Toksyczny związek. A my się na to godzimy?

with 4 komentarze

toksyczny związekWkurzam się. Chociaż jestem na ogół spokojnym człowiekiem, coraz częściej ciśnienie mi skacze, kiedy czytam takie historie. On mi nie pomaga przy (naszym!) dziecku. On uważa, że (nasz!) dom to tylko mój obowiązek. On mnie wyzywa. On nie daje mi pieniędzy na życie. On nic z nami nie robi, tylko siedzi przed telewizorem z piwem albo leci do kolegów. Wciąż od nowa, wciąż ten sam smutny refren. W XXI wieku, w nowoczesnym wydawało by się społeczeństwie żyjemy według jakichś smutnych, niesprawiedliwych schematów, w którym facet jest od pracy, a baba od garów i dzieci. I od tego, żeby siedziała cicho. Toksyczny związek to wcale nie wyjątek. Toksyczny związek to wcale nie – niestety! – rzadkość.

 

Ale na tym nie koniec. Wkurzam się jeszcze bardziej, kiedy czytam komentarze do takich historii. Kiedy czytam odpowiedzi młodych, sympatycznych, niegłupich dziewczyn, które reagują stereotypowymi „faceci tacy już są, trzeba to zaakceptować”.

Otóż nie. Nie wszyscy faceci tacy są. I nie, nie trzeba, a nawet nie można tego zaakceptować.

 

Są tacy faceci…

Piszę to z poczuciem absurdu, że takie rzeczy naprawdę nadal trzeba mówić, ale piszę, bo okazuje się, że nie dla każdego to jest jasne i oczywiste.

Są na tym świecie faceci, którzy czują się odpowiedzialni za swoją rodzinę w zakresie większym niż tylko rzucenie na stół pieniędzy na rachunki i jedzenie. Są na tym świecie faceci, którzy doceniają i szanują pracę swoich partnerek, bo dobrze wiedzą, że w domu z dziećmi robi się wiele, ale „siedzenie” w tym wiele rzadko się mieści. Są na tym świecie faceci, którzy w domu nie pomagają, bo nie są w nim gośćmi ani wolontariuszami, ale zwyczajnie wykonują swoją część obowiązków. Są, naprawdę są na tym świecie faceci, dla których zajmowanie się dziećmi to nie jest kara ani smutny obowiązek, a okazja do budowania więzi, do cieszenia się wspólnym odkrywaniem świata, do delektowania się smakiem rodzicielstwa.

To takich facetów warto szukać. Takich warto wpuszczać do swojego życia i z takimi budować przyszłość. Bez naiwnego zakładania, że on się zmieni po ślubie. Bez oglądanie się na innych, bez powielania jakichś chorych schematów, bez zagryzania zębów, bo „jakoś to będzie”, bo „wszyscy tak mają”, bo „każdy facet tak ma”. Mój nie ma. Twój też nie musi!

 

Ja wiem…

Ja wiem, że nie ma idealnego schematu związku. Ja wiem, że ludziom pasują różne układy i różne podziały ról. I bardzo dobrze, bo w końcu nie ma jednej recepty na sukces i o to chodzi, żeby każda para wypracowała sobie swoje kompromisy i swoje zasady. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy sytuacja pasuje tylko jednej stronie, a druga czuje się przytłoczona, zaniedbana, wykorzystywana, zaszczuta. Coraz bardziej zmęczona. Coraz głębiej nieszczęśliwa.

 

Wkurza mnie to i przeraża.

Widzę te dziewczyny, młode, sympatyczne, niegłupie przecież, które nie tylko tkwią w takich przetrąconych, toksycznych związkach, ale jeszcze wmawiają sobie i otoczeniu, że tak jest dobrze, że tak jest normalnie, że tak to po prostu funkcjonuje i nie ma się przeciw czemu buntować. I to nawet nie jest ich wina. Ktoś kiedyś wtłoczył im do głowy, że kobieta ma się poświęcać, ulegać, zagryzać zęby i akceptować świat taki, jaki jest, choćby poczucie niesprawiedliwości gryzło każdego dnia, a zmęczenie miało sprowadzić do parteru i zamienić w kupkę nieszczęścia.

Gdzieś w podświadomości zapisały im się te wszystkie historie babć i ciotek, które rodziły dziecko na kartoflisku, a potem dalej kopały ziemniaki. Którym mąż wyliczał każdą złotówkę, wygarniając od nierobów. leniów czy latawic. Które pijanego męża ściągały spod knajpy, nierzadko zbierając za to odpowiednią nagrodę w słowach i gestach, pakowały go do łóżka, a rano serwowały mu śniadanko, udając, że nic się nie stało. Bo przecież co ludzie powiedzą. Bo przecież rodzina najważniejsza. Bo przecież dzieci muszą mieć ojca. Choćby i byle jakiego. Choćby i zupełnie niezaangażowanego. Choćby i takiego, co czasem mamusi wyraźnie pokaże, gdzie jest jej miejsce.

 

Nie myślimy.

W jakiejś dzikiej, instynktownej może walce o związek, godzimy się na kompromisy, które już nawet kompromisami nie są. Rezygnujemy z wymagań, z oczekiwań, z próśb. Że o marzeniach już nawet nie wspomnę. W imię czego? Po co? Dlaczego? Czy naprawdę każdy związek warto ratować?

Boimy się być samotnymi matkami, mówią te smutne, choć przecież tak dzielne dziewczyny, nieświadome tego, że tak naprawdę już nimi są. Bo partner jest tylko na papierze. Bo z rzeczywistością trzeba zmagać się samemu. Bo jego obecność często codzienne bycie bardziej komplikuje niż upraszcza.

A błędne koło zamyka się i toczy się dalej. Niepowstrzymane, niepohamowane. Bo tkwiąc w toksycznych związkach, godząc się na wykorzystywanie i brak szacunku, a często nawet je usprawiedliwiając, pokazujemy naszym dzieciom, że taki układ jest akceptowalny, jest naturalny, jest normalny. Pokazujemy naszym synom, że mają prawo w ten sposób traktować swoje partnerki. Wpajamy naszym córkom, że taką sytuację pozostaje im tylko zaakceptować. I świat toczy się dalej. Pozornie coraz nowocześniejszy. Nader często przerażająco staroświecki.

 

Czy to już toksyczny związek?

Trzeba było wielu stuleci, żeby kobiety wyzwoliły się z roli pięknej ozdoby i bezwolnego dodatku do mężczyzny. Żeby zaczęły być traktowane poważnie. Żeby toksyczny związek to przestała być powszechnie akceptowana norma. Ale wiele, wiele jeszcze czasu upłynie, zanim takie myślenie stanie się oczywiste dla wszystkich.

My, rodzice, jak nikt inny mamy moc zmieniania świata. To my wpajamy naszym dzieciom podstawowe wartości, uczymy ich zasad, kształtujemy poglądy. Nie słowami, ale własnymi postawami, własnymi czynami, własnymi życiowymi wyborami. Więc może warto sobie zadać jedno proste pytanie i stawić czoła prostej, choć może bolesnej odpowiedzi.

Czy chciałabyś, żeby Twoja córka żyła kiedyś w takim związku, w jakim Ty żyjesz teraz?

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

4 Responses

  1. Strefa Koloru - Edyta Jabłońska
    | Odpowiedz

    Często dzieje się tak za zamkniętymi drzwiami, a kobiety nie wiedzą co mają robić, bo wydaje im się, że sytuacja jest bez wyjścia. Myślę, że w takich przypadkach może pomóc terapia.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Często chyba też nie myślą, że to jest coś nie normalnego, tylko zakładają, że tak zawsze było i wszyscy tak mają. I tu właśnie jest ta ogromną rola rodziców. Bo to my wpajamy naszym dzieciom pewne wzorce – jeśli są one chore, to jest spore ryzyko, że dziecko będzie je powielać…

  2. Mam to szczęście, że mam cudowny związek 🙂 Choć czasami pewne rzeczy też muszę tłumaczyć. Ale mój mąż słucha tego, co mam mu do powiedzenia i naprawdę się stara.
    Myślę, że wiele z tego, o czym piszesz, wynika z tego, jaki podział ról funkcjonował w poprzednich pokoleniach. Nasi mężowie i partnerzy wyrośli w domach, w których kobieta ogarniała wszystko. Czasem widać, że nie mają zakodowanej informacji, że mogliby coś zrobić w domu, bo nigdy tego od nich nie oczekiwano. Dlatego trzeba dużo rozmawiać.

    A co do tego, że “on się nie zmieni po ślubie” i “takich facetów warto szukać”… Uważam, że nie da się sprawdzić, przetestować mężczyzny przed ślubem. Nawet mieszkanie razem to nie jest pełny sprawdzian. Po ślubie zaczyna się nowa, wspólna rzeczywistość. Często okazuje się, że facet po ślubie jest inny, niż wydawało się przed ślubem. Nie sprawdzisz też, jaki będzie w roli ojca.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Jasne, że nie da się sprawdzić wszystkiego na 100%, ale jednak sporo można zobaczyć już przed ślubem. Tylko trzeba zdobyć się na dystans i realnie ocenić, na ile wady partnera są dla nas dyskwalifikujące, zamiast zakładać, że one znikną po ślubie. Wspólne mieszkanie, jeśli podchodzimy do niego dojrzale, a nie na zasadzie ‘mieszkamy razem, ale funkcjonujemy osobno’ dużo weryfikuje. Choćby właśnie podejście do obowiązków domowych czy finansów. I chociaż nie da się sprawdzić, jakim ojcem będzie mężczyzna, to jednak można zobaczyć, jak o dzieciach i wychowaniu mówi, jak reaguje na inne dzieci itd. Pewnie są faceci, którzy przed ślubem doskonale się maskują, a potem wychodzi dopiero ich prawdziwe oblicze, ale jednak większość kobiet, które wychodzą z toksycznych związków, przyznaje, że niepokojące sygnały były już wcześniej, tylko one je zlekceważyły lub mylnie interpretowały z jakiegoś powodu…

Skomentuj