Pozytywne macierzyństwo jest także dla Ciebie!

with 13 komentarzy

pozytywne macierzyństwo

Zarzuca się blogosferze parentingowej, że idealizuje macierzyństwo, że je upiększa, przedstawia w jedynie prawidłowych odcieniach skandynawskich pokoi dziecięcych, które chyba, bardziej niż dla dzieci, są dla rodziców i instagramowych obiektywów. I pewnie sporo w tym zarzucie prawdy. Ale mi jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że coraz mniej modne jest bycie mamą zadowoloną, uśmiechniętą i skoncentrowaną raczej na plusach niż minusach macierzyńskiego „urlopowania”. W natłoku memów i licytacji, czyje dziecko śpi gorzej, je gorzej, bardziej się brudzi i bardziej daje popalić, skupiamy się na ciemnych stronach mocy, oddalając się chyba coraz bardziej od tych jasnych. A powinno macierzyństwo pozytywne być przecież, jak powiedziałby parentingowy mistrz Yoda. Tylko czy to możliwe?

 

Nikt nie mówił, że będzie łatwo

Nie łudźmy się – wychowywanie dzieci nie jest proste, nie jest samą słodyczą, nie jest obrazkiem z reklamy. Macierzyństwo to klapek posmarowany musztardą, ostatnia pielucha w czasie rodzinnie przechodzonej jelitówki, awantura o niebieski klocek, który ma wprawdzie 38 identycznych egzemplarzy w zasięgu ręki, ale i tak jest tym jedynym i wyjątkowym, który każde z twoich dzieci musi mieć teraz i zaraz. Macierzyństwo to sezon gluta, który zaczyna się tuż po wakacjach i trwa do następnych, to walka z opadającymi powiekami w czasie czytania Kopciuszka po raz trzydziesty z rzędu i łzy rozpaczy, kiedy nieopatrznie naciśniesz guzik od winy zamiast zostawić go jedynemu prawowitemu władcy przycisków.

Macierzyństwo to… i tutaj każda mama mogłaby wymienić to wszystko, co jej i właśnie jej spędza sen z powiek, bo wiąże się z jej i właśnie jej dzieckiem/dziećmi i ich wyczynami. Ale macierzyństwo to też bezzębne uśmiechy i mokre od śliny pocałunki o świcie. To pierwsze kroki, pierwsze słowa, pierwsze koślawe laurki dla mamy. To codzienność wypełniona małymi radościami, małymi sukcesami, małymi gestami, które roztapiają serce. Dla innych banały, dla Ciebie niezapomniane chwile.

Tym bardziej smutne więc, że tak często jakoś mimowolnie skupiamy się na tej negatywnej stronie. Lepsze zasięgi, lawiny lajków i komentarzy przynoszą żalposty, żarty o wykończonych fizycznie i psychicznie mamach na urlopie, memy z dziećmi zmieniającymi życie rodziców w tor przeszkód. Jasne, ustalmy to: i takie posty, i takie wyznania są potrzebne, jeśli nie chcemy lukrować rzeczywistości i oszukiwać siebie i innych. Potrzebujemy tego. My, rodzice, potrzebujemy zobaczyć i poczuć, że i inni mają ciężko, że i inni zmagają się z tym samym. Że i inni czują się czasem jak przepuszczeni przez wyżymaczkę, choć przecież miało być tak pięknie.

ALE, ALE

Czy w poszukiwaniu wspólników, którzy zrozumieją nasze bolączki i problemy codzienności, nie za bardzo fiksujemy się na tych ostatnich? Czy zamiast skupić się na pozytywach, nie zapętlamy się w negatywach, pławimy w porażkach i potknięciach, licytujemy, komu bardziej rodzicielstwo dokopało w tym tygodniu, tym miesiącu, tym życiu? Efekt jest taki, że nasza własna sytuacja wydaje nam się gorsza niż jest w rzeczywistości.

