Wielka wyprawa do USA – Universal Studios i Rodeo Drive

with Brak komentarzy

USA Universal Studios HollywoodZatoczyliśmy koło. Po włóczędze drogami Kalifornii, Arizony czy Utah wróciliśmy do Los Angeles. Ostatni dzień w USA spędzamy w rozrywkowym stylu. Jest czas na szaleństwa w Universal Studios Hollywood i na nie mniejsze szaleństwa na Rodeo Drive w Beverly Hills.

 

Magiczne Universal Studios Hollywood

Większość ostatniego dnia w USA spędzamy w Universal Studios Hollywood, wielkim tematycznym parku rozrywki, który pozwala zajrzeć za kulisy przemysłu filmowego, a przy okazji świetnie się bawić. Kiedy myślimy o tego rodzaju atrakcjach, pojawia się czasem obawa natłoku kiczu, plastiku i podrzędnych atrakcji, które służą tylko wyciąganiu kasy od turystów (zwłaszcza, że bilety do tanich nie należą). Nie tutaj! Bo czego jak czego, ale rozmachu i jakości nie można temu miejscu odmówić!
Na dwóch poziomach parku przygotowano tu tyle atrakcji, że trudno się zdecydować od czego zacząć. My stawiamy na Studio Tour, czyli przejażdżkę po studiach i planach filmowych. I to jest strzał w dziesiątkę, bo rankiem kolejki do tej atrakcji są jeszcze niewielkie, podczas gdy po południu czekać trzeba czasem i dwie godziny, żeby zająć swoje miejsce w wagoniku.

Universal Studios Hollywood

 

To nie na moje nerwy!

Przejażdżka ma jeden cel – pozwolić widzom zajrzeć za kulisy ulubionych filmów i seriali, pokazać kilka sztuczek, sprawić, by poczuli się, jakby trafili w sam środek produkcji, które do tej pory widzieli na ekranach kinowych. Już sam dobór tytułów pozwala na niezłe dawkowanie emocji…
Jest więc Park Jurajski, gdzie dinozaury ożywają na naszych oczach. Jest nagła powódź w małym, spokojnym miasteczku. Jest stacja metra, która nagle zaczyna się walić niemal na nasze głowy. Jest ciemny tunel, który swoim wirowaniem przyprawia o zawrót głowy, podczas gdy po stopach wydają się przebiegać nam pająki. Jest miasto w ruinach i ogromny wrak rozbitego samolotu. I chociaż wiemy, że to tylko fikcja, to trudno powstrzymać emocje, bo jednak wszystko wydaje się takie realne…

Universal Studios Hollywood

Kiedy wjeżdżamy na teren małego, spokojnego meksykańskiego miasteczka, które nagle – z sekundy na sekundę – zalewa dzika rzeka niepokojąco zbliżająca się do naszego wagonika, widzę, że ktoś przepycha się w moim kierunku. To Krysiula – ta od nieprawdziwego helikoptera (klik) i nieprawdziwego wieloryba (klik) – która zajęła świetne miejsce widokowe z przodu, najwyraźniej ma już dość atrakcji.
– To nie na moje nerwy, Ewelinko. Sufity, pająki, zębiska, woda się leje, samoloty się rozbijają… I oczywiście wszystko wyskakuje po mojej stronie. Mokra jestem. Ja tu sobie lepiej obok Ciebie usiądę, spokojniej tu jakoś – obwieszcza i pakuje się na miejsce obok.
Jeszcze nie wie, bidulka, że za chwilę właśnie tuż obok nas wyskoczy wielki rekin ze “Szczęk”, wybuchnie pożar, a seryjny morderca i zombiaki złapią ją nieomal za połę płaszcza…

Universal Studios Hollywood

 

Czy oni nas kręcą?

Na koniec przejażdżki wjeżdżamy na plan serialu “Gotowe na wszystko”, który – jak się okazuje – wśród moich turystek ma wiele wielbicielek. W miarę jak jedziemy urokliwą Wisteria Lane i kolorowe domki, w których mieszkały główne bohaterki, słyszę coraz więcej entuzjastycznych okrzyków i widzę coraz intensywniejsze ruchy z przodu. Przesiadki rodem z dnia świra. A że z przodu, a że z boku, a że z prawej, a że z lewej. O co chodzi?
– Masz może grzebień? – zagaja Olka, która do niedawna siedziała trzy rzędy przede mną, ale jakimś cudem teraz jest tuż obok mnie.
– Grzebień? – upewniam się.
– No grzebień. Poczochrana jestem jak miotła. Jak to będzie na kamerach wyglądać?
– Na kamerach? Ale przecież to jest tylko plan.
– No plan, a co się robi na planie? Przecież teraz nagrywają nowy sezon. Zobacz, to jest nawet ten ogrodnik, co u Susan pracował. Na pewno tu kamery są gdzieś, trzeba być gotowym.
Już widzę, że jej nie przekonam. Poddaję się więc i wręczam jej grzebień. Niech się poczuje, jak gwiazda.

Universal Studios Hollywood

 

No i zobacz! Jestem mokra!

Po filmowej przejażdżce wyruszamy na podbój innych atrakcji. Na początku, jeszcze wszyscy razem, wsiadamy do wagonika, który obwiezie nas po świecie Parku Jurajskiego. Już na starcie uprzedzam, żeby ci, którzy nie chcą się zmoczyć, usiedli pośrodku, bo przejażdżka może być mokra. Grupa przyjmuje do wiadomości i zajmuje miejsca. Ruszamy.
Na początku jest sielsko. Tropikalna roślinność i ukryte pośród niej realistycznie wykonane dinozaury. Trzaskają migawki aparatów i rozbrzmiewają śmiechy. Potem atmosfera się zagęszcza – pojawiają się kości, połamane kraty, niepokojące dźwięki. W miarę jak wagonik pnie się w górę, coraz bardziej stromo, w głąb ciemnej jaskini, napięcie rośnie.

Universal Studios Hollywood

 

W końcu, kiedy jesteśmy na samym szczycie, pojawia się on – T-Rex i jego wielka paszcza otwiera się nad naszymi głowami. Krysia trzyma mnie kurczowo za rękę. Czuję, jak oddycha z ulgą, kiedy mijamy wielkiego gada. I wtedy wagonik opada gwałtownie w dół, żeby w ostrym zjeździe wyhamować na dole z wielkim pluskiem.
– O matko! Cała jestem mokra! – słyszę z przodu oburzony głos Ilonki, która w ostatniej chwili zdążyła schować aparat pod połę kurtki.
– Przecież uprzedzałam… – mówię tylko zdziwiona, żeby usłyszeć, że Ilonka nie sądziła, że to było na serio. Więc już na pewno na serio i na pewno poważnie dodaję, żeby ci, którzy wybiorą się na Wodny Świat zwrócili uwagę, na jakich miejscach zasiadają, bo część z nich jest oznaczona jako MOKRA strefa.

Universal Studios Hollywood

 

Kiedy żegnamy się z dinozaurami, grupa rozbiega się po parku w poszukiwaniu rozrywek na własną rękę. Jest ich tyle, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć wszystkiego razem. Przejażdżka w ciemnościach rodem z filmu “Mumia”, Shrek w wersji 4D, pokazy efektów specjalnych i cała gama innych atrakcji tylko czekają na chętnych. Kiedy w końcu spotykamy się na zbiórkę, wszyscy są absolutnie zachwyceni. I tylko Ilonka, z nosem na kwintę, ocieka wodą przemoczona do suchej nitki.
– Co się stało Ilonko? – pytam zaskoczona.
– Byłam na koniec na tym głupim Wodnym Świecie i wylali na mnie całe wiadro wody. Prosto w twarz!
– A nie usiadłaś przypadkiem w mokrej strefie?
– No tak. Bo była z przodu i najlepsze zdjęcia stamtąd wychodziły. Nie myślałam, że tam naprawdę będą lali wodą…

Universal Studios Hollywood

 

Pożegnanie Los Angeles

Na pożegnanie z Los Angeles wpadamy jeszcze z krótką wizytą na Rodeo Drive w Beverly Hills. Po hałaśliwym i zwariowanym parku rozrywki spacer szykowną, spokojną i dziwnie wyludnioną o tej porze ulicą robi szczególne wrażenie. Wokół znajome szyldy i eleganckie butiki. Luis Vuitton, Armani, Prada, Dolce&Gabbana, Lacoste, Tiffany… Nie trzeba nawet patrzeć na metki, żeby dostać zawrotu głowy.
– Czuję się trochę jak Julia Roberts w „Pretty Woman” – mówi Ilonka i rusza na podbój świata mody ze swoim aparatem na szyi i nie do końca suchym ubraniem.

Kiedy spotykamy się niecałą godzinę później, dzierży w ręku niewielką torebeczkę z logo jednego ze znanych domów mody. Oblężona przez pozostałe turystki chwali się oryginalną kolorową apaszką.
Dopiero w samolocie, kiedy los na dobre kilka godzin posadzi nas ramię w ramię, przyzna mi się, że zapłaciła za nią 120 USD.
– Wiesz, myślałam, że kosztuje 12 dolarów, bo coś mi się przecinek przesunął na cenie. I potem przy kasie głupio się było wycofać. A zresztą – przydało mi się coś na ukojenie nerwów po tych NIESPODZIEWANYCH kąpielach w Universal Studios.

Los Angeles Rodeo Drive

 

W drodze do domu

I w końcu ruszamy w drogę do domu. Po 24 dniach wspólnej włóczęgi, po wyprawie, która wiodła nas przez Nowy Jork i wielkie połacie zachodniego wybrzeża aż do Los Angeles, przychodzi czas na lot do Polski. Siedząca obok mnie Krysia gdzieś nerwowo wspomina wrak samolotu, który widzieliśmy w Universal Studios. Z drugiej strony Ilonka nadaje nieustanną relację o swoich podróżach, przygodach, zdjęciach i odkryciach. A mi przed oczami kotłują się obrazy. Majestatyczny Wielki Kanion, zachód słońca w Kanionie Antylopy, nowojorskie drapacze chmur strzelające wysoko w niebo, wieczorna kąpiel w ciepłym Lake Havasu, pomarańczowe łuki w Arches NP, emocjonujący spływ Kolorado… Takich momentów, takich miejsc się nie zapomina.

Gdzieś po drodze pojawiają się komplikacje. Po natłoku wrażeń trudno wejść w reżim zegarków, celników, paszportów i odpraw bezpieczeństwa. Ktoś gubi walizkę, ktoś na dziesięć minut przed końcem odprawy „na chwilę” znika w sklepie bezcłowym, kogoś innego wyciągam w toalety, żeby zdążył wejść na pokład samolotu przed zamknięciem drzwi. Ale w końcu jesteśmy. Na Balicach lądujemy w komplecie, z bagażem wspomnień i emocji, które buzują gdzieś w głowach i domagają się wylania, opowiedzenia, przekazania każdemu, kto zechce posłuchać.

Los Angeles

 

Ja też tak mam. Ze Stanów wracam z przeświadczeniem, że nie doceniałam tego kraju. Zaskoczona, oszołomiona jego różnorodnością, ogromem, pięknem. Rozmachem. Z przekonaniem, że – choćby nie wiem co – muszę tam wrócić. Bo tak wiele zostało jeszcze do odkrycia.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

Skomentuj