Trudna adaptacja przedszkolna, czyli jak pomagam mojemu dziecku

with Brak komentarzy

trudna adaptacjaAdaptacja przedszkolna – przez cały wrzesień blogosfera parentingowa żyła tym tematem. Wrzesień się skończył, temat ucichł, przedszkolaki się zaadaptowały. A może nie? Jak rozglądam się dookoła, okazuje się, że są jednak dzieci, które wcale nie biegną do przedszkola z radością i wcale nie czują się w nim jak w domu. Trudna adaptacja to wcale nie jest rzadkie zjawisko. Jak więc pomóc takim dzieciakom?

 

Od razu powiedzmy sobie jedno – nie ma, naprawdę nie ma jednego sposobu, który na pewno pomoże wszystkim dzieciom. Bo dzieci, jak i dorośli, są bardzo różne. I także z tego powodu niewiarygodnie niezrozumiałe jest dla mnie oczekiwanie przez dorosłych, że wszystkie wskoczą w przedszkolną rzeczywistość w tym samym tempie i z tymi samymi emocjami.
Poza tym trudna adaptacja i niechęć dziecka do przedszkola mogą wynikać z krańcowo różnych powodów. Im dokładniej uda nam się je zidentyfikować, tym lepiej możemy dziecku pomóc i po inne narzędzia sięgnąć. [Warto też wziąć pod uwagę ewentualny brak gotowości dziecka do przedszkolnej przygody i zastanowić się nad innymi rozwiązaniami, ale to już temat na szerszą dyskusję –> Czy Twoje dziecko MUSI iść do przeszkola?]

Trudna adaptacja to nie jest dla mnie pusty slogan. Moje dziecko nie adaptuje się szybko i bezboleśnie. Moje dziecko potrzebuje czasu i pomocy, żeby w nowym świecie, nowej grupie, nowej sali się odnaleźć. Miałam wiec i mam okazję przetestować kilka sposobów na to, żeby mu pomóc. Jeśli Twój maluch nie wbiega do przedszkolnej szatni na skrzydłach radości, to może i u Was któryś się sprawdzi?

 

Masz prawo się…

Dla mnie to jest podstawa. Zaakceptowanie uczuć dziecka, nazwanie ich, przyznanie, że są normalne i nie ma powodu, żeby się ich wstydzić. Bo tak – wbrew temu, co się nam wmawia, wbrew ośmieszaniu i zawstydzaniu dzieci tymi wszystkimi „taki duży a płacze”, „nie bądź maluszkiem”, „zobacz, Kasia nie płacze, a ty taki mazgaj” – każde dziecko ma prawo do swoich emocji. Ma prawo się bać tego, że zostaje pod opieką wciąż jeszcze dla niego obcych pań. Ma prawo się niepokoić, że inne dzieci będą niemiłe. Ma prawo się smucić, że ulubiona koleżanka wczoraj szła w parze z kimś innym. Ma prawo tęsknić za mamą, za tatą, za siostrą. Po prostu – ma prawo czuć to, co czuje, a naszą rolą jest pokazanie mu, że go w tych emocjach akceptujemy i możemy wesprzeć.

Dla mojego dziecka to poczucie, że„mam prawo płakać”, „mogę się wysmucić”, jest bardzo ważne. Dodaje otuchy. I czasem już samo to, że czuje się zrozumiane, wystarczy, żeby łatwiej stawić czoła wyzwaniu.

PS. Pomocne okazują się też historie, w których to rodzice odczuwają/odczuwali podobne emocje, a które skończyły się happy endem (np. obawy przed pierwszym dniem w pracy, do której tata teraz bardzo lubi chodzić; niechęć do nowej nauczycielki o surowym głosie, która potem okazała się najlepszą ciocią na świecie itp.). Ważne jest jednak to, żeby te historie były prawdziwe, bo tylko wtedy będą naprawdę wiarygodne (zwłaszcza, że pewnie przyjdzie Wam je powtarzać wiele razy i prędzej czy później dziecko złapie Was na zmyślonych szczegółach…). Zresztą generalnie nie warto oszukiwać dzieci (dlaczego? poczytaj tutaj –> Małe kłamstewka, wielkie kłamstwa)

 

Nie karmić stracha!