I nie, nie myślcie sobie, że mam wyidealizowaną wizję. I nie, nie myślcie, że moje dzieci są idealne i nie nastręczają problemów, więc łatwo mi mówić. Moje dzieci są… dziećmi. Płaczą z powodów, których czasem totalnie nie ogarniam. Krzyczą i biegają, kiedy roznosi je energia. Zadają miliony pytań. Zmieniają upodobania żywieniowe w sposób bardziej chaotyczny niż PKP swoje rozkłady jazdy. Histeryzują, biją się, urządzają pobudki w środku nocy. Co z tego?

 

Zaprawdę powiadam Wam i sobie – to wszystko minie!

Jakiś czas temu, robiąc porządki w telefonie, natrafiłam na sms-y wysyłane do Małżonka w pierwszych miesiącach życia naszej Starszej (wtedy jedynej) córki. „Noszę ją od trzech godzin, bo odłożona na minutę zaczyna ryczeć”, „jadłam dziś obiad na stojąco, wożąc ją w wózku dookoła stołu”, „obudziła się dziś w nocy 16 razy”. Tworzy się z tego całkiem imponująca litania, ale wiecie co? JA TEGO NIE PAMIĘTAM. Upłynęło niecałe cztery lata, a ja – pytana o to, jakim dzieckiem była Starsza po urodzeniu – odpowiadam najczęściej, zupełnie szczerze, że raczej bezproblemowym. Może to jakiś mechanizm obronny mózgu, a może moja skleroza, ale negatywne aspekty tamtego okresu niemal zupełnie zatarły się w mojej głowie, ustępując wspomnieniom w jasnych, pogodnych barwach. Niewiele czasu było trzeba, żeby to, co wydawało się wtedy ciężarem ponad siły, okazało się kompletnie nieistotne na wspomnieniowej osi czasu.

Jedna z czytelniczek zasugerowała mi kiedyś, że mój blog i mój fanpage rysują przesadnie pozytywną wizję rodziny – na zdjęciach i w postach dominują zabawy, żarty, wspólne wyjazdy i inne atrakcje. Rodzinne spędzanie czasu, bycie razem. Że te negatywne aspekty giną gdzieś w cieniu pozytywów. Z jej strony był to zarzut, ale ja odebrałam go jako komplement. Bo do tego właśnie dążę, taka jest moja wizja. Jasne i na mojej stronie pojawiają się czasem treści trudne, narzekania, żalposty, ale jest i mam nadzieję zawsze będzie ich znacznie mniej niż tych dobrych, ciepłych, radosnych. To jest Pozytywny Dom i oba słowa są dla mnie równie istotne. I nie – nie oznacza to domu bez problemów, bez wad, bez kryzysów, a raczej dom, gdzie zawsze i pomimo wszystko zachowuje się odpowiednią perspektywę, odpowiednie proporcje.

 

Pozytywne macierzyństwo

Ten koncept nie jest skomplikowany. Może wręcz banalny w swej prostocie, ale wymaga pewnego przeorganizowania sobie w głowie i rewaloryzacji elementów życia codziennego. Bo tak – jeśli się zdystansować i postarać suchymi liczbami podsumować każdy dzień jak co dzień, to sytuacja rzeczywiście może nie wyglądać zachęcająco. Poniedziałek – trzy ataki histerii, godzina dwadzieścia ryków, osiemnaście bójek o pierdołę, zasikane majtki razy cztery, dwie rozbite szklanki i jeden telefon wrzucony do sedesu. Wtorek – jeden atak histerii, rozcięta warga, czterdzieści osiem „nie” w odpowiedzi na czterdzieści osiem próśb/poleceń, jeden zagubiony pluszak i siedemnaście awantur z powodu niewłaściwie pokrojonego w plastry banana. Środa… Można by tak długo, ale czy prowadzi to do czegoś innego niż ochota palnięcia sobie w łeb pampersem? A co gdyby spojrzeć na to inaczej? Co gdyby zamiast na ilości niektórych zdarzeń, skupić się na jakości i wartości innych, choćby mniej licznych? Co gdyby założyć, że jedno “kocham Cię mamo” warte jest więcej niż dziesięć “nie mów do mnie”? Że jeden uścisk małych rączek przebija osiem rzuconych z wściekłości zabawek? Że jeden wybuch radosnego śmiechu przesłania pięć minut ryku z powodu rozdartej chusteczki higienicznej.

