Wielka wyprawa do USA – odkrywając Big Sur

with 4 komentarze

Big Sur McWay Falls

Co może być fajniejsze niż Kalifornia i malownicze wybrzeże Pacyfiku? Więcej Kalifornii i malowniczego wybrzeża Pacyfiku! Big Sur to słowo klucz, które zamyka w sobie niesamowite widoki i nietypowe atrakcje turystyczne. W naszym wypadku atrakcji było nawet więcej, niż autor jakiegokolwiek przewodnika mógłby sobie wyobrazić. Bo to był jeden z takich dni, kiedy po raz kolejny przekonałam się, że w byciu pilotem wycieczek zawsze może Cię coś zaskoczyć…

 

Kiedy wyruszaliśmy z okolic Carmel w drogę na południe wszystko szło podejrzanie gładko. Kierowca wygrzebał się z łóżka po ledwie trzecim telefonie, na śniadanie dostaliśmy ekstra menu, a Kasia i Basia zażyły nawet porannej kąpieli w basenie, dzięki czemu atmosfera w autobusie znacznie się poprawia (chcesz wiedzieć czemu? Zajrzyj TUTAJ). Do tego wszystkiego od samego startu towarzyszyła nam pogoda idealna – piękne słońce, przejrzyste powietrze i lekka bryza od oceanu. To była tylko kwestia czasu, kiedy coś się posypie.

Big Sur

Big Sur czyli wielkie wow!

Jadąc na południe z Carmel, wkraczamy w rejon zwany Big Sur. 140 kilometrów linii brzegowej gdzieś na styku gór Santa Lucia z Oceanem Spokojnym to całe pasmo oszałamiających widoków, które chciałoby się podziwiać bez końca. Białe plaże, skaliste przepaście, tafla oceanu błyszcząca w promieniach słońca. Aż ręka sama sięga po aparat.

Jest coraz piękniej i, co ciekawe, coraz spokojniej. Bo chociaż Big Sur przyciąga zwykle rzesze turystów, to tym razem wokół nas jakoś wyjątkowo pusto i mało tłumnie. Bożenka biega z aparatem w amoku, przestawiając nas kolejno, żebyśmy nie zakłócali jej idealnego jak zawsze ujęcia, ale w sumie nikomu to już nawet nie przeszkadza. Może zobojętnieliśmy na jej dziwactwo, ale może – jak mówi Krysia – jest tak bombowo, że nic nie może tego zepsuć.

Big Sur McWay Falls

A może to bomba?

Gdzieś na trasie zatrzymujemy się nieopodal McWay Falls – malowniczego wodospadu, który jako jeden z dwóch tylko w Kalifornii wpada bezpośrednio do oceanu. Urokliwa, ukryta przed światem zatoczka. Błękitna woda, poszarpane skały i szum fal – czujemy się trochę jak na końcu świata. Tym bardziej, że oprócz nas nie ma tu absolutnie nikogo. Perfekcyjną panoramę zaburza jedynie jaskraworóżowa torba w słoniki leżąca na pobliskiej ławce. „Czyje to?” – pyta poirytowanym głosem nasza grupowa fotografka, unosząc torbę do góry. Wszyscy słyszymy ten podtekst pod hasłem „kto śmie zakłócać mi idealny kadr” i zaczynamy chyba trochę współczuć bidulkowi, który musi się za chwilę ujawnić. Ale chętnych nie ma.

Big Sur

Chwila konsultacji i okazuje się, że torba nie należy do nas. Ktoś najwyraźniej o niej zapomniał…
– Albo ją porzucił – sugeruje Basia.
– A może to bomba? – wtóruje jej Kasia.
Bożenka zamiera w bezruchu z nieszczęsną torbą w ręce. Zdrowy rozsądek walczy w niej z obawami, które nasze grupowe panikary zasiewały nam w głowach opowieściami o przestępcach, gangsterach i zamachach, co to w tej Ameryce co krok. Powoli, ostrożniutko odkłada torbę na ławkę i odskakuje z dzikim piskiem.

 

Panika i paranoja mają to do siebie, że bywają zaraźliwe, więc reaguję szybko, zanim wszystko rozkręci się w akcję pod hasłem „wszyscy zginiemy”. Ludzie, jaka bomba? Dajcie spokój. Serio wierzycie, że ktoś zaplanowałby zamach tutaj, w samym środku niczego? A jednak wierzą – kiedy sięgam po torbę, czuję jak grupa wstrzymuje oddech. Podnoszę, otwieram suwak i…

No i, kurde, nic. No bo co niby miało by być? Ktoś zgubił torbę.

Big Sur San Simeon

Na ratunek bobasowi

W okolicy i na parkingu nie ma żywego ducha. Nie widać też żadnych aut. Przekopujemy więc zwartość torby, żeby zidentyfikować właścicieli. Pierwszym, co rzuca się w oczy, są pieluchy. Potem dziecięce ubranka, grzechotka. I butelki z wodą i saszetkami mleka modyfikowanego. Trzy butelki. Wygląda na to, że jakiś dzidziuś jest teraz bardzo głodny… Dalsze poszukiwania doprowadzają nas do portfela, gdzie, poza garścią paragonów, kilkoma banknotami i kartą kredytową, znajdujemy też kartę ubezpieczenia z numerem telefonu na infolinię.

Kilkanaście minut później i po ledwie siedmiokrotnym przedstawieniu naszego problemu sytuacja niewiele się zmienia. Wprawdzie Wendy rozumie, a nawet podziela nasz ból, ale niestety nie może nam podać numeru telefonu do właścicieli karty. Ustalamy w końcu, że to ona do nich zadzwoni i skontaktuje ich z nami. Mijają ledwie minuty, kiedy telefon rozdzwania się nieznanym numerem. Zdenerwowany męski głos próbuje coś wyjaśnić, ale hałasy w tle znacznie utrudniają porozumienie. Sądząc po krzykach i płaczach pan – jak się okazuje nosi imię David – może się poszczycić albo całkiem liczną familią, albo bardzo, bardzo wkurzoną żoną…. W końcu udaje nam się ustalić, że roztrzepana rodzinka jest sporo przed nami, więc pozostaje jej zawrócić i spotkać się z nami gdzieś na trasie.

Big Sur

Absurd na absurdzie absurdem pogania

Umawiamy się na spotkanie na parkingu w pobliżu słynnego siedliska słoni morskich w okolicy San Simeon. David zapewnia, że okolicę zna doskonale, więc bez problemu nas odnajdzie, bo jest tuż tuż. Podziwiamy więc imponujące zwierzęta, czekając na telefon kontaktowy. I rzeczywiście David się odzywa, ale okazuje się, że czeka na nas w totalnie innym miejscu…

Ruszamy więc przed siebie, gdzieś za oknami migają nam pasące się w polu zebry. Tak, tak, dobrze czytacie, zebry! Jak się okazuje, ściągnął je tu magnat prasowy William Hearst, który w okolicy wybudował swoją posiadłość zwaną często Zaczarowanym Wzgórzem. Luksusowy i rozbudowany aż po granice absurdu kompleks był niczym małe samowystarczalne miasteczko, w którym poza ogromnym budynkiem głównym znalazło się miejsca na ogrody, baseny, korty tenisowe, kino, lotnisko oraz największe na świecie prywatne zoo…

Big Sur Madonna Inn

Ale to jeszcze nie koniec kalifornijskich dziwactw, bo przecież – z myślą o głodnym niemowlaku i jego zdesperowanych rodzicach – pędzimy dalej. Po słoniach morskich na plaży, zebrach i zamku na wzgórzu, trafiamy nagle do pseudo-Szwajcarii, bo w takim rzekomo stylu wybudowany jest słynny już Madonna Inn. Oryginalna forma i kiczowaty aż do bólu wystrój szybko sprawiły, że jeden z wielu przecież hosteli na trasie nad Pacyfikiem, zyskał sobie dużą popularność. Dziś przyciąga nie tylko rzesze klientów gotowych spędzić noc w jednym z pokoi o oryginalnych wystrojach i nazwach (Yahoo, Miłosne gniazdko, Irlandzkie wzgórza, Pokój Safari), ale też turystów, którzy zatrzymują się tutaj tylko po to, żeby zobaczyć barokowe dekoracje, ściany pokryte pluszem i złotem oraz… pisuar w formie wodospadu…

– Chyba już bardziej absurdalnie być nie może – mówi do mnie Krysia. Ale jest. Bo okazuje się, ze David – który przecież doskonale zna te okolice! – znowu czeka na nas w zupełnie innym miejscu…

Big Sur

Jesteś żonaty?

Ale w końcu nam się udaje. Rozbijamy się na jednej z ukrytych pośród skał plaż i na pikniku świętujemy urodziny jednej z naszych turystek. Jest szampan, truskawki, mini tort i kąpiele w Oceanie tak zimnym, że stopy wykręcają się automatycznie w drugą stronę.

Gdzieś w połowie naszego gromkiego „Sto lat” widzimy ich… Jest więc ona – drobna blondyneczka z zaciętym wyrazem twarzy. Są one – trzy urocze dziewczynki w wieku na oko cztery lata, dwa lata i sześć miesięcy, z których ta ostatnia obwieszcza przybycie gromkim płaczem. No i jest on – chłop na schwał, dwa metry wzrostu, długa broda i mina pod hasłem „ona ogarnia trójkę dzieci, a ja miałem się zająć TYLKO głupią torbą” łamaną przez „doskonale znam te okolice, ale mi coś nie wyszło”. Musiał się nieźle nasłuchać po drodze…

Podchodzą, witamy się. Szybkie czary mary i butelka z mlekiem magicznie ucisza płaczącego maluszka. Napięcie opada. Wymieniamy uśmiechy, żarty, uprzejmości.
Are you married? (jesteś żonaty?) – zagaja David do naszego kierowcy.
No (Nie) – odpowiada Steve, machinalnie dorzucając – And you? (A Ty?)
I am not sure anymore… (Teraz to już sam nie wiem) – wzdycha roztrzepany brodacz, zerkając z niepokojem na filigranową żonę, która – na szczęście – nagle uśmiecha się do niego z oczami pełnymi ulgi. Panowie wzdychają znacząco i gdzieś za plecami przybijają sobie piątkę. Udało się! Bobas ocalony. I małżeństwo chyba też.

 

 

Wieczorem meldujemy się w Santa Barbara. Długa, biała plaża zachęca do wyciągnięcia się na piasku w cieniu palm, ale słońce już chowa się za horyzontem. Plażowanie zostawiamy więc na jutro, chociaż hitem dnia na pewno będzie inna, znacznie większa atrakcja… Chcecie wiedzieć jaka? Zajrzyjcie tu za tydzień!

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

4 Responses

  1. Raczkiremontuja
    | Odpowiedz

    Super tekst, bardzo fajnie się czyta 🙂 i zdjęcia przepiękne:)

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 To są takie okolice, że zdjęcia prawie robią się same 🙂

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    Tak sobie myślę, że Donald (wódz z Ameryki) powinien przyznać Ci order za niesamowite propagowanie pięknej Ameryki. Bo jak wiemy, strona mniej piękna też jest ;P

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 Ja się rzeczywiście skupiam na tej pięknej. Zwłaszcza, że w Ameryce byłam w czasach przedTrumpowych.

Skomentuj