Wielka Wyprawa do USA – eksplorując Arizonę

with 13 komentarzy

Lake Havasu

Czyli jak odkryliśmy kawałek Anglii w samym środku amerykańskiego pustkowia.

 

Pożegnawszy się z San Diego i Tijuaną, wyruszamy w dalszą drogę w nieznane, tymczasem porzucając także Californię. Po idyllicznych nieco, słoneczno-plażowych klimatach, wkraczamy w bardziej dzikie, pustynne rejony, gdzie droga zaczyna ciągnąć się aż po pusty horyzont, a asfalt paruje od gorąca. Dookoła skaliste zbocza, z których gdzieniegdzie unosi się kurz albo staczają pojedyncze kamienie. Sceneria jak z horroru i chyba trochę zaczynam żałować, że niedługo przed wyjazdem brat namówił mnie na oglądanie “Wzgórza mają oczy”. Bo te wzgórza wyglądają dokładnie tak…

arizona

15:10 do Yumy

Kiedy docieramy do Yumy, powietrze wokół wydaje się parować. Siedząc w klimatyzowanym autokarze jeszcze nie wiemy, że za chwilę poczujemy się jak w piekarniku. Wysiadamy i bach… Uderzenie gorąca aż cofa pierwszych odważnych, ale po chwili wszyscy prażymy się w promieniach słońca jak bekon na patelni. Yuma Territorial Prison – głosi napis na tablicy, a my możemy sobie tylko wyobrazić, jaką katorgą musiało być odbywanie kary w tym więzieniu.

Yuma

Ruszamy. Proste budynki, mocne, metalowe kraty, wszechobecna cisza robią na nas duże wrażenie. I to słońce! Nic dziwnego, że to sami więźniowie musieli stopniowo budować ten przybytek – smażąc się w 40 stopniach, jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby budowlanki tutaj ktokolwiek mógł podjąć się dobrowolnie. “Pocę się na samą myśl, że oni musieli pracować” – żartuje mój kierowca, a ja czuję dokładnie to samo. Chociaż przewodnik ciekawie opowiada o samym więzieniu, który rozsławił także kultowy już western “15:10 do Yumy”, turyści bardzo szybko rezygnują ze spaceru po dziedzińcu i kryją się w części muzealnej. Nie wiem, czy bardziej przyciągają ich tam tablice z czarno-białymi zdjęciami i sporą dawką historii, czy raczej rozkręcony na full klimatyzator. Zakładam, że wszyscy stoją w zasięgu jego wentylatora przez zupełny przypadek.

Yuma więzienie

Indiańska integracja

Późnym popołudniem docieramy do urokliwego miasteczka Lake Havasu. Bryza od jeziora sprawia, że upał przestaje być tak doskwierający. Godzina na odświeżenie się i lądujemy na plaży, gdzie – zgodnie z umową – organizujemy sobie integracyjną imprezę. A ponieważ jesteśmy na indiańskich terenach, impreza musi pasować do klimatu. Napędzona jakąś szaloną wewnętrzną energią grupa stawia się w wyznaczonym miejscu w zaimprowizowanych indiańskich strojach. Inwencja twórcza okazuje się nieograniczona – pomalowane twarze, wielobarwne chusty, pióropusze ze znalezionych nie wiadomo gdzie piór, traw, papieru a nawet plastikowych widelców i blistrów tabletek. Nasz grupowy szaman kolejno nadaje wycieczkowiczom indiańskie imiona, które grupa wymyśliła dla każdego z uczestników wyprawy. Nie trzeba wiele, żeby rozpoczęły się kąpiele w świetle księżyca (a woda w jeziorze jest ciepła jak w wannie!) oraz tańce wokół ogniska, które wprawdzie nie istnieje, ale komu by przeszkadzał taki szczegół. Kilka toastów i już Wzlatujący Kondor integruje się z Sokolim Okiem, Pędząca z Flachą polewa Drepczącej za Fikołem, a Niosąca Aparat wyciąga na piaszczysty parkiet Zagubionego na Lotnisku. Po tej imprezie już wszyscy w grupie będą na “ty”!

Lake Havasu

W końcu wracamy do hotelu, ale poimprezowy nastrój nie nakłania do spania. Po prysznicu, z mokrymi włosami uświadamiam sobie, że Krysia nie oddała mi mojej suszarki, więc wychodzę, tylko na minutkę, żeby ją odzyskać. Na parkingu spotykam najmłodszego w grupie (poza mną…) turystę – Piotrka. Zamieniamy kilka zdań i okazuje się, że i on woli raczej ruszyć w miasto niż spać. “Wysuszę tylko włosy i możemy lecieć” – mówię mu, a on patrzy na mnie zdziwiony. “Przecież masz suche” – odpowiada i okazuje się, że ma rację. Gorący wiatr, który wywiewa z miasta całodzienny upał, w ciągu zaledwie kilka minut spisał się lepiej od suszarki… Nie tracąc czasu, ruszamy przed siebie i po dłuższym spacerze trafiamy do baru w iście amerykańskim stylu. Bilardowe stoły, motocykliści w skórzanych kamizelkach, muzyka z szafy grającej i zblazowany barman, który wygląda jednocześnie jak psycholog i seryjny morderca. Zasiadamy za barem, zamawiamy piwo i… Okazuje się, że barman jest jednak bardzo przywiązany do lokalnego prawa i prosi nas o dokumenty, podczas gdy ja w kieszeni mam tylko trochę plażowego piasku i klucz do hotelowego pokoju. W końcu wyszłam tylko po suszarkę… Rezygnuję więc z piwa i zamawiam wodę mineralną, ale i na tym nie koniec. Okazuje się, że alkoholu nie może zamówić także Piotrek, mimo że akurat on swoje dokumenty ma… No ale mógłby przecież poczęstować mnie. I nieważne, że obiecamy nie robić takich numerów. Nieważne, że siedzimy przy barze, gdzie barman ma nas na oku. Prawo to prawo i nie ma dyskusji. I tak oto siedzimy w barze, który wygląda trochę jak mordownia, a trochę jak speluna przemytników, gramy w bilard i jako jedyni w całym lokalu sączymy napój bezalkoholowy… A najlepsze jest to, że taki widok nikogo tutaj nie dziwi!

Lake Havasu

Londyn?!?

Poranek następnego dnia przynosi niespodziankę. Po krótkiej przejażdżce wysiadamy w samym centrum Lake Havasu tylko po to, żeby zobaczyć… London Bridge. I zanim posądzicie nas o zwidy, przypominam, że piliśmy wczoraj tylko wodę mineralną! Wyobraźcie to sobie. Arizona. Środek pustkowia. Czterdzieści stopni na termometrze i nagle wita cię znak “city of London” i najprawdziwszy Londyński Most. A wszystko to sprawka Roberta McCullocha, amerykańskiego biznesmena, który majątek zrobił między innymi na sprzedaży pił mechanicznych. Pewnego dnia wpadł na pomysł, że założy w środku niczego miasto – Lake Havasu, i uczyni z niego prężnie działający ośrodek. Aby uatrakcyjnić swoją miejscówkę, kupił od władz Londynu za grube miliony most i przeniósł go znad Tamizy na rzekę Kolorado. Żeby zachęcić ludzi do odwiedzin ufundował nawet darmowe loty samolotami! I chociaż brzmi to może absurdalnie, jego działania okazały się na tyle skuteczne, że dzisiaj Lake Havasu cieszy się dużą sympatią Amerykanów, szczególnie studentów, którzy lubią tu przyjeżdżać na wakacyjne imprezy. Co jak co, ale fantazji McCullochowi nie można odmówić! Ani iście amerykańskiego rozmachu!

 

 

Chociaż chciałoby się doczekać do siedemnastej i wypić tutaj herbatkę w brytyjskim stylu, jeszcze przed południem żegnamy amerykański Londyn i ruszamy w dalszą drogę. Przed nami słynna Route 66 i Wielki Kanion Kolorado!

 

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

13 Responses

  1. Piękne miejsce, fajne zdjęcia. U nas w NI są również piękne miejsca, przypominające te z różnych zakątków świata.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To jest zawsze śmieszne wrażenie, jak w środku jakiegoś kraju odkrywasz element zupełnie nie z tej bajki 🙂

  2. Połącz Kropki
    | Odpowiedz

    Dopiero co wróciłam ze Stanów, a jak marzy mi się kolejna wycieczka w te strony;)
    Polecacie Lake Havasu?:>

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Polecam 🙂 Choćby dla kąpieli w ciepłym jeziorze o zachodzie słońca;-)

  3. Mayka.ok
    | Odpowiedz

    Bardzo fajny tekst, dobrze się czyta, no i jeszcze te zdjęcia 😀 Faktycznie film “Wzgórza mają oczy” nie jest zbyt dobrym wyborem przed takim wyjazdem 😀

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Teraz już to wiem 😉 ale wtedy miałam ciarki!

  4. Kasia
    | Odpowiedz

    Cudowna wyprawa! Marzy mi się trip z zachodu na wschód przez Stany. Może na przyszły rok 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ja zaliczyłam zachodnie wybrzeże i NY. Marzy mi się jeszcze północ i środek USA 🙂

  5. Monika
    | Odpowiedz

    Piekne miejsce <3

  6. Artur
    | Odpowiedz

    Podróż moich marzeń zaczyna sie i kończy na terenie USA 🙂 Dziękuję za piękne zdjęcia i świetny opis!

  7. Justyna
    | Odpowiedz

    O rany ! Wczytując się w tę historię poczułam jakbym sama tam była. Podróże to niesamowite wspomnienia, pięknie je utrwalasz 🙂

  8. Zazdroszczę tej podróży.
    Wiele bym dała by taki zachód słońca oglądać codziennie 😀

Skomentuj