Może by – choć zabrzmi to banalnie – postarać się w każdym negatywie znaleźć pozytyw. Splusować minusy?

Powiedzieć sobie:
„Moja córka dwa razy zdążyła na nocnik” zamiast „Moja córka zasikała dziesięć par gaci”
„Moja córka dziesięć razy powiedziała TAK” zamiast „Moja córka dwanaście razy powiedziała NIE”
„Moja córka uczy się wyrażać swoje uczucia” zamiast „Moja córka powiedziała, że mnie nie lubi, bo nie pozwoliłam jej zjeść plasteliny”
„Moja córka docenia moje towarzystwo” zamiast „Moja córka nie pozwala mi pójść samotnie do toalety”

Chwytacie mechanizm? Jasne, że tak.
To jest banalne. Ale to nie jest proste.

Zmienienie swojego nastawienia, wyszukiwanie plusów i trzymanie się ich kurczowo zwłaszcza wtedy, kiedy rzeczywistość dopieka, a dzieciaki dają szczególnie w kość, to nawyk niełatwy do wyrobienia. Ale jeśli się już pojawi, jeśli się utrwali, daje siłę, która może was zaskoczyć. Mnie zaskoczyła.

Wiemy to wszyscy – wychowywanie dziecka to nie jest bułka z masłem. To wyzwanie, które niesie z sobą lawinę wątpliwości, problemów, obaw i sytuacji kryzysowych. Skupianie się na trudach i kłopotach oznacza tylko dorzucenie kamyczka do tego i tak ciężkiego ładunku. Po co? Jasne, czasem trzeba wylać z siebie troski, wkurzenie, rozgoryczenie. Czasem trzeba wypłakać te potknięcia, porażki, pretensje do siebie i do świata. Ale trzeba też umieć w odpowiednim momencie powiedzieć „stop”, żeby zachować właściwą wizję tego, czym jest wychowanie. Żeby pamiętać, że oto, drodzy państwo, gdzieś pośród tych karmień, bujań, pieluch, płaczów, negocjacji i lego rozdeptywanego w środku nocy, powstaje, uczy się, nabiera kompetencji nasze dziecko. Że na naszych oczach – nawet jeśli zmęczonych od nieprzespanych nocy – tworzy się nowy człowiek. Temu wszystko to służy. To jest nadrzędny cel i powód do radości i satysfakcji.

 

Mała podpowiedź, duży krok

Powiecie, że łatwo powiedzieć, a trudno zrobić. Że rzucam ogólniki bez konkretnej recepty na zmiany. Nie ma złotego przepisu – każdy sam musi wypracować sobie drogę do pozytywnego macierzyństwa. Bez oszukiwania, lawirowania i powtarzania cudzych ścieżek, bo każda z nas ma inne potrzeby i oczekiwania, każda z nas ma inną rodzinę, otoczenie, zasoby. I inne dzieci. Mogę wam jednak podpowiedzieć jeden krok, może pierwszy w tym właśnie kierunku. Rytuał ładujący baterię, przywracający perspektywę. Mój wieczorny restart.

