nie dla wszystkich…

 

Niespodzianka, mamusiu!

Kasia o macierzyństwie marzyła, od kiedy tylko pamięta. Na najwcześniejszych, czarno-białych zdjęciach z dzieciństwa widać ją z lalą-bobaskiem w wózku, na kolanach, przy piersi nawet. Przez całą ciążę przygotowywała się do TEGO momentu – w szkole rodzenia, z wybraną zaufaną położną, a potem także z doulą. Marzył jej się piękny, spokojny poród w domowym otoczeniu, długi kontakt skóra do skóry, nieśpieszne kangurowanie.

Mały Piotruś postanowił inaczej i pojawił się na świecie w połowie ósmego miesiąca ciąży. Tylko szybka i profesjonalna interwencja lekarzy sprawiły, że Kasia może się dziś cieszyć swoim macierzyństwem.

 

Porażka?

Marta do ciąży podeszła zadaniowo, jak do wszystkiego w swoim życiu. Brała witaminy, robiła wszystkie potrzebne badania, nie opuszczała wizyt kontrolnych, chodziła na gimnastykę dla ciężarnych i masowała krocze specjalnym olejkiem. Opcji innej niż poród siłami natury nie przewidywała. Wygimnastykowana, doskonale przygotowana, świadoma swoich potrzeb i oczekiwań, wkroczyła na porodówkę ze szczegółowym planem porodu i stoperem odliczającym skurcze. Cel był prosty – urodzenie zdrowego dziecka bez zbędnych interwencji medycznych.

Kilkanaście godzin później, po wieczności wypełnionej skurczami, oddechami, prysznicami i podskokami na piłce, okazało się, że tętno dziecka zaczyna zanikać. Kiedy wieźli ją na salę operacyjną, płakała z żalu, że się nie udało. Depresję poporodową, żal do samej siebie, poczucie porażki, leczyła jeszcze długo po powrocie do domu. Dopiero terapia pozwoliła jej wyzwolić się z tamtego koszmaru i zacząć cieszyć małą Amelką.

 

Niespodziewana zmiana planów

Monika w zasadzie od początku ciąży była zdecydowana na cesarskie cięcie. To dlatego zdecydowała się prowadzić ciążę prywatnie i wybrała lekarza, o którym słyszała, że nie upiera się przy porodzie SN. Chciała mieć wszystko pod kontrolą – ustalić datę porodu, załatwić sprawę szybko i bez komplikacji w postaci popękanego krocza, nietrzymania moczu czy innych podobnych atrakcji. Zresztą – wierzyła głęboko, że i dla dziecka tak będzie bezpieczniej. Jej tata, położnik, wystarczająco dużo naopowiadał jej o owinięciach pępowiną, niedotlenieniach i złamanych obojczykach. Nie chciała ryzykować.

Marysia zdecydowała inaczej. Dwa tygodnie przed zaplanowanym cięciem zapukała do rzeczywistości serią skurczów, których intensywność nie pozostawiała wątpliwości, że to JUŻ. Na porodówce Marysia nie spotkała swojego lekarza prowadzącego, ale za to trafiła na mądrą, doświadczoną położoną, która przez cały czas trzymała ją za rękę i utwierdzała w przekonaniu, że z każdym kolejnym oddechem, każdym kolejnym skurczem jest bliżej bycia mamą. Urodzona siłami natury dziewczynka dostała 10 punktów w skali Apgar.

 

Strach

Agnieszka decyzję o macierzyństwie odkładała przez lata. Mimo gotowości męża, mimo nacisków otoczenia, mimo świadomości tykającego zegara biologicznego. I nie – to nie tak, że nie chciała mieć dzieci. Przeciwnie – sama myśl o tuleniu noworodka wypełniała jej serce tkliwością, jakiej się po sobie nie spodziewała. Ale strach, ten strach przed bólem, o którym słyszała od mamy, koleżanek i sąsiadek, paraliżował ją do szpiku kości. Działał jak najlepsza antykoncepcja.

Trzeba było dopiero lekarza, mądrego i wyrozumiałego, który w decyzji o cesarskim cięciu nie widział fanaberii księżniczki, a rzeczywistą potrzebę człowieka niepotrafiącego poradzić sobie z własnym lękiem, żeby na świecie pojawił się Krzyś, jej największy skarb i najcenniejszy dar dla siebie samej. Wszyscy poza mężem Agnieszki są przekonani, że wskazaniem do cesarki było jej nadciśnienie, a ona nie wyprowadza ich z błędu. Nie chce usłyszeć, że poszła na łatwiznę.

