Okno, czyli samotność matki

with Brak komentarzy

samotnosc-matki

Samotność matki. Pomimo dziecka, w związku z dzieckiem, z powodu dziecka. Paradoksalna. Pozorna?

Moja młodsza córka nie lubiła spać. Poza kilkunastoma pierwszymi dniami życia, kiedy to – dla odmiany – spała jak zabita i nawet na karmienie trudno ją było wybudzić, przez cały okres niemowlęcy funkcjonowała tak, jak by sen był tylko bezsensownie bezużytecznym dodatkiem do życia. Robiła sobie turbodrzemki, żeby po kwadransie obudzić się i domagać towarzystwa. Tulenia, głaskania, masowania, jedzenia. Bliskości, której zawsze musiał towarzyszyć ruch. Zawsze. Ze szczególnym uwzględnieniem nocy…

Nie muszę się nawet szczególnie wysilać, żeby przypomnieć sobie, jak wydeptywałam ścieżki w naszym salonie. Te kilka kroków od drzwi do okna, od komody do kanapy, to był nasz cały świat. Głucha noc. Na wprost naszej kamienicy wysoki wieżowiec, a w nim wszystkie okna ciemne. Tylko na klatkach schodowych blada poświata świetlówek.

I nigdy chyba tak bardzo jak wtedy nie czułam się – mimo dziecka w ramionach, mimo męża i drugiej córki za ścianą – sama. Samotna tą samotnością matki, którą tak trudno opisać i wyjaśnić. Jakby na całym świecie nie było nikogo, nikoguśkiego, kto o tej trzeciej, czwartej, piątej nad ranem też nie śpi. Znowu nie śpi. Nigdy nie śpi.

 

Kiedyś… dziś…

Dzisiaj dzieci mam starsze, a przecież dalej zdarzają się takie chwile. Już nie w nocy, nie w bezsenne godziny, ale gdzieś w pędzie, w labiryncie dnia, na skrzyżowaniu ścieżek, którymi biegniemy w różnych kierunkach. Kiedy moje dziecko robi dziką awanturę, bo za szybko odbieram je dziś z przedszkola. Kiedy wszyscy opuszczają przedszkolną szatnię w 10 minut, a nam zebranie się zajmuje ponad pół godziny. Kiedy po przejściu dziesięciu kroków ono nagle dostaje uwiądu kończyn i umiera ze zmęczenia, choć przed chwilą samo marudziło, żeby iść na spacer. Kiedy w nerwach wrzeszczy, piszczy, szczypie, bije. Kiedy woła, że ma głupich, beznadziejnych rodziców i nikogo nie kocha.

Gdzieś w głowie – jak wtedy, lata już temu – wbrew rozsądkowi odzywają się pytania. Że czemu tylko ja tak mam? Że czemu tylko tamten chłopiec spaceruje bez słowa skargi. Że czemu tylko tamta dziewczynka ubrała się sama w trzy minuty i już biegnie do wyjścia. Że czemu tylko tamte maluchy tulą się z uśmiechem i bez narzekania.

Co robię źle? Czy naprawdę jestem taka beznadziejna? Czy naprawdę tylko moje dzieci muszą tak dawać w kość? Czy naprawdę TYLKO JA muszę się tak szamotać? Samotność matki aktywuje się i doskwiera szczególnie wtedy, kiedy brak sił, a kubeczek pusty.

 

Okno

I wtedy przypominam sobie tamten czas i tamtą noc, jedną noc. Kiedy nagle, gdzieś koło czwartej nad ranem, w zimowych ciemnościach zapaliło się światło w jednym z martwych przed chwilą okien wieżowca. I w tym oknie pojawił się cień. Bez twarzy, a przecież znajomy na pierwszy rzut oka. Jak odbicie w lustrze. Mama kołysząca dziecko w ramionach. Góra-dół, góra-dół – sprężynowała na zmęczonych nogach, odbijając mój ruch i, zupełnie jak ja, wpatrując się w śpiące miasto, żeby zabić nudę długich godzin czuwania. Pamiętam tę gulę, która urosła mi wtedy w gardle. Te łzy pod powiekami. Pamiętam, jak dobrze było tak po prostu poczuć, że gdzieś w tym trudzie, bałaganie, wyzwaniach nie jestem sama. Że ktoś inny ma dokładnie tak samo. Że pewnie tak samo się czuje. Że tak samo nie śpi. Że tak samo się martwi.

Dzisiaj, kiedy moje dzieci są większe, ta sama myśl dodaje mi otuchy w najgorszych chwilach. Kiedy trudno, kiedy zwątpienie, kiedy zmęczenie, powtarzam sobie ciągle, że inne dzieci też takie są. Że inne mamy też tak mają.

 

Inni mają… lepiej?

Patrzymy na macierzyństwo innych ludzi przez pryzmat minut, sekund czasem. Nierzadko przez kolorowe filtry social mediów, gdzie pokazać można tylko to, co piękne, i tylko to, czym chcemy się pochwalić. Idealne, kolorowe obrazki sprawiają, że bardziej może czujemy się samotne w naszej niedoskonałej rzeczywistości. Paradoksalnie samotne w tłumie matek.

A przecie wystarczy trochę szczerości, zrzucenie fasady sztucznego uśmiechu i wymuskanych kadrów, żeby nam wszystkim zrobiło się lepiej. Kiedy jesteś na granicy wybuchu, bo Twoje dziecko upiera się, żeby założyć brudne, dziurawe kapcie do przedszkola, a nieznajoma mama z uśmiechem rzuca, że wczoraj miała dokładnie taką samą akcję. Kiedy po raz milionowy cierpliwie tłumaczysz, że nie możecie zjeść waty cukrowej na obiad, a inna nieznajoma mama puszcza do ciebie oczko pod hasłem „te dzieciaki… oszaleć można…”. Kiedy w pocie czoła przekopujesz piaskownicę, bo zaginęła wam foremka, co Twoje dziecko obwieszcza światu takim rykiem, jakby ktoś je właśnie obdzierał ze skóry, a jeszcze inna nieznajoma mama mówi „łączę się w bólu, wczoraj przez pół godziny grzebałam w poszukiwaniu grabek”. A potem pomaga kopać.

Kilka słów. Uśmiech. Wirtualna piątka. Oczko puszczone gdzieś ponad dziecięcymi głowami. Przyznanie, że i u mnie tak samo. Że i ja jadę na tym wózku, który czasem chybocze się, jakby miał stracić wszystkie koła.

 

Samotność matki

Niewiele trzeba, żeby rozproszyć samotność matki. Tyleż paradoksalną, co pozorną. Bo przecież, chociaż dzielą nasz szczegóły, to przecież łączy wspólnota doświadczeń, wyzwań, trosk i niepokojów. Nierzadko też radości. To jest myśl, która dodaje sił.

Bądźmy więc dla siebie tymi nieznajomymi mamami, dzięki którym możemy poczuć się mniej same.

 

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

 

Skomentuj