Ale tego nie zrozumie nikt… No może tylko inna matka.

with 20 komentarzy

zimny prysznic nie zrozumie nikt

Jest czasem taki dzień, który zaczyna się źle od samego początku. Po długiej nocy pełnej pobudek, bujania, śpiewania, tulenia. Po trzystu osiemdziesięciu karmieniach, od których sutki mogłyby świetnie spełniać rolę sznurówek, a ty masz ochotę sama amputować sobie piersi, żeby na hasło „cyca” do malucha mógł podejść ktoś inny niż ty. Po pobudce o 5.03 nad ranem, bo „już się wyspałam”, „jestem głodna”, „maaaamooo, chodź się bawić”. Kiedy bladym świtem stawiasz sobie pytanie: „skąd, do cholery, one mają tyle siły?”.

 

Jest taki dzień…

Jest czasem taki dzień, który wydaje nigdy się nie kończyć.

Dzień, którego rytm mierzą przepocone piżamki, kolejne łyżeczki syropu, inhalacje, oklepywanie, kropelki i zatkane nosy. Kiedy wiesz dobrze, że to dziecko takie marudne, takie jęczące, takie płaczliwe, bo biedne, bo chore, bo zmordowane… A jednocześnie czujesz, że jeszcze jedno „maaaamoooo” doprowadzi cię do rozpaczy.

 

Jest czasem taki dzień, po którym nie nastaje spokój.

Kiedy przychodzi czas do łóżek, a na sen masz ochotę tylko i wyłącznie ty. Kiedy za tobą tor przeszkód, szkoła mediacji i taktu, zajęcia z symultanicznego czytania trzech książeczek, egzamin szczegółowy z anatomii „dinożarłów” oraz popisy aktorsko-wokalne. A przed tobą wulkany energii, bitwa na jedzenie przy kolacji, bitwa wodna przy kąpieli, bitwa na poduszki w sypialni. Bitwa na cierpliwość przy zasypianiu. I marne szanse na to, że nie polegniesz na wykładzinie, gdzieś pomiędzy pluszową foką a książeczką o niesamowitych skarpetkach.

 

Jest czasem taki dzień, długi, nieskończenie długi.

Kiedy o dziewiątej czujesz się jak po szesnastu godzinach orki na ugorze, a w południe z niedowierzaniem sprawdzasz czas na wszystkich zegarach w domu, bo przecież „jak to dopiero 12?!?”. Jest taki dzień, po którym przychodzi czarna otchłań nocy i kolejne długie godziny pod hasłem „nie mogę zasnąć” i seria „przykryj mi piętę” i „odkryj mi piętę” zapętlona do granic absurdu. Kiedy kotki dwa wydrapują ci dziurę w mózgu, a iskierka mrugająca z popielnika na Wojtusia wypala ci ostatnie działające zwoje nerwowe.

I w końcu one zasypiają. Gdzieś pomiędzy północą a czwartą nad ranem udaje ci się je uśpić. I nawet, kosztem wygibasów przy których popisy gimnastyczek na olimpiadzie są bez wątpienia małym pikusiem, odłożyć je OBIE do łóżek. Na palcach wychodzisz z sypialni, wstrzymujesz oddech, zduszasz przekleństwo, kiedy lego wbija ci się w piętę. Jeszcze nie wiesz, że w tych ciemnościach czai się większe niebezpieczeństwo. Tuż przed progiem, na granicy ocalenia leży ukochana gadająca lala, która w błogiej ciszy powita cię radosnym „mam na imię Dominika, A ty jak masz na imię?”. „Kalolka” – odpowie wtedy rozbudzona w sekundę Młodsza, a ty cykl usypiania zaczniesz od początku…

 

TAKIE dni

Nawet w pozytywnym domu domu zdarzają się takie dni. Czasem rzadziej, czasem częściej. Wiele czynników się na to składa, wiele zmiennych, bo przecież każdy człowiek – rodzic czy nie rodzic – ma lepsze i gorsze okresy, lepsze i gorsze chwile. Bo choroba, bo pogoda, bo niezaspokojone potrzeby, bo zmęczenie, bo otoczenie… Zmiennych są dziesiątki, a w rodzinie trzeba je jeszcze przemnożyć przez ilość jej członków. Każdy ma swoją sinusoidę nastrojów, a sinusoidy te przeplatają się, przecinają, nakładają. Kolidują ze sobą.

Każdy to wie, każdy to rozumie. Ale mama, zwłaszcza taka na pełny etat, czuje to może najbardziej. I nie, nie o użalanie się nad sobą tu chodzi, nie o skarżenie czy narzekanie, a o proste stwierdzenie faktu. Kobieta, która wybiera bycie mamą, decyduje się, na krócej czy dłużej, zostać w domu z dziećmi, staje przed wyzwaniem, którego nie zrozumie nikt. No może tylko inna matka.

 

Wasza decyzja

Decydujecie się więc na powiększenie rodziny. To wasz pomysł, wasze oczekiwania i wyobrażenia, które wkrótce przyjdzie wam skonfrontować z rzeczywistością. To wasze dziecko. A jednak – jak się za chwilę okaże – chyba jednak trochę bardziej twoje niż jego.

I nie, nie mam wcale na myśli tych „tatusiów”, którzy na wieść o dziecku zwijają manatki, a ani tych, którzy zainteresowanie dzieckiem wyrażają z kanapy przed telewizorem, każdą prośbę o większe zaangażowanie kwitując hasłem „chodzę do roboty i daję pieniądze”. Mam na myśli także tych ojców, tych tatusiów prawdziwych, którzy w opiekę nad dzieckiem wkładają mnóstwo zaangażowania i energii. Dla których rodzina to spełnienie marzeń. Którzy swoim dzieciom i swojej partnerce przychyliliby nieba.

Ci sami tatusiowie jednak w pewnym momencie zamykają drzwi. Taka kolej rzeczy, tak ustaliliście. Ktoś musi pracować, ktoś musi utrzymać dom i rodzinę. A ktoś tym domem i tą rodziną musi się zająć na co dzień. 24 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku. Czasem z jakąś przerwą, z wychodnym, może i z wolnym dniem czy tygodniem, jeśli dzieci już na tyle duże, jeśli mama gotowa do separacji, jeśli ktoś chętny do pomocy. Jeśli sprzyja czas, miejsce, okoliczności. Dużo tych „jeśli”. Bo prawda jest taka, że większości mam z domowego kieratu wyrwać się wcale nie łatwo. Bo prawda jest taka, że życie w takim kieracie bywa trudne, bywa nużące, bywa niewdzięczne. Bo prawda jest taka, że czasem rytm obiadek-spacerek-klocki-kredki-nocniczki-kołysanki przerasta nawet te kobiety, które w roli mam spisują się świetnie. Które rolę mamy wybrały świadomie. Które w roli mamy czują się szczęśliwe. Aż przychodzą TAKIE dni.

 

Nie zrozumie nikt…

Doktor Sears, propagator rodzicielstwa bliskości, postanowił kiedyś przenieść swoją praktykę do przydomowego gabinetu, żeby móc więcej czasu poświęcić rodzinie. Jak sam mówi, przeżył wtedy objawienie. „Zdałem sobie sprawę, że codzienne dojazdy do pracy – chociaż męczące – mają też działanie terapeutyczne. Brakowało mi znajomych z pracy. Moje życie towarzyskie ograniczyło się do mojej rodziny. To odkrycie – jak wielkie znaczenie mają dla mnie społeczne interakcje w miejscu pracy – pomogło mi zrozumieć poświęcenie kobiet, które decydują się porzucić karierę, by zostać w domu z dzieckiem” – napisał w jednej ze swoich książek (Księga Rodzicielstwa Bliskości).

To nie są słowa bylejakiego ojca. To są słowa ojca świadomego, zaangażowanego, obecnego w życiu rodziny. To jednak także słowa ojca, który jasno przyznaje – dopóki nie założysz butów mamy, dopóki nie staniesz na jej miejscu, dopóki nie musisz przejąć jej funkcji z wszystkimi obowiązkami i trudami (oraz oczywiście zaletami), dopóty nie jesteś w stanie zrozumieć tego, jak wygląda jej życie. Z jakimi wyzwaniami się mierzy, z jakimi emocjami, z jakim poczuciem osamotnienia. Z jakim gigantycznym wysiłkiem dnia codziennego.

 

Poświęcenie?

Nie lubię słowa poświęcenie. Nie uważam macierzyństwa za poświęcenie. Ale prawdą jest, że decydując się na bycie mamą, a zwłaszcza mamą na pełny etat, dobrowolnie i świadomie (przynajmniej częściowo świadomie…) decydujesz się na rezygnację w pewnego stylu życia. Niektórzy mówią, że można i po urodzeniu dziecka żyć tak, jak przed jego pojawieniem się na świecie. Ja się z tą myślą nie zgadzam. Nie wierzę, że może być tak samo, a przynajmniej nie bezkosztowo dla dziecka. Ale też mam w sobie przekonanie, że to INACZEJ, które zastępuje dawną codzienność, wcale nie oznacza gorzej.

Nie oszukujmy się – to nie jest łatwe! Nie jest łatwo po raz trzydziesty tłumaczyć, dlaczego nie wolno bić siostry. Nie jest łatwo akceptować i nazywać emocje, które bywają dla dorosłego absurdalne. Nie jest łatwo zachować cierpliwość w czasie awantury o banana, którego trzeba skleić, bo cały jest lepszy, choć miał być pokrojony. Nie jest łatwo z tym, że czasem znikąd pomocy. Że czasem nawet jak ktoś bardzo chce, bardzo stara się pomóc, to nie może.

Nie jest łatwo z tym, że ktoś ci powie, że SIEDZISZ w domu z dziećmi, choć na palcach jednej ręki policzysz razy, kiedy spokojnie usiadłaś. Nie dziś, nie wczoraj, ale w ostatnim tygodniu.

I wtedy masz ochotę rzucić to wszystko. Pieprznąć w kąt zabawki, olać obiadek, zignorować krzyki, piski i nieustanne żądania. Mówisz sobie – nie na to się pisałam, nie tak miało być, nie tak to powinno wyglądać. I chcesz trzasnąć drzwiami, zamknąć kramik, wyprawić wszystkich na Syberię. Albo sama tam wyjechać…

 

A jednak…

A jednak najbardziej niesamowite jest to, że godzimy się na to. Że wybieramy taką właśnie drogę i, mimo obaw, strachu, frustracji, zmęczenia nieraz do granic możliwości, kochamy to nasze życie, nasze rodziny, nasze dzieci. Nasze domy, które każdego dnia, cegła za cegłą, dzień za dniem, pielucha za pieluchą, kołysanka za kołysanką wznosimy. Często ze wsparciem, czasem z poczuciem osamotnienia i walki ponad siły. Możecie uznać to za patetyczne, ale ja czuję, więcej nawet – ja wiem, że my, mamy, mamy w sobie moc, której nie da się objąć rozumem. Która pozwala przenosić góry dla dziecięcego uśmiechu, dla rozpromienionych oczu, dla oplatających szyję rączek i delikatnych włosków rozsypanych nocą na poduszce.

Bo choćby nie wiem, jak trudny był TAKI dzień. Choćby nie wiem, jak wiele postawił przed nami wyzwań, jak wiele nerwów przyniósł. Choćby nie wiem, jak wiele cierpliwości, wysiłku, a może i łez nas kosztował. To w końcu przychodzi taki moment, kiedy dziecko zasypia. Kiedy cichy oddech lekko unosi klatkę piersiową ubraną w piżamkę z baletnicą, rączki przytulają ukochaną pluszaną foczkę, a na ustach czai się ten słodki półuśmiech, który zwiastować może tylko szczęśliwe sny.

 

I wtedy…

W takich chwilach czujemy, że to wszystko ma sens. W głowie podliczamy szybko zyski i straty, plusy i minusy, radości i smutki, sukcesy i porażki. Awantura o niewłaściwy kolor kubka ustępuje pola przytulasom. Siuśki na dywanie przegrywają ze szczerbatym uśmiechem. Porysowana ściana niknie w cieniu pierwszego rysunku z zezowatym kotem. Nie wiem, jak u was, ale u mnie bilans zawsze, zawsze jest pozytywny.

I w końcu przychodzi ten moment, kiedy na całodziennym pobojowisku stoimy w zadziwieniu i zachwycie, obserwując śpiącego malucha. Roztapiamy się. Ładujemy akumulatory. Pławimy w miłości. I nagle pojawia się myśl, że fajnie byłoby mieć jeszcze jedno dziecko.

Ale tego też nie zrozumie nikt. No może tylko inna matka.

 

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

 

20 Responses

  1. Radosna Chata
    | Odpowiedz

    Przeczytałam z zapartym tchem. Jak najbardziej wierzę, że takie dni w Pozytywnym Domu zdarzają się…w Radosnej Chacie też ich nie brakuje. Dlatego mogłabym napisać cały esej, z którym pewnie byś się w pełni zgodziła. Ograniczę się jedynie: ŁĄCZĘ SIĘ Z TOBĄ W BÓLU 😉
    Życzę Ci wiele cierpliwości i przespanych nocy 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Chyba w każdym domu i każdej mamie się zdarzają 🙂 na tym polega cały paradoks 🙂

  2. Małgorzata Hert
    | Odpowiedz

    Bardzo przyjemnie się czytało, będę tu zaglądać …

  3. Naszemiszmasze
    | Odpowiedz

    Takie jest życie… pełne sinusoid… i to jest piękne.

  4. AMSOFF
    | Odpowiedz

    Świetny post! Ja co prawda mamą na razie nie jestem i szybko się raczej nie zapowiada, ale wiem jak to jest, bo obserwowałam moją mamę kiedy opiekowała się młodszym rodzeństwem. I nie mogę znieść, jak ktoś mówi “przecież Ty nic nie robisz, siedzisz całymi dniami w domu”. Mam ochotę wtedy powiedzieć tym osobom, żeby choć na jeden dzień się zamieniły i czy faktycznie nic nie będą robić 🙂 pozdrawiam!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Taka zamiana chyba by była dobrą lekcją. Mój mąż, który w dom jest bardzo zaangażowany, został na tydzień z dwulatką, kiedy ja byłam w szpitalu z drugim maluchem. Do tej pory mówi, że czuł się jakby walczył o to, żeby nie utonąć. Jak ktoś mówi o “siedzeniu w domu z dziećmi” to on pierwszy reaguje.

      • Mój mąż jest również tatą w 100% i gdyby nie on, ciężko by było. Po pracy bawi się z dziećmi, wykąpie jak trzeba, położyłby nawet spać – gdyby młodsza się w końcu ode mnie odkleiła.
        To, o czym piszesz to prawdziwa słodko- gorzka historia. Ja mam często wrażenie, że tych złych dni jest zbyt wiele, mam wrażenie, że żyję w poczuciu winy, bo jestem nerwowa i dlatego tak rzadko i z trudem piszę o swojej codzienności matczynej na blogu…
        Bywają dni, gdy krzyczę z byle powodu. Nie, nie z byle powodu. Matka wie, że jest powód, dla innych wyda się on dziwny, albo że go nie ma. Bo cierpliwość ma swoje granice, dziś mniejsze, jutro szersze…

  5. Mondro
    | Odpowiedz

    Ze wszystkim się zgadzam, bez dwóch zdań. A przy okazji uświadomiłam sobie, że zbyt wiele jednak wymagam od tego mojego chłopa. Za chwilę będzie miał na utrzymaniu cały dom, a ja wymagam, żeby jeszcze więcej czasu poświęcał dziecku, choć poświęca ile się da. No cóż, egoizm mi się włącza 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Czasem by się chciało takiego faceta skopiować – żeby jeden chodził do pracy a drugi tatusiował w domu 😉

  6. Kulturowa
    | Odpowiedz

    A ode mnie – siły i cierpliwości! Niech nigdy ich nie brakuje 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 dobre życzenie dla wszystkich mam

  7. Kasia
    | Odpowiedz

    Mam w domu 11-latka i wiem coś o takich dniach… Co więcej – wciąż się u nas zdarzają 😉

  8. Joanna
    | Odpowiedz

    Takie dni (i noce) zdarzają się niezależnie od wszystkiego każdej mamie na świecie. I co najdziwniejsze, z dziećmi w każdym wieku.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Jak dziecko małe, nie śpisz, bo marudzi. Jak duże – nie śpisz, bo czekasz aż wróci z imprezy 😉

  9. No cóż, samo życie. Nasze cudowne i zaskakujące życie. Muszę przyznać, że choć bywało ciężko, do wszystkiego podchodziłam raczej ze spokojem, na luzie i ogarniałam jak się dało. Mam trójkę dzieci, duży dom, który wymaga tyle samo uwagi co dzieci ( 😉 ), ale też same dobre wspomnienia z pierwszych dni, tygodni, miesięcy, teraz lat ich życia. Mało to pocieszające, ale nasz teatr nie kończy się dopóty dopóki dziecko nie wyjdzie z domu. Potem nie wiem jak jest, bo ten moment jeszcze przede mną 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Chyba nawet wyjście z domu nie kończy zabawy, bo troska zawsze zostaje 🙂

  10. Zwykła Matka
    | Odpowiedz

    Mam jedno dziecko, córka ma 8lat, coraz więcej mam takich dni, że mam dość, ale sa na szczęście momenty, że serce pęka z dumy i miłości 🙂
    Tatus kocha córke ponad wszystko, ale on idzie do pracy i nie we wszystkim , siłą rzeczy, bierze udział 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Moim zdaniem kluczowa różnica jest właśnie w tym byciu ciągle w domu vs wychodzeniu do pracy. Bo nawet jeśli ta praca jet trudna albo nielubiana to daje jakąś odskocznię i zmianę perspektywy.
      Wiadomo, bycie w domu jest super, bo nie omija cię żaden ważny moment. Ale nie omija cię też żaden trudny moment choć czasem by się chciało 😉

Skomentuj