 

Na przekór

Chociaż Julita marzyła o porodzie siłami natury, jej pierwsza ciąża zakończyła się cesarskim cięciem z powodu pozycji pośladkowej i wagi dziecka. I chociaż macierzyństwo ją uszczęśliwiało, gdzieś w głębi duszy miała poczucie, że czegoś brakuje jej do kompletnego spełnienia. Gdy zaszła w drugą ciążę, pomyślała, że to jej szansa. Ale gdy tylko mówiła o vbac (poród drogami natury po cesarskim cięciu), wszyscy wokół pukali się w głowę. Jej ginekolog też z góry założył, że to bez sensu i sama prosi się o nieszczęście.

Trzeba było dużej determinacji, żeby znaleźć lekarza i położną, którzy nie potraktowali jej jak wariatkę. Po gruntownym wywiadzie, badaniach i ocenie sytuacji dali zielone światło dla PRÓBY porodu SN, a jej pozostało niecierpliwie odliczać dni. I doczekała się. Chociaż po przyjeździe na porodówkę musiała znów stoczyć dyskusję z personelem, dla którego jedna cesarka automatycznie oznaczała drugą. Chociaż to wszystko trwało tak długo, że zaczynała wątpić. Chociaż gdzieś na fali kolejnych skurczy i bólów krzyżowych sama sobie wyrzucała, że chyba jej totalnie odbiło. To jednak udało się. Jednak dopięła swego. Mały Tomek pojawił się na świecie gdzieś bladym świtem, a ona – inaczej niż po tamtej cesarce – mogła cieszyć się jego obecnością od pierwszych chwil, od pierwszych sekund. Skóra do skóry, serce do serca.

 

Próba

O vbac marzyła także Anka, która historię Julity przeczytała na jednej z facebookowych grup. Utwierdziła ją ona w przekonaniu, że warto próbować, warto się starać. Więc robiła wszystko, co tylko się dało. Rehabilitowała bliznę pod okiem fizjoterapeutki, wybrała sprzyjającego jej pomysłowi lekarza prowadzącego, znalazła odpowiednią położoną. Przekonała do swojego pomysłu męża i sceptyczną początkowo rodzinę, przeczytała chyba wszystkie publikacje na ten temat. I kiedy nadszedł TEN moment, była gotowa.

Kilka bolesnych, ale niezwykle aktywnych godzin później, gdzieś pośród skurczy, masaży szyjki i odczytów KTG usłyszała jak zza mgły, że dziecko ułożyło się w nieprawidłowy sposób i konieczne jest cięcie. Nie wahała się ani chwili. Mały Olek, który okazał się chłopcem znacznie, znacznie większym, niż zapowiadały to badania USG, przyszedł na świat inaczej niż wyobraziła to sobie Julka. Ale tuląc go do piersi w szpitalnej ciszy, jego mama zupełnie o tym nie myślała.

 

To nie koncert życzeń!

Beata nad sposobem porodu wiele się nie zastanawiała. Była młoda, zdrowa, silna więc zakładała, że urodzi siłami natury. Po prostu. Ciąże znosiła idealnie. Zajęcia w szkole rodzenia i joga dały jej poczucie, że ciało ma gotowe do wydania na świat dziecka.

Na porodówkę weszła dobrej myśli, choć coraz mocniejsze skurcze nieco zweryfikowały optymistyczną wizję, że wszystko pójdzie sprawnie, szybko i nie tak znowu strasznie boleśnie. Gdzieś po drodze piłka, worek sako, drabinki, gorący prysznic i zmiany pozycji, które nie przynosiły ulgi. Gdzieś po drodze także, to pamięta bardzo dobrze, przykre uwagi o tym, że „jak się chciało zabawiać, to teraz trzeba cierpieć”, „nie ma o co wrzeszczeć” i „to wcale aż tak nie boli” właśnie wtedy, kiedy z bólu zaczynało brakować tchu.

Kiedy po niemal dobie na porodówce w przypływie rozpaczy zasugerowała cesarskie cięcie, położna wzruszyła ramionami i powiedziała, że niejedna rodziła dłużej i że to nie koncert życzeń. I nie mówił nikt, że będzie łatwo.

Kiedy po 38 godzinach porodu zaczęła tracić przytomność, lekarz nowo przybyły na dyżur zaordynował cięcie. Owinięty dwukrotnie pępowiną Karolek urodził się cały siny i od razu trafił w ręce lekarzy. Beata mogła go przytulić dopiero po kilku godzinach. Do dziś chłopiec ma zaburzenia integracji sensorycznej i wymaga rehabilitacji. A Beata, choć zawsze marzyła o dużej rodzinie, jest nadal matką jedynaka.

 

Spełnienie

Ewa myśl o porodzie długo odsuwała od siebie. Cieszyła się ciążą, gładziła rosnący brzuszek, dbała o siebie i maluszka, ale o samym finale wspólnych dziewięciu miesięcy starała się nie myśleć. Bała się. Aż w końcu postanowiła wziąć byka za roki. Znalazła dobrą szkołę rodzenia, która odpowiedziała jej nawet na te najbardziej przyziemne, ale i najbardziej kłopotliwe pytania. Intensywnie przygotowała się do porodu psychicznie i fizycznie. Chciała po prostu mieć to za sobą.

Aż trafiła na grupę kobiet, które przekonały ją, że poród – choć trudny – może być także piękny. Uwierzyła im. Uwierzyła w siebie. Kilka miesięcy później, w atmosferze absolutnej równowagi, bezpieczeństwa, bliskości, ze wsparciem swojego męża i przy wspierającej obecności położnej, powitała na świecie Adasia, a tamte chwile to jedno z najważniejszych wspomnień w jej życiu. Dzisiaj oczekuje drugiego dziecka i tym razem myśli o porodzie domowym.

 

Oszukana?

[Edit – Już po opublikowaniu tekstu odezwała się do mnie jedna czytelniczka z prośbą, żeby uwzględnić i jej historię. Więc dodaję ją, bo to jest jeszcze jeden – myślę, że ważny – punkt widzenia.]

Aneta od początku była zdecydowana na cesarskie cięcie. Była przekonana, że tak będzie lepiej i dla niej, i dla dziecka. Łatwo, szybko, zgodnie z planem. Bez długich godzin w męczarniach, bez błagań o znieczulenie, bez głupich uwag personelu. Miała rację – sam zabieg przebiegł bez komplikacji, a ona już po kilku minutach mogła zobaczyć swojego synka. Zobaczyć przez chwilę, bo potem to się dopiero zaczęło.

Kolejne godziny i dni pamięta jak przez mgłę. Pamięta niesamowity ból pionizacji, chodzenie, sunięcie raczej do toalety w na wpół zgiętej pozycji wzdłuż szpitalnych ścian. Niemoc, paraliżujący ból za każdym razem, kiedy trzeba było wstać z łóżka, żeby podnieść, przewinąć, nakarmić dziecko. I poczucie bezsilności, bezradności, kiedy nie można ruszyć nawet głową, a obok słyszy się kwilenie własnego dziecka.

Ci, którzy polecali jej łatwą, szybką i bezbolesną cesarkę mieli rację, bo sam zabieg był rzeczywiście bezproblemowy. Zapomnieli jednak wspomnieć o tym, co się będzie działo już po opuszczeniu sali porodowej. Także o tym, że nie będzie mogła cieszyć się kontaktem skóra do skóry tuż po porodzie, że może mieć problemy z rozbujaniem laktacji, że nie będzie w stanie zadbać na początku o samą siebie i o maluszka. Więc tak – Aneta czuje się trochę oszukana i ma żal. Do innych i do siebie. Bo ciągle kołacze jej gdzieś w głowie, że te pierwsze, wyjątkowe godziny swojego życia jej dziecko spędziło gdzieś z dala od niej.

 

Poród siłami natury czy cesarskie cięcie?

Chociaż bardzo lubimy upraszczać i porządkować świat dookoła, są pytania, na które nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Czy nam się to podoba, czy nie, to jest jedno z nich. Potwierdzają to historie moich bohaterek, prawdziwe, choć anonimowe. Bo czynników, które należy wziąć pod uwagę jest tak wiele, że nic tu nie może być pewnego. Stan zdrowia (także psychicznego!) matki, stan zdrowia, wielkość i ułożenie dziecka, ciążowe powikłania, wywiad położniczy, przebieg samego porodu, nieprzewidziane wypadki, czynniki losowe… Tę wyliczankę można ciągnąć długo, bardzo długo. Jakiż więc trzeba mieć tupet, jaką bezczelność w sobie, żeby krytykować historie innych kobiet, podważać ich decyzje i kwestionować macierzyństwo.

Mam za sobą porody i siłami natury, i cesarskim cięciem (nieplanowym, wynikłym z przebiegu porodu) i dosyć często słyszę pytanie o to, która opcja jest lepsza. Która mniej bolesna. Po której dochodzi się do siebie szybciej i sprawniej. Nie odpowiadam.

Moje osobiste doświadczenie nie ma tu nic do rzeczy, bo to, co lepsze i łatwiejsze dla mnie, może się okazać gorsze i trudniejsze dla innej mamy. Bo inaczej znosi ból. Bo inaczej potoczy się jej poród. Bo trafi w ręce innego personelu. Bo… Bo… Bo…

 

Między dżumą a cholerą?

Wiele kobiet wybór „poród siłami natury czy cesarskie cięcie” traktuje jak wybór mniejszego zła. Bo wiemy, że poród to doświadczenie trudne, wymagające ogromnego wysiłku, bolesne. Ekstremalne po prostu.

Ale są kobiety, które udowadniają, że ta ekstremalność nie musi być przerażająca, przykra, trudna. Są kobiety, które porodowe doświadczenie – pomimo bólu, pomimo wysiłku, pomimo niewyobrażalnego zmęczenia – wspominają z sentymentem, z nostalgią, ze wzruszeniem. Bo miały szczęście? Bo odpowiednio się przygotowały? Bo dostały odpowiednie wsparcie? Nie wiem, bo sama do nich nie należę. Choć miałam do pomocy wspaniałe położne i wspierającego męża, nie wspominam porodu jako uduchowionego i ubogacającego procesu. I kiedy wracam do niego myślami, to myślę raczej o jego efektach niż o samym przebiegu. Dla mnie liczy się dziecko, kwilący noworodek. O całej reszcie mogę zapomnieć, ale wiem – i cieszę się bardzo – że są kobiety, dla których samo wydawanie na świat dziecka to niezwykle cenne wspomnienie. Oby było ich jak najwięcej.

 

Ja wiem jedno…

Kasia, Marta, Monika, Agnieszka, Julita, Anka, Beata i Ewa mogły przejść różne drogi prowadzące je do macierzyństwa, ale żadna z nich nie jest przez to gorsza, żadna z nich nie jest mniej mamą. Każda z nich na końcu swojej drogi dostaje w końcu to, o co przecież w tym wszystkim chodzi, najlepszy prezent na świecie. Dziecko. Cud natury.

Przerażające i zwyczajnie śmieszne jest to licytowanie się o to, który poród jest lepszy, który bardziej prawdziwy, który jedynie i niepodważalnie najlepszy i najłatwiejszy. Który czyni cię lepszą matką.

To nie skurcze, nie brak znieczulenia, nie determinacja w skakaniu na piłce sprawiają, że stajesz się mamą. Dostatecznie dobrą mamą. Lepszą mamą. Najlepszą mamą. Mamą na szóstkę. Uwierz mi na słowo. Poród to naprawdę nie koniec, ale dopiero początek egzaminu z macierzyństwa. A finalnej oceny na pewno nie wystawią Ci na porodówce.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

2 Responses

  1. Marysia
    | Odpowiedz

    Najlepszy chyba tekst , który czytałam na ten temat. Ja jakoś nie przejmuje się krytyką ze strony innych , jeżeli chodzi o cc, to muszą być bardzo ograniczone osoby, po prostu szkoda ich. Sama miałam 3 cc i najważniejsze , że mam zdrowe i wspaniałe dzieci i to mnie tylko interesuje.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ja generalnie nie rozumiem, jak ludzie mają czelność oceniać czyjeś wybory. Zwłaszcza w kwestiach tak bardzo osobistych. I zwłaszcza w sytuacji, gdy często to wcale nie jest kwestia wyboru, tylko niezależnych od kobiety czynników.

Skomentuj