W poszukiwaniu idealnej działki budowlanej

with 3 komentarze

idealna działkaKiedy przyjdzie Ci do głowy, żeby porzucić znajome cztery ściany i wybudować sobie nową siedzibę, pierwszym krokiem do sukcesu będzie znalezienie właściwej działki. I mówiąc o sukcesie, bynajmniej nie przesadzam. Bo, jak się okazuje, poszukiwania idealnej działki budowlanej to droga pełna zakrętów, a za każdym czai się Janusz biznesu, który przekona Cię, że właśnie jego kawałek ziemi jest dla Ciebie stworzony.

 

Naiwnie myślałam, że działa to tak. Czytasz ogłoszenia -> wybierasz najciekawsze -> dzwonisz -> oglądasz -> sprawdzasz -> kupujesz. I w sumie ogólna idea jest słuszna, tylko okazuje się, że proces ten czasem zapętla się w nieskończoność, a pomysłowość sprzedawców działek wydaje się nie mieć granic. Czy tego chcesz, czy nie, jakiś spryciarz już na Ciebie czeka z interesem życia, a wraz z nim jedyna, niepowtarzalna i tylko dla Ciebie…

 

Działka widmo

W ogłoszeniu wygląda nawet zachęcająco. Nieco niepokojący jest jedynie fakt, że – choć jest sierpień – fotki prezentują połać ziemi pokrytą zaspami. Kiedy w końcu udaje Ci się dodzwonić do agenta nieruchomości, okazuje się, że jest tak strasznie zapracowanym człowiekiem, że niestety nie ma czasu pokazać Ci działki. Możesz za to obejrzeć ją sam. Musisz tylko pojechać ulicą Zadupiastą, minąć Ukrytą, skręcić w drugie lewo, potem raz w prawo, zawrócić, wjechać w nieoznakowaną drogę i znaleźć trzynastą posesję od wielkiej sosny. Stamtąd to już zupełnie blisko, bo za dwieście trzynaście kroków zauważysz w ziemi taki kołek z sękiem od północy i wtedy należy skręcić w lewo, ominąć barak w żółte kropki, przeczołgać się pod krzakami jeżyn i już jesteś. Luzik, nie?

Jeśli uda Ci się pokonać tę ścieżkę inicjacyjną, trafisz do grona wybrańców, którzy mogą zobaczyć działkę. Musisz sobie teraz tylko wyobrazić, gdzie mogą być jej granice, jak wygląda bez tych wszystkich drzew i krzaków oraz zorientować się, gdzie jest jakakolwiek droga dojazdowa. Oraz oczywiście dodzwonić się do agenta, żeby obwieścić mu, że się zdecydowałeś.

No bo przecież bierzesz, nie?

 

Działka z potencjałem

Jeszcze dobrze nie wysiądziesz z samochodu, a już masz trampki pełne wody. Właściciel wydaje się tego nie zauważać, a na Twoje pytanie o to, czy tu zawsze jest tak mokro, odpowiada bez wahania, że jedynie po deszczu. Szkoda tylko, że jest lipiec i ostatnio padało trzy tygodnie temu.

W pochwalnym hymnie na rzecz działeczki, którą sprzedaje z bólem serca i to tylko dlatego, że żona kazała, skutecznie lekceważy chlupanie i zapadanie się w błocie. Dopiero przy kępce tataraku na środku przyzna niechętnie, że kiedyś był tu staw i od tej pory jest „trochę” wilgotno. Ale to działka z potencjałem – nawieziesz se pan ze trzy przyczepki piasku, trzy przyczepki żwiru i będzie jak znalazł. A jak fundamenty podejdą wodą, to se je przerobisz na basen.

Kiedy w planie zagospodarowania przestrzeni zauważysz, że działka – wbrew ogłoszeniu – nie ma statusu budowlanej a pastwiska, właściciel nie straci rezonu. Bo był przecież w gminie i pani Halinka mu powiedziała, że kiedyś to będzie budowlane. Za rok, może za dwa. Ale na pewno będzie. No bo kto by nie wierzył Halince.

Tutaj, Panie, jest potencjał. Ja to Panu mówię. To jak? Bierzesz Pan?

 

Działka idealnie położona

Zlokalizowana na obrzeżach niewielkiego miasteczka, z dostępem do komunikacji i infrastruktury, ale w spokojnym otoczeniu, tuż pod lasem. Na zdjęciach zielone drzewa, łąki, sarenki i ogólnie sielanka. Nic tylko podpisywać umowę i rozwieszać hamak w swoim prywatnym raju.

