To moje dziecko…

with Brak komentarzy

moje dzieckoTo moje dziecko siedzi właśnie na środku sklepowej alejki i płacze, bo nie może dostać kolejnej koparki. Tak, to moje dziecko. Rozżalone, zrozpaczone, jakby gra szła o najcenniejszy skarb, a nie kolejny kawałek plastiku za 11.99 zł. Wściekłe, jakbym właśnie przekreśliła jego największe marzenie. I jakby to naprawdę była pierwsza, jedyna i ostatnia koparka w jego życiu. I na świecie w ogóle. 

Potępiająco kiwasz głową, w spojrzeniu miesza Ci się oburzenie i złość. Nie potrafisz się powstrzymać od uwagi o rozpuszczonych bachorach, które się zachować nie potrafią.

Nie wiesz wcale, że to samo dziecko, to moje dziecko, zawsze spokojnie i z entuzjazmem pomaga mi w zakupach. Zabawkom spokojnie robi „papa” na pożegnanie. I zwykle bez żalu odchodzi o sklepowych półek, których projektant powinien się smażyć w jednym kotle z tym gościem, co zaprojektował pancerne zamknięcie dla czupaczupsów.

Nie wiesz i tego, że dziś jest po prostu okropnie zmęczone i kipi emocjami po całym, wyjątkowo długim dniu w przedszkolu.

 

Samolubne?

To moje dziecko, tam, w piaskownicy, wyrwało z rączki młodszego chłopca swoje żółte wiaderko. I gorączkowo zbiera na kupkę wszystkie swoje zabawki, którymi nie chce się dzielić. Choć samo przecież bawi się jedną tylko wywrotką i patykiem.

Patrzysz potępiająco, brew Ci się marszczy. Profesorskim tonem perorujesz, że trzeba się dzielić, że to brzydkie zachowanie, że samoluba chowam. Że nikt go lubić nie będzie.

Nie wiesz wcale, że to samo dziecko, moje dziecko, wczoraj podzieliło się swoimi piaskownicowymi zabawkami tak szczodrze, że nie wszystkie do niego wróciły. Że ktoś przywłaszczył sobie jego ukochaną foremkę z kształcie żyrafki. I że pół wieczoru opłakiwało ją rzewnymi łzami.

Nie wiesz i tego, że w ubiegłą sobotę podarowało swoją różową łopatkę nieznajomej dziewczynce, żeby ją pocieszyć po upadku ze zjeżdżalni.

 

Rozkapryszone?

To moje dziecko powiedziało właśnie, że pomidorowa jest paskudna i odsunęło talerz z obrzydzeniem na drugi koniec stołu.  A teraz siedzi i skubie suchą bułkę, raz po raz dopytując, kiedy będzie deser. Tak, to moje dziecko. I za chwilę ten deser dostanie, choć nie zjadło ani łyżki zupy, ani kęsa kotleta.

Patrzysz tym swoim krytycznym wzrokiem, jasno dając do zrozumienia, że dałam sobie wejść na głowę. Mruczysz coś o kapryszeniu i grymaszeniu. I mówisz w końcu głośno, że u Ciebie takie dziecko na deser nie miałoby co liczyć. A niejadka najłatwiej wyleczyć z kręcenia nosem, jak się go przegłodzi.

Nie wiesz wcale, że to właśnie dziecko uwielbia jeść, próbować, degustować. Że zwykle zmiata z talerza wszystko i domaga się nawet dokładki. Że od początku uczymy je tego, że ono samo najlepiej wie, kiedy jest głodne. I że nigdy nie musi jeść, jeśli nie ma na to ochoty.

Nie wiesz i tego, że dziś jest już po obiedzie w przedszkolu i na wstępie powiedziało mi, że nie jest głodne. A tej zupy nalałam mu z przyzwyczajenia i roztargnienia.

 

Łobuz?

To moje dziecko popchnęło właśnie młodszą siostrę. Tak, to moje dziecko. To starsze. Wyrwało jej z ręki lalkę i pędem rzuciło się do ucieczki. A teraz chowa się za drzewem i nic sobie nie robi z jej łez i rozczarowania.

Patrzysz poruszony, jakby właśnie wydarzył się jakiś wielki skandal. Mówisz mi, że za takie coś to do kąta, to pasem po tyłku. Bo wyrośnie na brutala, bo będzie chuliganem, bo w więzieniu skończy. Bo jak to tak krzywdzić słabszego i niewinnego?