Bo choćby nie wiem, jak długi, ciężki i wkurzający był dzień, w końcu przychodzi noc. W końcu przychodzi ten moment, kiedy dzieci już śpią, a i ja mogę położyć się do łóżka, choć bez gwarancji, że za kwadrans nie wyrwie mnie z niego donośne „maaamaaaa”. Przychodzi ten moment, zwykle późno w nocy, ale ja… Nie kładę się. Zanim trafię do łóżka, zanim odpłynę, zawsze, ale to zawsze znajduję chwilę, żeby zajrzeć do dziecinnego pokoju. Żeby usiąść koło łóżeczek. Popatrzeć na uśpione twarze, na delikatne uśmiechy, włosy rozrzucone na prześcieradle. Żeby posłuchać równego, spokojnego oddechu. To jest ta chwila tylko dla mnie. Błogość, ciepło, szczęście. Poczucie spełnienia tu i teraz, kiedy nic innego się nie liczy. Ani awantura o kanapkę bez skórki, która miała być ze skórką. Ani makaron upchnięty w odtwarzaczu DVD. Ani „nie kocham Cię” wykrzyczane w przypływie wściekłości.

To jest taki moment – codziennie, każdego wieczoru, choćby się paliło i waliło – kiedy upewniam się, że w moim życiu mam to, co najważniejsze. Że priorytety są tam, gdzie powinny. A cała reszta to tylko drobny dodatek do wspaniałej całości. I nawet jeśli jutro czeka mnie pobudka o piątej a nie jak zwykle szóstej, nawet jeśli znów przyjdzie mi być sędzią ringowym, pielęgniarką, kucharką, nauczycielem i niewolnikiem noszącym lektykę… To nie ma znaczenia! Bo to wszystko minie. A one, moje córeczki, zostaną. I sama ta myśl przywraca właściwy punkt widzenia. Sama ta myśl wystarczy, żeby mój dom i moje macierzyństwo było pozytywne.

 

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

13 Responses

  1. Holly
    | Odpowiedz

    Grunt to pozytywne myślenie i nastawienie. Jutro będzie dobry dzień😊

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      W ostatecznym rozrachunku każdy dzień może być dobry 🙂

  2. Adriana
    | Odpowiedz

    Piękny wpis. Podpisuję się całą sobą 🙂 I myślę, że warto tę koncepcję przełożyć też na resztę życia, zmiana optyki zmienia życie. Pozdrawiam 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Też tak uważam. A najtrudniej zacząć zmiany…

  3. Monika
    | Odpowiedz

    Nikt nie powiedział, że zawsze będzie lekko. Ja nie staram się mieć idealnie czystego domu. Dążę raczej do tego, byśmy czuli się w nim dobrze. Wybieram zabawę z dzieckiem zamiast jazdy na szmacie. Może dlatego nie mam wnętrza domu na insta 🤣

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Trzeba ustalić priorytety 🙂 u mnie też wnętrza nieinstagramowe 😉

  4. Ogólnie ostatnio wpisy parentingowe są coraz głupsze. Czasami aż nie mogę czytać – jedne matki na wszystko narzekają, inne wszystko wychwalają. Każda mamuśka gra jakąś rolę…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ja bym chyba aż tak nie generalizowała, bo jednak dużo w parentingu naprawdę fajnych, pozytywnych kobiet 🙂

  5. mrs Calluna
    | Odpowiedz

    Wszystko zależy od nastawienia i to nie dotyczy tylko tematu macierzyństwa. Pozytywne nastawienie jest bardzo dobre, ale widocznie nie każdy tak potrafi.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Chyba niestety mamy racze tendencję do widzenia szklanki w połowie pustej zamiast w połowie pełnej…

  6. Baba z lasu
    | Odpowiedz

    Oglądałam niedawno głupawy program, w którym mówiono o tym, by matki nie wstydziły się mówić o tym, że żałują tego, że urodziły swoje dzieci i gdyby mogły podjąć decyzję jeszcze raz, to nie zdecydowałyby się na to. Przywracasz wiarę w ludzi;) Pięknego dnia:)

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 miło mi słyszeć takie słowa!

  7. MamaKarolina
    | Odpowiedz

    Najlepiej znaleźć w tym wszystkim równowagę. Ani nie lukrowac i i realizować ale mimo to cieszyć sie każda chwila macierzyństwa.

Skomentuj