Na miejscu okazuje się, że las i owszem jest. Gorzej tylko, że po drugiej stronie ulicy, która dziwnym zupełnie trafem nie zmieściła się w kadrze, stoją w serdecznej zgodzie ubojnia bydła, sklep monopolowy i wypożyczalnia sprzętu budowlanego. Sąsiedztwo zaiste idealne.

To jak? Coś się z ceny opuści i może się dogadamy?

 

Działka z ukrytym dnem

Duża, ładna, położona w pięknym miejscu, a w dodatku w atrakcyjnej cenie. Aż zbyt atrakcyjnej. Szybko okazuje się, że nie bez powodu. Wystarczy rzucić okiem na dokumenty, żeby okazało się, że niemal jedna trzecia (!) jej powierzchni ma nałożoną służebność wieczystą i zostanie przekształcona w ogólnodostępną drogę. No ale to Ty będziesz jej właścicielem i oprócz odczuwania dumy z tego powodu, będziesz mógł ją sobie regularnie kosić i odśnieżać, żeby sąsiedzi mogli bezpiecznie przejechać.

Niespodzianek jednak nie koniec. Chociaż właściciel nie ma oczywiście niż do ukrycia, daje Ci wszystkie papiery i zapewnia, że budować się możesz choćby i od jutra, a on Ci nawet wypożyczy koparkę szwagra, to Ciebie niepokoją dziwne symbole na mapie. „Jakieś tam nieważne mazaje” okazują się wyznaczać granice stanowiska archeologicznego właśnie na Twojej działce. Super sprawa, serio. Nie dość, że nie wolno na niej prowadzić prac sprzętem ciężkim (czyli kopiąc fundament ręcznie, ćwiczysz tężyznę fizyczną), to potrzebujesz specjalistycznej firmy archeologicznej do prowadzenia robót (a któż by nie chciał poznać Indiany Jonesa?). A jak coś znajdą, to mogą Ci wstrzymać budowę na czas nieokreślony, żebyś zdążył się nacieszyć odkrytym właśnie dziedzictwem kultury. Aaaa, zapomniałam. Wszystkie te badania są oczywiście na Twój koszt.

To jak? Bierzesz Pani? Bo inni już się pchają drzwiami i oknami.

 

Działka „to lepiej wygląda na żywo”

W ogłoszeniu jedno czy dwa mało wyraźne zdjęcia pod dziwnym kątem. Opis jednak zachęca na tyle, że decydujesz się na telefon. Właściciel przekonuje – i to jak gorąco – że na żywo to wygląda znacznie lepiej, bo wie Pani, jak to trudno dobre zdjęcie zrobić. Ale warto, naprawdę warto. Ja to Pani mówię.

Więc, jak ostatni naiwniak, wsiadasz w auto i zaiwaniasz do tego raju, co to Ci właściciel opisał przez telefon, żeby na miejscu odkryć, że fotki – choć to przecież niewiarygodne – zupełnie nie kłamią. Działka ma kształt precla połączonego z kluczem wiolinowym, znajduje się na zboczu o nachyleniu co najmniej 30 stopni, a do tego porastają ją drzewa, na których wycięcie jak nic będziesz potrzebował specjalnych zezwoleń.

Uśmiechnięty właściciel uparcie stara się ustawić Cię tak, żeby promienie słońca waliły Ci w oczy, licząc chyba na to, że oślepniesz i na chybił trafił złożysz parafkę na umowie kupna-sprzedaży. Jak odzyskasz wzrok, to się wycofasz, ale chociaż zaliczka zostanie. Może to jest jakiś sposób na życie?

 

Działka „wszyscy się o nią biją”

Wygląda zupełnie przyzwoicie, więc wyrażasz wstępne zainteresowanie, dzięki czemu rytm serca właściciela przyśpiesza. Podoba się? Super. To zaliczkę Pan wpłaci, pińć tysięcy w gotówce najlepiej, a potem się dogada szczegóły. Tu Pan masz papiery, ale ja Panu jak na spowiedzi powiem, że nie ma się czego przyczepić. My tu z dziada pradziada ziemię uprawiamy, trzy lata temu jeszcze owies żeśmy siali.

Kiedy jednak stwierdzasz, że chciałbyś zajrzeć w dokumenty, Właściciel czuje się oburzony, dotknięty do żywego, ale oczywiście zgadza się, skoro już musisz. Tylko najlepiej wpłać zaliczkę, bo on dziś jeszcze ma trzech oglądających, a pani, co oglądała wczoraj, to od razu chciała brać, tylko ma problem z kredytem. Także nie ma co się zastanawiać, bo takie działki to z dnia na dzień znikają. Dziwne tylko, że ogłoszenie sprzedaży tej konkretnej, widujesz na różnych portalach regularnie już od dobrych sześciu miesięcy. Te ludzie to jednak nie potrafią docenić biznesu życia.

Koniec końców okazuje się, że z dziada pradziada rolna działka, co to na niej łan dojrzewał i złota pszenica szumiała, jeszcze dziesięć lat temu była wysypiskiem śmieci. Ale kiedy o swoim odkryciu powiesz właścicielowi przez telefon, ten najpierw rzuci słuchawką, a potem, oddzwoni z propozycją obniżenia ceny o 10%. Bo przecież tych śmieci to już tam dawno nie ma. To jak? Bierzesz?

 

Działka „w drodze”

Kiedy czytasz w ogłoszeniu „media w drodze”, wyobrażasz sobie zapewne, że prąd, gaz czy inna woda płyną sobie spokojnie w drodze obok działki i wystarczy zrobić do siebie przyłącza. Otóż, niekoniecznie.

Na miejscu okazuje się, że woda jest, ale trzeba ją pociągnąć dobre 300 metrów podobnie zresztą jak gaz. Ale to się oczywiście wszystko załatwi, procedury są w toku. Musisz tylko NAJPIERW kupić działkę, a POTEM on już się wszystkim zajmie i wszystko Ci doprowadzi, dociągnie i załatwi. Oczywiście taki zapis nie znajdzie się w umowie, bo kto by się bawił w takie formalności. U mnie słowo honoru to słowo honoru. Mi Pani nie ufasz? – rzuca z uśmiechem właściciel, jakbyście całą podstawówkę siedzieli w jednej ławce albo w wojsku tą samą szczoteczką do zębów szorowali kible. Kiedy mówisz, że może w takim razie najpierw niech podłączy, a ty potem „na słowo honoru” kupisz, jakoś dziwnie przestaje się uśmiechać.

Za to z prądem na działce jest łatwiej. Można go pociągnąć od sąsiada zza płota, problemu nie będzie. No chyba, że okaże się, że od dwudziestu lat jest w ognistym konflikcie w właścicielem działki i prędzej wsadzi sobie kabel w odbyt niż pozwoli go pociągnąć za płot odwiecznego wroga. Prądu Ci się zachciało. Możesz najwyżej widłami dostać.

 

No i to tyle z mojej strony. Poszukiwania zaginionej arki… tfu… działki trwają. I tylko gdzieś w głowie dudni mi pytanie – czy oni naprawdę wierzą, że na takie grubymi nićmi szyte przekręty ktoś się nabierze?

A Wam zdarzyło się trafić na Januszy biznesu? Ktoś chciał Wam sprzedać super bezwypadkowe auto albo działkę, o którą wczoraj pytała królowa angielska?

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

3 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Fakt, sektor budowlany jest pełen złotych rączek i złotych ust, którzy chcą z g… zrobić skarb. Trzeba uważać podwójnie i zawsze być czujnym. Ja uważam, że przy tak ważnej decyzji trzeba oprzeć się o rozsądnych fachowców, którzy są umocowani prawnie (wszystko trzeba sprawdzić, nie ma miejsca na niespodzianki). Najgorsze jest to, że pan Wiesiek po 2-3 czy 4 latach w końcu znajdzie naiwnego i wie, że trzeba cierpliwie czekać na jelenia, któremu się wydaje, że wszystko wie najlepiej i może sam podejmować decyzje.

    P.S. Moja ciotka kupiła 10 lat temu dom z działką… bez drogi dojazdowej. Tzn. była droga, ale okazała się prywatną działką (czego nie sprawdziła w księdze wieczystej, bo myślała, że jest samowystarczalna) i teraz nie może uzyskać służebności i tym samym sprzedać domu. Bo kto kupi dom bez drogi dojazdowej? Chyba tylko ten, co zamiast samochodu przemieszcza się helikopterem.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dlatego ja sobie nie wyobrażam zakupu bez prześwietlenia ksiąg wieczystych, map i wpisów z rejestru gruntów. Do tego badania geotechniczne i wtedy już ma się jakiś pogląd. O czymś zapomniałam?

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    Myślę, że będzie ok 🙂 Badania są o tyle ważne, że trzeba sprawdzić na jakiej głębokości jaki rodzaj nośnego gruntu występuje, a to się wiąże z doborem odpowiednich fundamentów. A te mogą za sobą pociągnąć duże koszty (np. palowanie). Ktoś, kto ma dobrą wolę nie powinien mieć nic do ukrycia, a ten co ma za plecami diabła będzie się pieklił na każde: “sprawdzam!” 😉

Skomentuj