Nie wiesz wcale, że to samo dziecko, moje dziecko, za tę siostrę wskoczyłoby w ogień. Że pomaga jej wejść na drabinki, broni przed starszakami na placu zabaw, masuje zdarte kolanko. Że co wieczór zasypiają wtuleni w siebie pod kocykiem w kolorowe misie.

Nie wiesz i tego, że dziś od rana ta młodsza siostra, która wcale nie jest taka słaba, a na pewno nie zawsze jest niewiniątkiem, zdążyła je już kopnąć i ugryźć. Że o zburzeniu zamku z klocków nawet nie wspomnę.

 

Bezczelne?

To moje dziecko krzyczy właśnie do mnie, że mnie nie kocha i nie lubi. Zapłakane, zasmarkane, rozdygotane do granic możliwości. Bo chciało jeszcze zostać na placu zabaw, a ja mówię, że musimy już iść do domu. Bo wolało dalej budować zamek z piasku, a nie pędzić na jakiś głupi autobus. Bo miało ochotę spędzić więcej czasu z dzieciakami, a śpieszymy się do cioci na imieniny,

Wpatrujesz się z nas uważnie i przewracasz oczami. Mówisz, że za Twoich czasów dziecko nie śmiałoby się tak odezwać do rodziców. Że tak się kończy bezstresowe wychowanie. Że kto to widział tak matki nie szanować, tak się do niej odnosić.

Nie wiesz wcale, że to samo dziecko dziś zrobiło mi na śniadanie kanapkę z szynką i serduszkiem z ketchupu. Że gdy w przedszkolu miało narysować superbohatera, bez zawahania nabazgroliło mój portret. Że codziennie budzi mnie buziakiem i zasypia, szepcząc mi do ucha, że jestem najlepszą mamą na świecie.

Nie wiesz i tego, że bardzo, tak bardzo się stara panować nad emocjami. Że uczy się tej trudnej sztuki każdego dnia. I że gorzkimi łzami i gorącymi „przepraszam” okupuje każdy taki wybuch.

 

Niesamodzielne?

To moje dziecko właśnie marudzi, że nie umie zapiąć kurtki. W przedszkolnej szatni domaga się, żebym zapięła mu rzepy u butów. Tak, to moje dziecko. Takie duże już, starszak przecież, a takie nagle nieporadne.

Uśmiechasz się pogardliwie i rzucasz coś o tym, że tylko maluszki nie potrafią się same ubierać. Że wstyd, żeby taki duży dzieciak nie umiał butów założyć. I jeszcze filozoficznie dodajesz, że trzeba dzieciom pozwolić na samodzielność, wymagać jej od nich, bo wyrosną na życiowe niedorajdy. I niemal pękasz z oburzenia, kiedy tego mojego pięciolatka biorę na ręce i wynoszę z przedszkola.

Nie wiesz wcale, że to taki nasz codzienny rytuał. Że to moje dziecko potrafi doskonale samo się ubrać, samo się umyć, samo się przygotować do wyjścia. Ale po kilku godzinach tęsknoty bardzo potrzebuje przytulenia, bliskości, opieki. I te pięć, dziesięć minut, kiedy może znowu być moim małym dzidziusiem, pozwala mu poradzić sobie z zazdrością o młodszą siostrę, która z mamą zostaje w domu.

Nie wiesz i tego, że dla mnie ta zabawa jest równie przyjemna jak dla niego. Że pozwala nam obojgu ładować akumulatory, być blisko, bliżej jeszcze. I przez chwilę tylko dla siebie w tym zabieganym świecie.

 

Moje dziecko

Widzisz to moje dziecko tylko przez chwilę. Widzisz je w chwili słabości, w trudnościach, w kłopotach. Kiedy pęka, kiedy wybucha, kiedy odbiega od tego, co w Twoich oczach jest ideałem grzeczności. Przez pryzmat migawek, okruchów, odprysków codzienności patrzysz swoim krytycznym wzrokiem, oceniasz, etykietujesz. I dziecko, i mnie.

To moje dziecko jest czasem uśmiechnięte, czasem rozpłakane. Czasem spokojne, czasem rozkrzyczane. Czasem współpracujące, czasem zbuntowane. Czasem ciche, czasem rozwrzeszczane. Czasem słodkie, czasem gorzkie. Ale zawsze jest kochane.

To moje dziecko zawsze zachowuje się najlepiej, jak w danej chwili potrafi. A ja naprawę zawsze staram się być najlepszą mamą.

I Twoje przewracanie oczami wcale nam nie pomaga.

 

Może Ci się też spodobać:

Fragment matki. Złej matki.

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj