Sześć podróży, sześć twarzy

with 12 komentarzy

sześć podróży, sześć twarzy

Różne pamiątki przywożą ludzie z podróży. Pocztówki, figurki, magnesy, flagi. Ilość opcji jest nieograniczona. Ja przywożę twarze. Bo podróż to nie tylko miejsca, zabytki, atrakcje, ale także ludzie, których spotykasz na swojej drodze, a którzy na zawsze zapadają Ci w pamięć. Nawet jeśli to było tylko przelotne spotkanie. Jak wiecie, grudzień to u mnie miesiąc sentymentalny, więc i ta podróż będzie sentymentalna. Sześć podróży, sześć twarzy. I ja.

Włochy

Włochy czyli Marco

Gdyby nie on, moja fascynacja Włochami mogłaby się nigdy nie zacząć. I nie, to wcale nie jest tak jak myślicie!

Mam siedemnaście lat, kiedy przy okazji Światowych Dni Młodzieży lądujemy we Włoszech. To jeden z naszych gospodarzy. Młody chłopak z zielonymi oczami. Dla moich koleżanek bardzo przystojny, dla mnie całkiem zwyczajny. Dopóki nie zaczyna mówić. Bo jak zaczyna, to… Mamma mia! Wystarczy jedno „come va, bella?”, a dziewczynom wokół majtki spadają aż do kostek. Mi opada szczena. Bo chociaż jego niewątpliwy urok osobisty na mnie akurat nie działa, to ten język, ten język! Ja już wtedy wiem, że kiedyś się go nauczę.

Na konto Marco idą najbardziej klasyczne włoskie hity na mojej drodze – przejażdżka klasyczną vespą w rytm Azzurro, prawdziwa domowa pizza i prawdziwa domowa mamma, która chętnie przygarnęłaby mnie do rodziny. Niestety, ku jej rozczarowaniu, oboje byliśmy równie niezainteresowani.

Kontakt utrzymywaliśmy jeszcze bardzo długo, choć były to czasy, gdy internet kupowało się w sklepie na wiadra, a na telefonie mogłam pograć tylko w węża. I chociaż teraz to już tylko wspomnienie, moje pierwsze włoskie wakacje mają twarz Marco.

USA

USA czyli Steve

Mój kierowca w czasie objazdowej wycieczki po USA. Najlepszy wspólnik w odkrywaniu tej znanej i mniej znanej twarzy Ameryki. Z własnej inicjatywy i zupełnie poza programem pokazał nam zapierające dech w piersiach zakątki. Z równą swobodą potrafi zreperować autobus za pomocą kawałka drutu (KLIK) co doprowadzić młodą pilotkę na granicę zawału serca (KLIK).

Ponad 100 kilo żywej wagi i co najmniej dziesięć razy tyle uroku osobistego, czego najlepszym dowodem jest fakt, że w zasadzie każda z jego wypraw z nami owocuje zadurzoną w naszym driverze turystką. Co najmniej jedną.

Ale nade wszystko jest Steve wcieleniem tego, co najlepszego w Amerykanach. Otwartości, łatwości w nawiązywaniu kontaktów, ciekawości drugiego człowieka. I totalnej bezproblemowości. Zgubiliśmy się? No problem, zaraz się znajdziemy. Autobus zdechł na środku Doliny Śmierci? No problem, zaraz nam ktoś pomoże. Płonie Park Narodowy Yosemite? No problem, zaraz zgaszą, a zresztą wiadomo, że na naszej trasie nie może być pożaru.

Z równą nonszalancją opuszcza szybę autobusu, żeby zamienić kilka sympatycznych zdań z harleyowcem, który wygląda, jakby właśnie zamordował własną matkę, co owija sobie wokół małego palca naburmuszoną recepcjonistkę w motelu. I tylko z kasjerką w Utah nie dał sobie rady…

Francja

Francja czyli Madame Colette

Moja pierwsza wizyta w Paryżu i we Francji w ogóle ma jej twarz. Drobna, elegancka, chłodna na pierwszy rzut oka. Encyklopedia savoir-vivre w małym paluszku – nie musi nawet nic mówić, żebyś poczuł, że haftowany obrus to nie jest miejsce dla twoich łokci. Kiedy rozmawiam z nią, nieudolnie kalecząc język francuski, niemal widzę, jak krwawią jej uszy i niebiesko-biało-czerwone serce.

Gdybym miała jej przypisać jakiś zawód, byłaby niewątpliwie kierowniczką pensjonatu dla młodych panien. A jednak po bliższym poznaniu okazuje się zupełnie inna od arystokratki, której wrażenie sprawia. Sympatyczna, zabawna, z dystansem do siebie. I z fantazją. Na świąteczny obiad stawia na stole półmisek pełen owoców morza. Kiedy moja koleżanka szepcze rozpaczliwie na widok krewetek „nie zjem tego, to się na mnie patrzy”, madame Colette wybucha śmiechem. Okazuje się, że takim samym daniem została powitana w rodzinie przez swoją teściową, choć ta miała świadomość, że jej przyszła synowa krewetek nie lubi (a przynajmniej wtedy nie lubiła).

– Zachowałam się jednak, jak przystało na prawdziwą młodą damę – zdradza nam z figlarnym uśmiechem sympatyczna Francuzka.
– Zjadała je pani?
– Oczywiście, że nie. Powiedziałam, że są pyszne. A kiedy teściowa wyszła, wrzuciłam całą porcję do swojej torebki. To była najlepiej wykorzystana Chanel na świecie.

Londyn

Londyn czyli Roger

Niektórzy z Was znają Rogera. Nasz gospodarz w czasie pobytu w Londynie. Skrzyżowanie Jasia Fasoli z bohaterami Monty Phytona. Pozornie nieszkodliwy, chociaż z błyskiem w oku. Jak się okazuje, jego marynarka w kratkę, okulary w rogowej oprawce oraz kapcie, w których wita nas na parkingu, to tylko przykrywka dla nagich imprez w jacuzzi, Zaś serdeczny uśmiech i równie serdeczne „welcome” okazują się zaszyfrowanym komunikatem „w tym domu wdrożony został oparty na wodzie i pieczywie tostowym system oszczędnego żywienia gości”. Zresztą, co tu dużo mówić, jeśli chcecie poznać oryginał, który wbił mi się w pamięć znacznie mocniej niż Big Ben czy inne Westminstery, to zajrzyjcie TUTAJ i TUTAJ.

Kanada

Kanada czyli Marcel

Podróż do Kanady zaczynam od lotniskowych perypetii, którym kiedyś poświęcę osobny wpis. Dość powiedzieć, że najpierw sprytni pracownicy linii lotniczych omal nie zostawili w Polsce połowy mojej grupy, a potem uparta Amerykanka w Chicago nie chciała uwierzyć ani mi, ani dokumentom, że Polacy mają prawo wjechać do Kanady na paszporcie biometrycznym. Kiedy więc lądujemy w Vancouver, jestem totalnie wypompowana i marzę tylko o tym, żeby znaleźć się w hotelu. Trzeba tylko jeszcze zlokalizować nasz transport.

Chociaż zupełnie się tego nie spodziewam, na lotnisku wita nas jednak on. Marcel. Zamiast – jak się umawialiśmy – dołączyć do nas nazajutrz w hotelu, podjeżdża na terminal tylko po to, żeby powiedzieć nam „welcome” i ułatwić te pierwsze chwile po przylocie. Uśmiech od ucha do ucha, chodzący optymizm, studnia świetnych dowcipów. Mistrz budowania relacji. „Od jak dawna się znacie?” – pyta jedna z moich turystek, a ja nie mam serca, żeby jej powiedzieć, że w zasadzie to od… teraz. Bo tak właśnie jest. Widzisz go pierwszy raz w życiu, a po chwili czujecie się jak starzy kumple. Bez niego Kanada nie byłaby taka sama!

Alaska

Alaska czyli Jennefer

„Uszanowanko” – wita nas w Whittier spóźniona ledwo o pół godziny, a ja już czuję, że będzie ciekawie. Wczorajszy t-shirt, wypłowiała czapeczka baseballowa i dokumenty, które wysypują jej się na podłogę trzykrotnie w drodze z terminalu do busa. Na odcinku raptem 200 metrów. Ale w sumie to i tak nie ma znaczenia, bo niedługo potem okaże się, że to nie są właściwe dokumenty…

W ciągu tego pierwszego dnia zgubi nam się jeszcze dwa razy, nieodmiennie dziwiąc się, że wydzwaniam do niej jak szalona, kiedy nie ma jej na miejscu zbiórki, a nas czekają długie kilometry jazdy. Choć trasę powinna mieć w małym palcu, bo tutaj się urodziła i wychowała, to po mistrzowsku zapomina o zjazdach i skrętach. Mimo że na prostej jak drut drodze na północ nie ma ich wcale aż tak wiele. Może to dlatego, że skupiona jest na żuciu tytoniu, który – bleee… – wypluwa potem do pustej butelki po wodzie mineralnej. Dzięki Bogu, siedzący z tyłu turyści nie mają okazji podziwiać tego widoku.

Ale jest w jej kraciastej koszuli i naciągniętej na oczy czapeczce jakiś urok, coś dziwnie prostego i dzikiego. Nade wszystko jednak są jej opowieści. O codziennym życiu na Alasce. O polowaniach i przejażdżkach zaprzęgiem. O długich zimach i śnieżnych zaspach po dach. O łosiu tamującym ruch w stanowej stolicy albo niedźwiedziu grizzly, który siedzi na jej tarasie, gdy zmęczona wraca w nocy z imprezy… To już nawet to plucie tytoniem mogę jej wybaczyć!

 

Tych twarzy można by pewnie wymienić więcej, można by dopisać kolejne miejsca, kolejne postaci. Ale te akurat najbardziej zapadły mi w pamięć, pierwsze przychodzą do głowy, kiedy błądzę palcem po mapie. Można podróżować na różne sposoby – samemu albo z kimś, luksusowo albo budżetowo, ekstremalnie albo klasycznie. Ale w każdej z tych opcji ludzie są ważni, bo bez nich odwiedzane miejsca są mniej barwne, mniej interesujące, mniej emocjonujące. Bardziej… martwe? Z okazji nadchodzących Świąt życzę Wam samych żywych podróży!

A Wasze podróże mają jakieś twarze?

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

12 Responses

  1. Beata Herbata
    | Odpowiedz

    To prawda, że ludzie spotykani w podróży są równie ważni co widoki i inne przygody 🙂 Piękne zdjęcia, szkoda, że nie ma na nich opisanych ludzi bo historie bardzo ciekawe 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Zastanawiałam się nad tymi zdjęciami. Ale niektórych z tych osób zwyczajnie nie mam utrwalonych inaczej niż w pamięci, a niektórzy mogliby nie chcieć upublicznienia wizerunku 😉 Niech już zostaną kraje, z którymi się wiążą. A Steve`a może kiedyś namówię na mini-wywiad 🙂

  2. iwona
    | Odpowiedz

    Moje podróże odbywają się wyłącznie w Polsce lub tam, gdzie da się dojechać pociągiem lub samochodem. Ale tak, nazwiedzałam się sporo i to, co zostało, to moje:) Teraz moim największym marzeniem jest zwiedzić zamki na śląsku i zrobić sobie objazdówkę po Polsce.
    Co do Marcela, to często spotykam takich ludzi. Fajne uczucie, prawda?

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Oby jak najwięcej takich Marceli 🙂 A śląskie zamki marzą się i mi 🙂

  3. indianadriana
    | Odpowiedz

    Spotkania z ciekawymi osobami podczas podróżowania to jest to co zawsze najbardziej powraca mi w pamięci. Interesujący wpis. Z chęcią poczytam więcej o Twoich podróżach 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      A masz jaką osobę, którą wspominasz szczególnie ciepło? 🙂

  4. Natalia
    | Odpowiedz

    Piękne miejsca! Najbardziej marzą mi się Włochy ze względu na jedzenie🤭

  5. Ula
    | Odpowiedz

    Świetny wpis. Zaczęłam się zastanawiać, jakie twarze ja mam w pamięci i wychodzi na to, że mam ich całkiem sporo. Tak… ludzie to jeden z najważniejszych elementów podróży. Piękne zdjęcia! 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję bardzo 🙂 a pamiętasz szczególnie jakąś twarz?

  6. Ewelina Gac
    | Odpowiedz

    Świetnie mi się czytało Twoje opowieści. Mam podobne skojarzenia ze swoimi podróżami i dobrze wiedzieć, że nie tylko ja: -) pozdrawiam Cie serdecznie i mam nadzieję, do prędkiego zaczytania.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję Ci bardzo za miłe słowa 🙂 i zapraszam!

  7. Kasia
    | Odpowiedz

    Piękne wspomnienia! Mogłabym napisać taki tekst o samych Włoszech, zainspirowałaś mnie do tego, by o tym pomyśleć. No i jak ja rozumiem tę fascynację włoskim!

Skomentuj