Wielka wyprawa do USA – Dolina Śmierci

with 17 komentarzy

Dolina Śmierci

Byłam jeszcze w podstawówce, kiedy przypadkiem trafiłam na powieść, której akcja częściowo toczyła się w Dolinie Śmierci. Fabuły nie pamiętam, pewnie to był jakiś niewysokich lotów kryminał, ale wyobrażenie jednego z najgorętszych miejsc na ziemi bardzo mocno zapisało mi się w głowie. Wiedziałam, że kiedyś muszę tam pojechać!

 

Kiedy zbliżasz się w lecie w okolice Doliny Śmierci, pojęcie gorąca nabiera nowego wymiaru. Wysiadasz z autokaru i czujesz, jakbyś wchodził do sauny tureckiej. Albo do pieca. Gorąco zapiera dech w piersiach, skóra nieomal parzy. A lekki powiew wiatru wcale nie przynosi ulgi. Bo przecież i wiatr może parzyć. I oto jedziemy. Po relaksie na basenach i w klimatyzowanych kasynach Las Vegas rzucamy wyzwanie przyrodzie i kierujemy się w stronę Doliny Śmierci. Ze świadomością, że jej nazwa nie wzięła się przecież znikąd.

Dolina Śmierci

Dolina Śmierci – podejście pierwsze

Jest środek lipca. Duży, ciężki autokar wtacza się w granice Death Valley bez większego wysiłku. W środku prawie pięćdziesiąt osób, które dla naszego biura przecierają amerykański szlak. Debiutujemy razem, a oni doskonale o tym wiedzą. Więcej nawet – bycie pionierami to dla nich dodatkowa atrakcja tej wycieczki, bo zawsze może zdarzyć się coś nieoczekiwanego, coś zaskakującego. I dla nich, i dla pilota.
Za kierownicą drobny, niepozorny kierowca, który może i dobrze radzi sobie z obsługą pojazdu, ale już orientacja w terenie i posługiwanie się nawigacją czy mapą to dla niego wiedza tajemna. Do tego stopnia, że do pomocy zabrał na tę wycieczkę nastoletnią córkę, która ma być jego oczami i uszami. I pewnie jest, gorzej, że mózg został chyba w domu, bo panna, która w założeniu powinna mieć trasę w małym paluszku, potrafi najwyżej wklepać adres hotelu w nawigację, a po drodze zaskakuje stwierdzeniami w stylu „do Wielkiego Kanionu nie da się dojechać, bo nie ma on kodu pocztowego”. I to wygłaszanymi zupełnie na poważnie…

Dolina Śmierci
Ale nic. Jedziemy. Jako że zabłądzenie w Dolinie Śmierci średnio nam się widzi, pilot uważnie pilnuje trasy. Wszystko idzie jak z płatka. Z głębi klimatyzowanego pojazdu turyści obserwują księżycowe niemal krajobrazy, dzikie pustkowia, skały, wzniesienia. Niby martwe, ale jednak kolorowe i dziwnie zachwycające.

Nagle huk, a wraz z hukiem potężne szarpnięcie i autokar tańczy na rozgrzanym asfalcie. Kierowca, który mógłby startować najwyżej w wadze koguciej, z całej siły walczy z kierownicą, żeby rozpędzony, ciężki pojazd nie wypadł z trasy i nie wylądował gdzieś w piasku i skałach. W środku martwa cisza. Mija kilkanaście, może kilkadziesiąt głuchych i pełnych napięcia sekund, zanim autokar zatrzyma się na poboczu i wszyscy zaczną znowu oddychać…

Jak się okazuje, rozgrzana w upale opona najzwyczajniej w świecie eksplodowała w czasie jazdy. I oto stoimy w środku niczego i myślimy co dalej. Na szczęście niedługo. Takie miejsca jak Dolina Śmierci mobilizują bezinteresowną życzliwość. Ktoś się zatrzymuje, ktoś wzywa szeryfa, ktoś oferuje pomoc. Wspólnym wysiłkiem pojazd udaje się naprawić i ruszyć w dalszą drogę. Ale respekt do tego niesamowitego miejsca pozostaje.

Dolina Śmierci

Dolina Śmierci – podejście drugie

Mija klika lat. Znów środek lipca. Nieco mniejszy autokar wyrusza w stronę Doliny Śmierci. Na pokładzie niespełna trzydzieści osób, za kierownicą nasz ukochany, przetestowany i sprawdzony kierowca. Ponad sto kilo żywej wagi, dwa razy tyle dobrego humoru i niekwestionowane umiejętności pod każdym względem.
Kiedy zatrzymujemy się na stacji benzynowej na ostatnie zakupy przed wjazdem do Doliny, upał jest porażający. Z klimatyzowanego wnętrza wchodzimy jak do piekarnika. Do pojazdu wszyscy wracają z zapasem wody. Na wszelki wypadek uzupełniamy też zapasy autokarowej lodówki. Bo nigdy nic nie wiadomo…

Już po wejściu do autokaru widzę, że Krysia siedzi coś dziwnie cicha i blada.
– Co tam Krysiu? Źle się czujesz?
– A nie, wszystko dobrze. Tylko czy my musimy jechać do tej śmierci? Mnie tam życie miłe…
– Ale, Krysiu, nie ma się czego bać przecież…
– Jak to nie ma? Przecież to się nazywa Dolina Śmierci!!! Jakbym ja o tym wcześniej wiedziała…
– No chyba wiedziałaś, Krysiu, bo było w programie – mówię spokojnie i staram się nie roześmiać, bo przypomina mi się, jak niedawno panikowała, kiedy helikopter okazał się PRAWDZIWYM helikopterem (czytaj TUTAJ). – Dolina Śmierci ma złą sławę, ale wszystko będzie dobrze. Mamy dobry autobus, dobrego kierowcę. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
– A ja to się na wszelki wypadek pomodlę – odpowiada,więc zostawiam ją w spokoju. Przecież kilka zdrowasiek na pewno nam nie zaszkodzi.

Dolina Śmierci
Ruszamy dalej, a im bliżej jesteśmy, tym bardziej temperatura rośnie. Dosłownie i w przenośni. W końcu zatrzymuje nas szlaban na drodze i uśmiechnięty szeryf informuje, że mamy 46 stopni. W cieniu. A to oznacza, że wjazd do Doliny Śmierci jest zamknięty ze względów bezpieczeństwa… Z pewnymi obawami komunikuję to grupie, bo wiem, że będą rozczarowani. Sama zresztą jestem. „Wiedziałam, że moje modlitwy przyniosą rezultaty!” – rozbrzmiewa radosny okrzyk Krysi, który mocno odbiega od nastroju reszty grupy. Kurczę, gdybym wiedziała, że zamiast o przetrwanie modli się o zamknięcie doliny, to bym jakoś odwróciła jej uwagę.

Ale cóż, jako pilot szybko się uczysz, że pewne rzeczy są od nas naprawdę niezależne. Na szczęście grupa wykazuje się dużym zrozumieniem, w czym pewnie pomaga mundur i poważny głos szeryfa. Na pocieszenie jedziemy wzdłuż granic Doliny, żeby uchwycić chociaż trochę jej klimatu. A ja sobie obiecuję, że kiedyś tu wrócę.

Dolina Śmierci

Dolina Śmierci – podejście trzecie

Mija kilka lat. Autokar z niespełna trzydziestoosobową grupą wjeżdża do Doliny Śmierci. Za kierownicą ten sam, sprawdzony i przetestowany kierowca. Jest wrzesień i, choć gorąco, temperatury pozwalają na przejazd przez pustynne tereny. Grupa świadoma różnych perypetii poprzedników cieszy się, że udało się wjechać.
Bezkresne krajobrazy, wydmy, pustynia po horyzont. Postój w Furnace Creek – oazie położonej 58 metrów poniżej poziomu morza. W czasie przyjemnego pikniku aż trudno uwierzyć, że to właśnie tutaj w 1913 roku odnotowano najwyższą temperaturę w historii Ameryki Północnej – 56,7°C. Dalej Badwater Basin, czyli najniżej położony punkt kontynentu (86 m poniżej poziomu morza). Gdzieś wysoko na skałach tabliczka “sea level”, która wyznacza poziom morza i unaocznia jak nisko jesteśmy. Wszystko idzie jak z płatka. Do czasu.

Dolina Śmierci
Po zatankowaniu autobusu wyruszamy w dalszą drogę. Mija ledwie kilka minut, kiedy na dosyć stromym podjeździe silnik zaczyna się gwałtownie dławić. „O shit, this is bad, this is bad” – mamrocze Steve pod nosem, wpatrując się w jakieś migające kontrolki, i widać po jego minie, że sprawa rzeczywiście jest gówniana. Jakimś cudem udaje nam się doturlać do niewielkiej zatoczki na poboczu. Aby cud był jeszcze większy, stoimy tak, że skaliste zbocze rzuca cień na nasz autokar, a w dodatku zrywa się delikatny, orzeźwiający wietrzyk. Turyści – na zaproszenie pilota – wychodzą z dusznego autokaru i rozsiadają się na ocienionych skałkach, kontemplując panoramę.

Tymczasem kierowcy i pilotowi nie jest do śmiechu. Usterka nie pozwala jechać dalej, a kilka prób jej rozwiązania nie przynosi rezultatu. Co robić? Sprawę rozwiązuje w końcu odkręcenie baku, z którego z głośnym sykiem wylatuje powietrze. Okazuje się, że zgromadzone po tankowaniu opary wyłączyły silnik, a ich wypuszczenie sprawiło, że pojazd cudownie się naprawił. Grupa wsiada – nastroje szampańskie, śmiechy, żarty, ożywione rozmowy.
– Co wam tak wesoło, moi drodzy? – pyta pilot, który spodziewał się jeśli nie spazmów, to choć lekkiego niepokoju.
– No przecież wiemy, że nas wkręcacie ze Stevem, żeby podkręcić andrenalinę. Najpierw opowiadacie o pękających oponach i innych akcjach, a potem dziwnym trafem nasz autobus się psuje. I to w idealnym miejscu na postój. Nie z nami takie numery – tłumaczą z pewnymi siebie minami i nic ich nie przekona, że nie mają racji. Ale może to i lepiej.

Death Valley

 

W nas respekt do Doliny Śmierci na pewno pozostaje. Ale wiemy, że na pewno kiedyś tam wrócimy, bo to jedno z najbardziej niezwykłych, dziwnych i zaskakujących miejsc na całej trasie amerykańskiej wyprawy.
A Wy chcielibyście się tam wybrać?

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

17 Responses

  1. RoMaO
    | Odpowiedz

    Dolina Śmierci ma taką sławę, że niedawno zapytał mnie o nią mój 5-letni syn 🙂 Muszę mu pokazać zdjęcia i opowiedzieć o pękniętej oponie 🙂 Bardzo fajny materiał, czyta się jak rozdział książki super przygodowej 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 Ale pięciolatek zainteresowany Doliną Śmierci to jakiś znak. Musisz go tam zabrać 🙂

  2. Przyroda jest naprawdę niebywała. Te zdjęcia robią tak ogromne wrażenie. Nie ma nic piękniejszego niż nieujarzmiony żywioł

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Masz rację – Dolina robi chyba a dlatego takie ogromne wrażenie, bo pozostaje dzika i jednak niebezpieczna 🙂

  3. malewojaze.pl
    | Odpowiedz

    Ciekawa historia z tą oponą… A 46 stopni aż sobie ciężko wyobrazić! Zdjęcia są fantastyczne, kiedyś też się tam planujemy wybrać 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Te 46 stopni naprawdę mocno się czuło 🙂 do dziś pamiętam to zderzenie że ścianą gorąca przy wyjściu z autokaru

  4. Wow, ale mieliście przygody, ja bym jednak trochę panikowała jakby mi się zatrzymał w środku tego gorącego pustkowia silnik.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Paradoks jest taki, że awaria tam naprawdę budzi natychmiastową reakcję otoczenia – nikt nie przejeżdża obojętny, od razu szeryf, pomoc. Nie wiem, czy to my mieliśmy takie szczęście, czy generalnie tak jest, ale to działa uspokajająco.

  5. Gosia
    | Odpowiedz

    Popieram Romao – swietnie się czyta Twoje opowieści 😊
    Takie przygody nadają się na książkę 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 Będę intensywnie myśleć 🙂

  6. “Do Wielkiego Kanionu nie da się dojechać, bo nie ma on kodu pocztowego” ahahaha a to się uśmiałam 😉
    Byłam w tym roku w Dolinie Śmierci. Magiczne i przerażające miejsce w jednym. Zobaczenie tej suchej krainy, która ma średnio dobrą reputację było moim marzeniem. Obawiałam się tylko, że silnik się przegrzeje albo opona strzeli. Na szczęście nic takiego się nie stało, a my zwiedziliśmy ją w miarę spokojnie, podziwiając widoki.
    Chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić. Może jak będzie trochę zimniej 😉
    Tobie też życzę kolejnego powrotu do Doliny Śmierci.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Niby to śmieszne, ale jak słyszysz takie słowa od swojego lokalnego przewodnika, to zaczynasz się lekko stresować 😉
      Właśnie też myślę o powrocie do Doliny Śmierci w trochę chłodniejszym okresie. Tylko się zastanawiam, czy wtedy też jest tak klimatycznie…

  7. Retromoderna
    | Odpowiedz

    Bardzo ciekawa wyprawa. Świetne zdjęcia. Może będzie mi dane kiedyś się tam wybrać.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Na pewno warto 🙂 choćby ze względu na adrenalinę 😉

  8. Maria L.
    | Odpowiedz

    Zatęskniłam za urlopem 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      A wiesz, że ja też? Zwłaszcza że tak szaro-buro za oknem. A gdzie byś się najchętniej wybrała?

  9. Po prostu MAMA
    | Odpowiedz

    Zawsze chciałam tam pojechać! Może kiedyś się uda…

Skomentuj