Jak przekonać dziecko do jedzenia brukselki i szpinaku?

with Brak komentarzy

brukselka

Kojarzycie taki serial „Gotowe na wszystko” o czterech przyjaciółkach zamieszkujących na amerykańskich przedmieściach? Jedna z nich, Lynette, zatrudniła kiedyś do swoich pociech nianię idealną. Szybko okazało się, że aż zbyt idealną, bo dzieci chętniej spędzały czas z opiekunką niż z wracającą z pracy rodzicielką. Niania wszystko robiła lepiej – czytała bajki, odgrywała historyjki, rysowała itd. – ale Lynette wiedziała, że każdy, dosłownie każdy opiekun musi polec przy jednym, niewykonalnym zdaniu… Misja brukselka! Zleciła więc niani podanie dzieciom tego właśnie warzywa na obiad, a wieczorem zasiadła przed telewizorem z misą popcornu, żeby delektować się filmem z ukrytej w misiu kamery. Nie myliła się – w obliczu brukselki nawet pomysłowa niania okazała się równie nieporadna jak każda z matek i posiłek zakończył się rzucaniem jedzenia, krzykami, piskami i ogólnym Armagedonem. Ku satysfakcji Lynette, która przestała czuć się aż tak beznadziejna.

 

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć tej sceny i wcale nie dlatego, że byłam wtedy niedoświadczoną singielką. I nie, nie chodzi mi wcale o zazdrość Lynette i wpuszczenie niani na brukselkową minę, bo to akurat jestem w stanie pojąć. Nie mieściło mi się po prostu w głowie, że można toczyć boje o jakieś głupie warzywo. Teraz dzieci mam dwoje, ale tamtego absurdu dalej nie ogarnęłam. I byłabym może skłonna oskarżyć scenarzystę o zbyt bujną wyobraźnię, ale okazuje się, że brukselkową bitwę toczą i mamy w moim otoczeniu. Równie bez powodzenia.

– Adasiek nie chce jeść brukselki! – obwieściła mi niedawno koleżanka na powitanie.

– A moje dziewczyny nie przepadają za ziemniakami – odpowiedziałam jej, bo naiwnie myślałam, że po prostu wymieniamy się obserwacjami na temat żywieniowych nawyków naszych dzieci. Myliłam się. O ile ja zwyczajnie zrelacjonowałam fakt, ona była naprawdę zmartwiona i zaniepokojona o żywienie swojego synka. Okazuje się bowiem, że ziemniak ziemniakiem, ale brukselkę to powinno jeść każde dziecko. I szpinak jeszcze. O tak, szpinak to obowiązkowo.

 

Serio?

To prawda. Brukselka jest bardzo zdrowa – niektórzy mówią o niej, że jest witaminową bombą. Stanowi źródło potasu, wapnia, magnezu, kwasu foliowego, β-Karotenu, witaminy A i C oraz witamin z grupy B. Z kolei szpinak dostarcza dużo fosforu i magnezu oraz witamin A, E i C oraz wyróżnia się dużą zawartością białek. Całkiem nieźle, prawda? Nic więc dziwnego, że wiele mam stara się za wszelką cenę przekonać swoje dzieci do spożywania tych właśnie warzyw. Tylko czy ma sens upieranie się przy nich za wszelką cenę?

Choć te wszystkie magnezy, betakaroteny i witaminy brzmią zachęcająco, prawda jest taka, że składniki, które znajdziemy w brukselce i szpinaku, znaleźć możemy – choć w innych proporcjach – także w innych produktach. To nie są żadne unikalne, jedyne w swoim rodzaju i nigdzie indziej nie dostępne substancje. Odpowiednio zbilansowana dieta na pewno pozwoli dostarczyć ich małym organizmom tyle, ile potrzebują, i to bez wciskania na siłę magicznych kapustek czy zielonych liści. One nie są niezbędne do życia jak tlen czy woda. Są jedną z opcji dostępnych na bogatym warzywno-owocowym rynku. Czy więc naprawdę jest o co toczyć boje?

 

Warto spróbować

Nie mówię, żeby poddać się po pierwszym proteście. Wszyscy wiemy, że dziecko potrzebuje czasu, żeby poznać i oswoić nowe smaki. Mówi się, że potrzeba kilku a nawet kilkunastu prób, żeby maluch zaakceptował nowe produkty, szczególnie jeśli nie są one słodkie, bo przecież do tego smaku mamy naturalne skłonności. Warto więc od czasu do czasu wracać z propozycją brukselki czy szpinaku, nie przejmując się tym, że nasze próby mogą zostać kategorycznie odrzucone.

Trzeba przy tym pamiętać o dziecięcej perspektywie, która czasem nam, dorosłym, umyka. Mówiąc wprost – to, co dla nas jest jednym produktem, przez dziecko może być odbierane jako coś zupełnie innego ze względu na proponowaną formę. Brukselka gotowana na parze, gotowana w osolonej wodzie, w całości, w ćwiartkach, w plasterkach w zupie jarzynowej, serwowana z bułką tartą, zapiekana w parmezanie a może nawet w formie surówki – wariacji jest całe mnóstwo! I nigdy nie wiesz, czy to, co w jednej wersji jest „bleeee”, w drugiej nie stanie się akceptowalne albo nawet pyszne.

A jeśli nawet kolejne przepisy i wariacje się nie przyjmują, nie oznacza to, że trzeba brukselkę i szpinak (ale też każdy inny produkt) wyrugować ze swojej kuchni. Niech stanie się po prostu jednym z elementów menu, wraca od czasu do czasu jako opcja czy propozycja, gości także na talerzach rodziców, a może w końcu trafi do łask dziecka. Albo i nie. Ale czy to powód do rozdzierania szat?

Wierzcie lub nie, ale obie moje córki nie lubiły… ziemniaków. Tak, tak, tego delikatnego warzywa, które zwykle serwuje się dzieciom gdzieś na samym początku rozszerzania diety. Nie podchodziła im chyba faktura i może zbyt neutralny smak, a ja… byłam niepocieszona, bo sama ziemniaki uwielbiam i nie wyobrażam sobie kuchni bez nich! Szybko okazało się jednak, że eksperymenty przynoszą efekty. To, do czego początkowo podchodziły raczej nieufnie, traktując głównie jako produkt do ugniatania i wcierania w siebie i stolik, z czasem zaczęło trafiać w gusta małych smakoszek. Najpierw zaakceptowane zostały ziemniaczane kostki w zupie, potem ziemniaki gotowane polane masłem, potem plastry ziemniaków w mundurkach itd. Dużo czasu upłynęło, zanim doszliśmy do ziemniaków zapiekanych, a frytki do tej pory nie cieszą się ich sympatią, co akurat bardzo mnie cieszy, bo więcej zostanie dla mnie. Nigdy do niczego ich nie zmuszaliśmy, nigdy nie namawialiśmy – ziemniaki po prostu pojawiały się na naszych talerzach, na talerzach CAŁEJ rodziny, a one mogły – a nie musiały – ich spróbować. Aż w końcu je polubiły i dziś same czasem domagają się puree na obiad.

Z brukselką (podobnie jak i ze szpinakiem) sprawa jest pewnie trudniejsza, bo warzywa te mają bardziej zdecydowany smak, a brukselka także rodzaj charakterystycznej goryczki, która nawet dla niektórych dorosłych jest nie do zaakceptowania. A właśnie, skoro o dorosłych mowa…

 

A Ty lubisz wszystko?

Z ciekawości zapytałam kiedyś dorosłych w moim otoczeniu, czy lubią brukselkę i szpinak. Ja sama uwielbiam oba warzywa, choć jako dziecko nie jadałam ich wcale, bo u nas w domu po prostu się ich nie podawało. Jednak większość zapytanych dorosłych przyznała, że w nich, delikatnie mówiąc, nie gustuje. Część mówi, że zraziła się w dzieciństwie, kiedy wciskano im te warzywa na siłę. Część nie miała okazji spróbować ich w wersji innej niż obrzydliwa, nieapetyczna paćka rodem ze szkolnej stołówki. Część jeszcze próbowała kilku wersji, ale nadal się nie przekonała. Koniec końców jest taki, że po brukselkę i szpinak sięga się raczej niechętnie. Dla siebie. Ale nie dla dzieci.

A tymczasem ja do znudzenia i wciąż powtarzam na moim blogu, że dziecko to mały człowiek i tak samo jak każdy dorosły ma prawo do własnych opinii, preferencji i upodobań. Które należy wziąć pod uwagę i uszanować tam, gdzie nie niesie to ryzyka dla jego zdrowia czy życia. Bez zmuszania i naginania do własnej woli tam, gdzie to nie jest konieczne. Nawet jeśli wynika to z naszej dobrej woli czy troski. O ile więc nie mogę zaakceptować dziecięcego „nie”, jeśli odmawia zażycia lekarstwa, o tyle przy proteście w obliczu szpinaku, brukselki czy jeszcze innych produktów, nie widzę powodu do konfliktu. Skoro ja nie lubię buraków, Małżonek nie lubi fasolki szparagowej, a dziadek nie toleruje selera, to dlaczego moja córka musi jeść brukselkę i szpinak? Nie wydaje wam się to absurdalne?

W komponowaniu dziecięcej diety warto się kierować, jak w każdym innym aspekcie, zdrowym rozsądkiem. Bez upierania się przy jedynym prawidłowym rozwiązaniu, bez radykalizmu, bez maniakalnego uporu. W sklepach i na targowiskach półki uginają się od warzyw i owoców, warto więc przetestować różne alternatywy i sprawdzić, czy aby przypadkiem nie jesteś w stanie stworzyć zbilansowanej diety bez toczenia bezsensownej walki o jakiś produkt tylko dla zasady. Możesz się bardzo zdziwić, a przy okazji odkryć – dla dzieci, ale i dla siebie – produkty, które wcześniej rzadko trafiały na wasz stół.

 

Jeśli więc z uporem maniaka szukasz odpowiedzi na pytanie, jak przekonać dziecko do jedzenia brukselki i szpinaku, odpowiedź jest bardzo prosta. Nie przekonuj! Skoro podjęłaś milion prób, a dziecko nadal nie je małych kapustek i tych dziwnych liści, pozostaje ci tylko pogodzić się z faktem, że zwyczajnie ich nie lubi i ma do tego święte prawo. Podobnie jak Ty nie lubisz klocków lego wbijających Ci się znienacka w stopę. Wrzuć na luz i daj spokój i jemu, i sobie. Uwierz mi, z niedoboru brukselki i szpinaku naprawdę jeszcze nikt nie umarł.

Skomentuj