Szkoła w czasach pandemii oczami nauczyciela

with Brak komentarzy

szkoła w czasach pandemiiSzkoła w czasach pandemii to gorący temat. Przedłużenie zamknięcia placówek o kolejne tygodnie, a tym samym przedłużenie okresu zdalnej nauki, która wielu rodziców i uczniów doprowadza już teraz do krawędzi wytrzymałości, to może dobra okazja, żeby na całą sytuację spojrzeć z drugiej strony. O nauczycielach mówi się ostatnio dużo i bardzo często negatywnie. Bo w telewizyjnym nauczaniu popełniają merytoryczne błędy, bo zadają za dużo materiału, bo wymyślają absurdalne zadania. Tak to wygląda z perspektywy ucznia i rodzica, na którego barki spadają dodatkowe obowiązki. Ale sytuacja nie jest czarno-biała. Po drugiej stronie są przecież ludzie, których koronawirus oraz zalecenia MEN rzucili na nieznane wody, po których niełatwo żeglować…

O to, jak wygląda szkoła w czasach zarazy, zapytałam Anię* – nauczycielkę języka polskiego w małej, wiejskiej Szkole Podstawowej, oraz Olę* – anglistkę z dużego, miejskiego liceum.

Jak funkcjonuje teraz Wasza szkoła?

Ania: W naszej szkole jak w większości w Polsce, korzystamy z e-dziennika, więc głównie tą drogą kontaktuję się z uczniami, choć zamierzam też stworzyć grupy na Facebooku, żebyśmy mogli się łatwo kontaktować i spotykać „na żywo”.

Nie zgadzam się że powszechnym stwierdzeniem, że Polska szkoła jest dalej “pruska” i zacofana. W “normalnych czasach” wszyscy nauczyciele są zobowiązani do korzystania z technologii multimedialnych. Pewnie różnie to bywa, ale ja stosowałam je już wcześniej i teraz nadal wykorzystuję. To np. aplikacje takie jak Wordwall, Learning apps, Quizlet, Padlet. Jest też platforma MEN-u e-podręczniki, ale na niej korzystam z wybranych zagadnień. Zasoby YouTube też są przydatne.

Ola: Kontaktuję się z uczniami przez e-dziennik i maile. To licealiści, więc są znacznie bardziej samodzielni w procesie nauki niż młodsze dzieciaki. Przesyłam im materiały do przerobienia, prezentacje różnych zagadnień, linki do ciekawych nagrań związanych z tematem lekcji. No i ćwiczenia utrwalające. Kiedy dostaję od nich odrobione lekcje, każdemu z osobna wysyłam feedback, żeby wiedział, co już opanował, a nad czym musi popracować. W razie potrzeby mogą też skorzystać z indywidualnych konsultacji. Ogarniam też Zooma, który – jeśli ta sytuacja będzie się nadal przedłużać – pewnie wykorzystam do lekcji video.

A co powiesz o rozporządzeniach MEN w sprawie nauki zdalnej?

Ania: Na początku był tydzień powtórkowy, potem weszło rozporządzenie o nauce zdalnej. Wszystko jest żywe, dynamiczne i trudno powiedzieć, jak to realizować. W Nowym Jorku nauczycielom przez tydzień organizuje się szkolenia on-line z nauczania zdalnego, a dopiero potem mają ruszyć z taką nauką. U nas nikt o czymś takim nie myśli. Jest rozporządzenie i musimy sobie radzić.  MEN nie ma pojęcia o współczesnej szkole, uczniach a także o zróżnicowanych możliwościach dzieci i rodziców. Ani o tym, czym jest nauczanie zdalne. Bo na pewno nie przeniesieniem tradycyjnej formy szkoły do internetu. Szkoła w czasie pandemii nie może wyglądać tak, jak w zwykłych okolicznościach. Nie da się jej przenieść 1:1 i nie ma sensu zmuszanie nas do tego.

MEN i kuratoria tylko utrudniają i tak skomplikowaną sytuację. Skoro nie mają przećwiczonego systemu zdalnego nauczania, to niech zostawią nas w spokoju i pozwolą nam pracować tak, jak umiemy. Bo umiemy, wbrew temu, co próbuje się czasem wmawiać opinii publicznej.

Jasne, są – jak w każdym zawodzie – nauczyciele, którzy nie nadają się do swojej pracy. Ale jest całe mnóstwo takich, którzy naprawdę się starają, rozwijają, szukają nowych ścieżek dotarcia do ucznia. Którzy po prostu lubią i szanują swoich uczniów, a ci odwdzięczają im się tym samym.