Żeby oswoić strach można też go sobie nazwać i zwizualizować. Ulepić z modeliny, narysować albo wygrzebać z pudełka z zabawkami. Mówię serio. Niech to będzie Przedszkolozaur Plamisty, Straszaczek Dokuczaczek albo Warczysław Zębaty. Niech ma swoje ulubione kapcie, przysmak i zabawę. I niech ma swoją słabość, którą możecie wykorzystać, żeby go odstraszyć.
U nas w zeszłym roku panoszył się stwór, który bał się piosenki „Przedszkolaczek to jest zuch” i na jej dźwięk uciekał w panice. W tym roku z kolei wymyślamy codziennie nowe zwrotki autorskiej piosenki pod roboczym tytułem „Ał, ał, ał”, w której przedszkolaki przepędzają złośliwego stracha, który chce zakraść się do ich grupy i zepsuć im zabawę. Wartość artystyczna utworu pozostawia może sporo do życzenia, ale jego wyśpiewywanie na dwa głosy w drodze do przedszkola znacząco obniża napięcie. I przy okazji poprawia humor przechodniom…

Z kolei Straszaczek Dokuczaczek cieszy się, kiedy z jego powodu zrezygnujemy z przyjemności, a jego brzuszek robi się okrągły, kiedy nakarmimy go smutnymi myślami. Gdy więc już wyprzytulamy się i życzymy sobie miłego dnia, każdy nawrót złych myśli kwitujemy okrzykiem „nie karmić stracha, nie karmić stracha!” i szybko myślimy o tym, co fajnego, dobrego, miłego czeka nas w przedszkolu. Może i Wy nazwijcie swojego stracha?

 

Przedszkole na opak

Do odczarowywania przedszkola świetnie nadają się też zabawno-absurdalne rozmowy. Rozmówca (może to być lalka, ulubiona postać z bajki, wspomniany wyżej potwór lub, jak u nas, drzewo rosnące gdzieś przy drodze do przedszkola) opowiada niestworzone historie o przedszkolu, a dziecko je obala i prostuje. Np. „słyszałem, że w przedszkolu jest na obiad zupa z brudnych skarpetek, przedszkolaki cały dzień stoją na głowie, dzieci zawijają się w naleśniki i posypują czekoladą, ręce myje się w kałuży, rysuje się tylko szarymi kredkami, panie przedszkolanki turlają się zamiast chodzić” itd. Im śmieszniejsze i bardziej absurdalne pomysły przyjdą Wam do głowy, tym lepsza zabawa. A dziecko – informując rozmówcę, jak jest w rzeczywistości – ma okazję przypomnieć sobie wszystkie te fajne rzeczy, które w przedszkolu naprawdę się robi.

PS. Tylko ostrożnie z doborem argumentów, żebyście nie wywołali niepotrzebnych lęków albo nie trafili w jakieś absolutne negatywy, których nie da się obalić…

 

Posłuchaj… sam siebie!

Jeśli Wasze dziecko – jak moje – należy do tych, które do przedszkola idą niezbyt chętnie, ale za to wychodzą rozpromienione, to warto to wykorzystać. My przy jednej z okazji nagraliśmy filmik z naszym radośnie biegnącym przedszkolakiem, który opowiada, że było super, że chce chodzić do przedszkola, że nie trzeba się bać itd. Kiedy przychodzi chwila zwątpienia, przed wejściem do placówki odtwarzamy razem to nagranie i roześmiana dziewczynka z ekranu przypomina i często przekonuje zestresowaną dziewczynkę z rzeczywistości, że naprawdę nie ma się czego bać.

 

Zgnieć i zdmuchnij

Dzieci nie chcą chodzić do przedszkola z różnych powodów. Bardzo często mają bardzo konkretne obawy, które – choć irracjonalne, przepracowane i wielokrotnie już obalone – ciągle wracają jak bumerang, utrudniając przekroczenie progu sali. Nam pomaga symboliczne pozbycie się ich. Do otwartej dłoni rodzica wkładamy po kolei to, czego się dziś obawiamy – że pani może krzyczeć, że dzieci nie będą chciały się bawić, że będzie trzeba zjeść cały obiad. Potem pięść zamykamy i mocno ściskamy z pomocą dziecka, a takie rozgniecione strachy wspólnie zdmuchujemy (przy okazji uspokajając oddech!), żeby odleciały w siną dal i już bez nich wchodzimy do przedszkola.

 

Siła rytuałów

Wiele dzieci potrzebuje porządku i rytmu, bo te dają im poczucie bezpieczeństwa. Poranne rytuały mogą pomóc także we w miarę bezbolesnym dotarciu do przedszkola i rozstaniu się z mamą. Określona ilość przytulasków, odśpiewanie dodającej otuchy piosenki, przypomnienie planu dnia i godziny powrotu, policzenie do dziesięciu przed przekroczeniem progu, zatrzaśnięcie drzwi przed smutkami, które zostają na zewnątrz czy nawet śmieszne kroki (tyłem, bokiem, w podskokach) w drodze do przedszkolnej sali – wyobraźnia dzieci i rodziców jest nieograniczona.

I nie, nie chodzi o to, żeby coś wymuszać na dziecku czy sztucznie przyśpieszać, tylko żeby uporządkować początek dnia, stworzyć mini-harmonogram i wspólnie odhaczać na nim kolejne punkty. To pozwala uniknąć zapętlenia w błędnym kole „jeszcze tylko jeden buziak, jeszcze tylko chwilę, jeszcze raz mnie przytul” itd. Znajdźcie więc coś, co trafi właśnie do Was i spróbujcie zmienić trudny okres dnia w kolejną zabawę.

 

Daj mu czas

To może nie jest pokrzepiające, ani nie rozwiąże Waszych problemów jak magiczny pstryczek (i pewnie nie jest też zbyt popularne, skoro w tak wielu przedszkolach kultywuje się zasadę „wyjdź jak najszybciej” i „wypłacze się, to przestanie”), ale niektóre dzieci po prostu potrzebują więcej czasu. A nawet dużo więcej czasu. Żeby się oswoić z nową rzeczywistością. Żeby się odnaleźć. Żeby poczuć się pewniej. Można postarać się im pomóc, można je wspierać, ale nie da się magicznie przesunąć wskazówek zegara, żeby dojrzały tam, gdzie nie są na to gotowe.

Ja wiem, że nie zawsze się tak da, że praca, że obowiązki wzywają, ale nasza gotowość do poczekania na dziecko, do poświęcenia mu tego czasu, którego potrzebuje, do spędzenia w tej szatni dodatkowych trzydziestu minut a nawet i godziny, to dla dziecka ważny sygnał, że jest zrozumiane. Że jest akceptowane. Że jest najważniejsze.

To może żadna nowość, ale czasem warto sobie o niej przypomnieć: dzieci zwykle źle znoszą pośpiech i poganianie, dzieci doskonale czują nasze zniecierpliwienie i kumulujące się gdzieś pod powierzchnią skóry nerwy. I reagują nerwowością i złością, które sytuację jeszcze zaogniają i wszystko przedłużają. Może więc warto wstać te pół godziny, a może i 45 minut wcześniej, żeby zacząć dzień bez pośpiechu? Żeby nie musieć pędzić szaleńczo od samego rana? Albo żeby w przedszkolnej szatni dać sobie czas na dłuższe pożegnanie bez zerkania na zegarek i bez wypisanego na twarzy „przez Ciebie się spóźnię”?

 

Trudna adaptacja

Trudna adaptacja to dla wielu rodziców bardzo bolesny temat. Widząc, jak dzieciaki dookoła biegną do sali z uśmiechem, zaczynamy się zastanawiać, co jest nie tak z naszym dzieckiem (lub z nami?), że ciągle rozstania odbywają się w atmosferze dalekiej od spokoju i radości. Robi nam się głupio, robi nam się przykro, zaczynamy się zastanawiać, co pomyśli o nas woźna, nauczycielka, dyrektorka czy inni rodzice. Niepotrzebnie. Trudna adaptacja to nic niezwykłego i nic rzadkiego. Warto zastanowić się nad jej przyczynami, warto szukać rozwiązań (a czasem i profesjonalnego wsparcia), ale na pewno nie warto się jej wstydzić.

Pomyślałam, że podzielę się w Wami moimi sposobami, bo wiem, że wśród czytających mnie mam jest sporo takich, które na myśl o porannym wyjściu do przedszkola dostają dreszczy. Nie twierdzę, że te sposoby zadziałają jak magiczna różdżka. Moim zdaniem takich cudownych i uniwersalnych sposobów po prostu nie ma. To, co sprawdziło się u nas, niekoniecznie zadziała też u Was. Ale może warto spróbować? Może warto potraktować je jako punkt wyjścia i inspirację do własnego rozwiązania? Tak czy siak, trzymam za Was kciuki! Nie jesteście same!

A jeśli macie jakieś swoje sposoby na trudną adaptację, podzielcie się w komentarzach. Może pomożecie jakiejś mamie, która czuje się coraz bardziej zdesperowana.

 

Jeśli temat Cię interesuje, może zajrzysz także do tego wpisu:

Adaptacja w przedszkolu – 5 zdań, którymi nie pomożesz dziecku

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj