Rolnik do wzięcia na nagiej randce

with 13 komentarzy

para

A to wszystko oczywiście od pierwszego wejrzenia!

 

Jak już wspominałam w tekście o kobiecie, której mąż postanowił zrobić dobrze, niszcząc 90% jej garderoby i wciskając w strój seksownej pensjonarki (KLIK), rzadko oglądam telewizję. Ale jak już zdarzy mi się włączyć coś innego niż „Dinopociąg” czy „Nelę małą reporterkę”, to przeżywam zwykle szok poznawczy i totalny opad szczeny. Ludzie, którzy wymyślają programy telewizyjne, muszą naprawdę mieć ciekawie pod beretem. No bo jak inaczej można było wpaść na pomysł, żeby zrobić program o ludziach, którzy siedzą przed telewizorem i komentują programy, które w nim widzą. Serio? Kto to ogląda i po co?!? Ale tym razem nie o tym będzie.

 

Sześciu golasów i randka

Włączam ci ja ostatnio telewizor wieczorową porą i trafiam na program „Naked Attraction” – z tego szoku nawet nie pamiętam, jak to się nazywało po polsku, ale jak możecie się domyśleć z „naked” program był o generalnie o golasach. Pamiętacie naszą legendarną „Randkę w ciemno”? Pani lub pan siedział za takim wachlarzem, zadawał pytania, wybierał w ciemno swoją potencjalną drugą połówkę i potem ten wachlarz się odsłaniał i było wielkie „wow!”? No to w „Naked attraction” jest kompletnie inaczej!

RTL postawiło na wersję znacznie bardziej hardkorową. Bo nie dość, że wszyscy uczestnicy są od samego początku nadzy, to ta nagość jest w zasadzie ich jedynym atutem. Bo kto by sobie zawracał głowę jakimś gadaniem. Wyobraźcie to sobie – w sześciu kolorowych kabinach zamyka się sześciu uczestników/uczestniczek programu rozebranych jak do rosołu. Poszukujący partnera ma za zadanie wybrać sobie towarzysza na randkę w oparciu jedynie o wygląd jego ciała – zasłony unoszą się stopniowo od stóp w górę, a „poszukujący” w towarzystwie prowadzącego program analizują, komentują i porównują atuty uczestników, kolejno eliminując ich z gry. Tamta ma za duże piersi, ten za bardzo owłosione pośladki, a tamten jeszcze za długie palce u stóp… Tutaj nie ma miejsca na niedopowiedzenia czy mgiełkę tajemnicy – dostajemy zbliżenie na wszystkie części ciała, a jakby coś umknęło naszej uwadze, to prowadząca – nota bene jedyna osoba w tym programie, która do końca nie zrzuca ciuchów – na pewno zwróci na to uwagę. Twarze odsłaniają się oczywiście na koniec, bo – jak wiadomo – to najbardziej intymna ze wszystkich części naszego ciała. Pewnie dlatego tak popularne są twarzomajtki, nie?

Ale potem robi się jeszcze zabawniej… Jak już „poszukująca” wyeliminuje najmniej ciachowatą czwórkę i zostawi dwóch finalistów, to sama zrzuca ubrania i potem tak sobie stoją we trójkę, gapią się na siebie, lustrują i porównują. Wybrani mają za zadanie skomplementować jakąś część ciała wybierającej, a potem – mój ulubiony moment – skomplementować siebie nawzajem. A dokładniej to powiedzieć, jakiej części ciała zazdroszczą rywalowi. Świetny pomysł, nie? Sztuka komplementu poziom mistrz.

 

Czy zazdrościsz temu panu penisa?

I teraz musicie się skupić i uruchomić wyobraźnię, bo będzie scenka rodzajowa. Młoda dziewczyna, po odrzuceniu mniej atrakcyjnych panów i pań (bo ona akurat z opcji nie ograniczającej się do jednej płci), zostawia do ostatecznej rozgrywki dwóch gości. Z jednej strony muskularny, opalony, wysportowany i hojnie obdarzony przez naturę dwudziestokilkulatek ze sztuczną nogą, bo własną stracił chyba w jakimś wypadku. Z drugiej strony tatusiowaty, miśkowaty facet w typie konserwatora powierzchni płaskich. Piwny brzuszek, mały ptaszek kryjący się pod daszkiem i te sprawy. No i oni sobie tak stoją naprzeciw siebie i się zastanawiają, czego sobie zazdroszczą. Bo to trudny wybór jest, nie?

Tatusiek tak duma, duma i duma i w końcu ze wszystkich atutów rywala, który mógłby tu i teraz startować w konkursie na mistera nie tylko Polski, wybiera jakiś jeden, którego teraz już nie pamiętam, bo w sumie cokolwiek by nie wybrał, to wszystko było po prostu idealne. A potem prowadząca odwraca się do przystojniaka i z pełną powagą na twarzy zadaje mu to samo pytanie. Czego zazdrościsz rywalowi? No czego może zazdrościć jednonogi Apollo brzuchatemu Bachusowi? Poczucia humoru, kurde? Więc ten przystojniak tak sobie duma, duma, duma i rozpaczliwie szuka czegoś, co mógłby wymienić. I w końcu znajduje – „Nogi mu zazdroszczę”.

Tadam! Kurtyna!

Ale idźmy dalej. Poszukująca wybiera – nie zgadniecie!!! – przystojniaka i idą razem na randkę. Tym razem jednak w ubraniu i, jak oboje twierdzą, dopiero teraz to jest naprawdę stresująco! Bo wcześnie to było tak wszystko kawa na ławę, nikt nic nie ukrywa i w ogóle znamy się doskonale. A teraz, w tych ubraniach, to od razu jest trudniej, gorzej, bardziej skomplikowanie. Zresztą podobnie mówią uczestnicy innego programu, „Adam szuka Ewy” czy też „Nagie randki”, którzy na pierwszą randkę idą na bezludnej wyspie a nagość ma sprawić, że nie będą udawać i oszukiwać, a pokażą swoje prawdziwe ja. No bo przecież wiadomo, że rządzi nami jakiś kosmiczny tekstylny spisek. To te podstępne ubrania sprawiają, że gramy, koloryzujemy, pozujemy, a w końcu nawet oszukujemy innych ludzi. I dopiero zdjęcie push up i wyjęcie skarpety z bokserek sprawia, że nagle ludzie robią się autentyczni i tracą ochotę na kreowanie własnego wizerunku.

Serio ktoś wierzy w to, że ta nagość ma jakiś głębszy sens? Że nie chodzi wcale o to, żeby zobaczyć, czy ona ma odpowiednio duże cycki, a on odpowiednio długiego wacka?

 

Nie ogarniam tej kuwety

Nie jestem socjologiem ani psychologiem, ale – jeśli telewizja jest jakimś odbiciem społecznych oczekiwań i postaw – to dzieje się z nami coś bardzo dziwnego. I bardzo niedobrego. Pomimo rozwoju środków komunikacji, coraz trudniej nam znaleźć partnera, coraz trudniej zbudować związek. Wydawałoby się, że te wszystkie sieci społecznościowe, portale matrymonialne, komunikatory i inne atrakcje powinny ułatwić poznanie kogoś pasującego do nas i naszych oczekiwań. Wystarczy przecież odpowiednio ustawić filtry i odsiać z góry tych, którzy nie mieszczą się w naszych oczekiwaniach. Proste, co? Tylko pozornie.

Rzut okiem na telewizyjną ramówkę pokazuje, do jak dziwnych pomysłów potrafią się posunąć ludzie w poszukiwaniu… Hmmm… No właśnie – czego? Miłości? Przygody? Seksu? Włączasz TV, rolnik szuka drugiej połowy. Przeskakujesz na inny kanał, kawaler do wzięcia usilnie poszukuje kogoś, kto go weźmie. Kolejny klik – golasy na randce, golasy w gablotach, pół-golasy na łóżku. Ludzie, którzy widzą się pierwszy raz w życiu przekraczają granice intymności na oczach tysięcy jeśli nie milionów telewidzów. Znowu klik i psychologowie dobierają w pary ludzi, którzy – nieznajomi przecież!!! – biorą ślub zupełnie na serio. Takie przykłady można by mnożyć i mnożyć. A wiecie, że podobno Duńczycy planują program, w których chętne do macierzyństwa panie będą mogły znaleźć dawców nasienia i zrobić sobie z nimi dzieci, które potem będą razem wychowywać (prawdopodobnie na oczach telewidzów…). Gdzie jest granica tego szaleństwa? Jest jakaś?

Nie będę się tutaj wcale oburzać. Nagość mnie nie razi – zresztą, umówmy się, mam dwoje dzieci więc musiałam widzieć penisa co najmniej dwa razy w życiu. Takie programy mnie nie gorszą. Takie programy mnie smucą. Bo co mówią o naszym społeczeństwie i naszych czasach? Że z jednej strony tak bardzo szukamy nowych wrażeń, atrakcji i szansy na sukces (a może medialną karierę?), że przełamiemy każde tabu, każdą granicę. A z drugiej strony, że może jesteśmy tak zdesperowani w samotności, że zrobimy wszystko, żeby ją zakończyć. Choćby za cenę zrobienia z siebie show, jeśli nie pośmiewiska, na oczach świata. Tylko jakie są szanse na powodzenie w tej misji?

 

A Ty co chcesz sprzedać? Albo kupić.

Jasne, to są dorośli ludzie. Jasne, wiedzą, co robią. Przynajmniej w teorii, bo myślę, że wielu nie jest w stanie przewidzieć reakcji otoczenia, krzywdzących opinii, kpiny ze szczerych emocji i fali hejtu trudnej do uniesienia. Gdzieś w tym wszystkim pojawia się pytanie o rolę telewizji i odpowiedzialność producentów tych wszystkich genialnych programów. Bo kto jak kto, ale oni akurat najlepiej wiedzą, jak źle może skończyć się niefrasobliwy romans z telewizją. Ale kto by o tym myślał. Biznes jest biznes, a emocje to taki sam towar jak każdy inny. Zwłaszcza, że sprzedaje się lepiej niż gorące bułeczki. Więc sprzedają, bo wszystko jest na sprzedaż. I nasza samotność, i poszukiwanie miłości, i intymność, i nagość, i nawet małżeńskie problemy, które wywleka się na widok publiczny, jakby udział w trzydniowym programie wsparty wizualną metamorfozą mógł uzdrowić zaniedbania kilku, albo i kilkunastu lat. Albo wierność, którą można wystawić na próbę w jakichś dziwnych gierkach, żeby wygrać grube miliony… A nie, sorry, akurat w tym programie nagroda jest bardziej zbliżona do średniej krajowej.

A my to oglądamy. Przekraczamy i pozwalamy przekraczać kolejne granice, głośno krzycząc na najbardziej radykalne programy, jednocześnie akceptując powódź mniej spektakularnych, ale równie smutnych produkcji. Wspomniany program „Naked attraction” został zdjęty z ramówki po protestach widzów, ale cała seria innych została. Ekshibicjonizm fizyczny nie przeszedł, ekshibicjonizm emocjonalny ma się całkiem dobrze.

Kupujemy to. Jedni obejrzą pierwszy odcinek z ciekawości, a potem palną się w głowę i wrócą do świata, gdzie nie wszystko jest na sprzedaż. Inni wsiąkną, obejrzą kolejny i kolejny, podbijając słupki oglądalności i myśląc, że taka jest właśnie norma. Że to normalne, gdy obce sobie golasy wskazują, czego sobie zazdroszczą, tylko po to, żeby trzeci golas zabrał jednego z nich na piwo. Że młody mężczyzna obściskuje i całuje obcą kobietę – za zgodą swojej partnerki – żeby wygrać trochę pieniędzy. Że znajomość zaczyna się od wyskoczenia z ubrań, bo pozwala nam być sobą i odkryć prawdziwe ja. Że żony poszukuje się ogłaszając casting i wyznaczając rywalkom zadania, a potem oceniając ich wykonanie.

Że w poszukiwaniu niepoważnych przygód albo – już na poważnie – drugiej połowy można i trzeba zrobić wszystko, choćby to oznaczało przekraczanie granic, ośmieszenie się, rezygnację z godności, zasad moralnych, szacunku do innych i siebie samego. Żeby tylko rolnik do wzięcia zabrał na nagą randkę od pierwszego wejrzenia właśnie Ciebie!

O ile oczywiście masz wystarczająco jędrny tyłek.

13 Responses

  1. Monika
    | Odpowiedz

    Dlatego ja omijam telewizję szerokim łukiem… Szkoda mi czasu. Czasem łapię się za głowę, że ludzie oglądają takie programy.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      A oglądają i to nawet masowo. Niektóre z tych programów to prawdziwe hiciory. ..

  2. Ewelina
    | Odpowiedz

    TV pokazuje to, co chce zobaczyć społeczeństwo 😉

  3. Monika
    | Odpowiedz

    Ostatnio rzucił mi się w oczy wpis Pauliny Młynarskiej. Czesto jest pytana, dlaczego nie pracuje w telewizji. Przywołała opisane przez Ciebie programy i odpowiedziała: „Dlatego!”

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      I trudno jej się dziwić, niestety. A niektóre z takich programów są produkowane prze telewizję publiczną czyli tą “z misją” a nie dla kasy…

  4. MamaKarolina
    | Odpowiedz

    Też bywam w szoku włączając tv, na szczęście nie robię tego aż tak często. Jednak ja przyjmuje postawę szyderczo zartobliwą. Patrzę, kręcę głowa dziwię się i śmieje. Nie ma co się smucic każdym głupim programem bo by się w depresję wpadło

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Smutne jest to, że jako społeczeństwo jakoś potrzebujemy takich programów. Coś się dziwnego dzieje…

  5. Kasia (zaplanowanipl)
    | Odpowiedz

    Telewizja pokazuje, to co jest kontrowersyjne, ale niekoniecznie, to co chcą oglądać ludzie. Często przełączając kanały w TV zastanawiam się, całkiem poważnie kto to ogląda i wtedy zazdroszczę tym, którzy odważyli się nie mieć telewizora w domu 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ale jednak badania popularności potwierdzają oglądalność takich programów. Taki “Rolnik szuka żony” to prawdziwy hit…

  6. Małgosia
    | Odpowiedz

    Całe szczęście nie oglądam telewizji, z chłopakiem zdecydowaliśmy, że telewizor to jedynie zbędny gadżet i nie jest nam potrzebny 😉 Programy które wymieniłaś typu “Adam szuka Ewy” są dla mnie totalną zagadką – i całe szczęście, bo nienawidzę sztucznego robienia show i pokazywania golizny w TV – typowa rozrywka dla mas 🙁

  7. No właśnie……… Też oglądam TV rzadko albo wcale, choć czasem internet “godnie” ją zastąpi 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Zawsze najważniejsza okazuje się odpowiednia selekcja materiału 🙂

Skomentuj