Ola: Mnie przytłacza cała ta biurokracja, której i w “normalnych” czasach jest ogromnie dużo. Zero zaufania do kompetencji nauczyciela i tego, że potrafi wykonywać swoją pracę bez miliona papierków, nakazów i pouczeń „z góry”. U mnie w szkole dyrekcja wprowadziła teraz nakaz codziennego i szczegółowego raportowania swojej pracy przez nauczycieli. Codziennego. Dla każdej klasy, a ja mam ich kilka. To pochłania mnóstwo czasu, który – zamiast na papierki, których pewnie nikt nie przeczyta – mogłabym poświęcić na przykład na przygotowanie dodatkowych materiałów.

Ale idea jest szczytna – lekcje on-line, nowoczesność, wideokonferencje itd.

Ania: Tylko że to jest idea oderwana od rzeczywistości. Minister mówi o lekcjach on-line, ale ja uczę w małej szkole. Wszystkie dzieciaki znam po imieniu. I wiem dobrze, że w mojej klasie są uczniowie, którzy komputerem muszą się dzielić z rodzeństwem. Albo mają bardzo ograniczony dostęp do Internetu. I co mam z nimi zrobić? Wykluczyć ich z zajęć? Staram się szukać takich rozwiązań, żeby każdy mógł skorzystać. I nie wymagać czegoś, czego po prostu nie są w stanie zrobić.

Są też dzieciaki, które nie mają żadnego wsparcia w rodzinie. Wysyłam materiały, zadania itd., i nie dostaję absolutnie żadnej informacji zwrotnej. To nie jest wina tych dzieci, tylko wina dorosłych. O pomocy takim dzieciakom trzeba pomyśleć. Realnej pomocy.

To wszystko jest trudne także dla nas, nauczycieli. Zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, często czujemy się bezsilni, a MEN, zamiast rzucać koła ratunkowe, swoimi zaleceniami wpycha nas pod powierzchnię i odpływa na swoim okręcie Propaganda w tęczową dal.

Słysząc o kolejnych rozporządzeniach, reformach, formach pracy, zawsze zadaję sobie jedno pytanie: gdzie w tym wszystkim jest człowiek? W działaniach władz nie ma miejsca na refleksję nad istotą edukacji, nad dzieckiem, nad rolą nauczyciela a teraz też rodzica, który został bardziej zaangażowany w ten system. Liczą się konspekty, punkty, oceny i realizacja bzdurnej podstawy programowej, która nijak ma się do wyzwań współczesności, a została wyniesiona do rangi półbóstwa i jest tworzona często przez osoby nie mające od lat nic wspólnego z codzienną praktyką szkolną. Teraz to wszystko staje się jeszcze bardziej absurdalne. Jakby podstawa programowa i jej realizacja były warunkiem przeżycia pandemii…

Ola: W dużym mieście z dostępem do Internetu czy komputera teoretycznie powinno być lepiej, ale w praktyce bywa różnie. Wiem, że część uczniów musi czekać na swoją kolej, zanim usiądą do nauki przy komputerze. Stąd wolę stawiać na komunikację mailową czy przez e-dziennik, bo zebranie wszystkich na lekcję „na żywo” nie byłoby takie proste. Nie widzimy się twarzą w twarz, ale bardzo się staram, żeby mieć z każdym indywidualny kontakt.

Szkoła w czasach pandemii to dla nauczyciela mniej czy więcej pracy niż w „normalnych” czasach?

Ania: Więcej. Inaczej wygląda nauczanie w klasie, a inaczej zdalnie. Żeby treści dotarły do uczniów muszą mieć inną formę. Jak wspominałam, korzystałam już z multimediów wcześniej, ale teraz te lekcje muszą wyglądać inaczej, takich interaktywnych treści musi być więcej.

Poza tym trzeba do każdego dziecka wysłać maile, potem sprawdzić odesłane zadania i znowu odpowiedzieć, żeby uczeń dostał informację zwrotną na temat swojej pracy. W klasie to się dzieje w sposób naturalny i dynamiczny, teraz się wydłuża i komplikuje.  Chociaż ja, jako polonistka, jestem w sumie przyzwyczajona do tego, że mam zwykle sporo sprawdzania…

Ola: Więcej. Ja uczę już od kilkunastu lat, więc mam duże doświadczenie i też spory zapas ciekawych i wartościowych materiałów, do których wracam z różnymi klasami. Ale teraz muszę je dostosować do nowej formy zajęć, przeformatować, przemyśleć ich użycie tak, żeby sprawdziły się w nowej rzeczywistości. Wymyślić, jak przeprowadzić testy albo w jaki sposób oceniać zdalnie, żeby było to uczciwe w stosunku do uczniów i rzetelne. To ocenianie to odgórny nakaz, ja mogę się tylko dostosować. Ale ciągle mam gdzieś z tyłu głowy taką myśl, że to ocenianie, rozliczanie, straszenie egzaminami w takich trudnym okresie naprawdę jest nam do niczego niepotrzebne.

Od rana rozsyłam materiały do dzieci, potem sprawdzam odesłane ćwiczenia i każdemu indywidualnie odpisuję. W międzyczasie przygotowuję materiały na kolejne zajęcia. No i do tego dochodzi to całe relacjonowanie mojej pracy do dyrekcji, które pochłania mnóstwo mojego czasu i energii. No i jeszcze, oczywiście, nieśmiertelne rady pedagogiczne…

Chciałabym, żeby jedno było jasne – ja się nie żalę na ilość pracy. Jasne jest dla mnie, że sytuacja jest wyjątkowa i trudna dla wszystkich. Że rodzice też są obciążeni, bo lawirują miedzy swoją pracą, a szkołą dzieci, zwłaszcza jeśli są one zbyt małe, żeby ogarnęły to same. Zresztą my, nauczyciele, też przecież jesteśmy rodzicami, więc widzimy to wszystko z obu strony „barykady”. Mnie irytuje jedynie to, że dodaje się nam pracy w bezmyślny i absurdalny sposób, a różnymi zaleceniami „ekspertów” tylko komplikuje coś, co sami potrafilibyśmy ogarnąć lepiej.

Brakuje Wam „normalnej” pracy?

Ania: Brakuje mi uczniów. Codziennego kontaktu twarzą w twarz. Lekcja na żywo jest bardzo dynamiczna. Żyje uczniami, ich reakcjami, pytaniami, wątpliwościami. To oni współtworzą ją z nami. Wielu moich uczniów przykłada się do lekcji on-line. Robią prezentacje multimedialne, ćwiczenia, czytają lektury. Reagują na moje wskazówki. Ale to nie to samo.

Dzieci same piszą, że wolą iść do szkoły, na lekcje, że tęsknią i czekają na spotkanie.

Ola: Brakuje mi normalnego rytmu pracy, który miałam już opanowany i przemyślany. Teraz wszystko stanęło na głowie. W dodatku nadal nie wiem, co będzie dalej. Niektórzy moi uczniowie to maturzyści – martwią się o swoją przyszłość, a ja z nimi. Chciałabym im pomóc jak najlepiej przygotować się do egzaminów, ale mam jednak ograniczone możliwości.

A co powiecie o tym, jak się dziś mówi o pracy nauczyciela? Po Szkole z TVP mogłyście usłyszeć  sporo przykrych komentarzy na temat waszych kolegów po fachu.

Ola: Nie oglądałam i staram się nie czytać takich komentarzy. Szkoda mi nerwów. Robię swoje po prostu. Przykre to dla mnie, że systematycznie podkopuje się autorytet nauczycieli, jakby komuś zależało na podsycaniu niechęci do nas i skłóceniu nas z rodzicami. Nie mówię absolutnie, że jesteśmy idealni, ale jednak znam mnóstwo świetnych pedagogów, których wpycha się do jednego worka z tymi, którzy nauczycielami zostali z przypadku. W każdym zawodzie zdarzają się osoby, które nie nadają się do jego wykonywania…

Ania: Nie rozumiem dlaczego tylko my, nauczyciele, ciągle jesteśmy oceniani. Chciałabym zobaczyć ewaluację pracy urzędników czy polityków czy innych zawodów z budżetówki… Prawda jest taka, że my też – mam na myśli nauczycieli, którym zależy na uczniach i rzetelnej edukacji – jesteśmy ofiarami tego systemu i miotamy się pomiędzy zdrowym rozsądkiem a oczekiwaniami naszych „szefów”.

Jest taka durna lektura w 6 klasie. „Felix, Net i Nika”. Nauczyciele są tam przedstawieni koszmarnie: głupi, małostkowi, zacofani, bez kontaktu z uczniem. Zapytałam kiedyś dzieci, czy właśnie tak nas widzą, a z tą klasą mam na tyle dobry kontakt, że wiedzą, że mogą powiedzieć mi prawdę. Oburzyli się szczerze. I to mnie podbudowało.

Cała ta pandemia kiedyś się skończy. Skończy się zdalna nauka, zalecenia, dyrektorzy z nadania, rozporządzenia z kuratorium. Uczniowie zostaną i zostaną nasze relacje z nimi. To się liczy najbardziej.

*imiona zostały zmienione

Może Ci się też spodobać:

O co ci chodzi, mamo? Rzecz o wirusie emocji…

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj