Wielka wyprawa do USA – gryząc Wielkie Jabłko

with 10 komentarzy

NY Rockefeller Centre

Pobudka wczesnym rankiem, to nie problem, kiedy czeka cię eksploracja jednego z najbardziej ekscytujących miast świata. Szybki prysznic, szybkie śniadanie w amerykańskim stylu – zapach bekonu, jajek i świeżej kawy stawia na nogi wszystkich, nawet tych, którzy przez jet lag nie przespali większości nocy. Choć jesteśmy tu chwilę, już czujemy się jak w domu, ale – czego nie wiemy – dopiero za chwilę wrażenie to nasili się jeszcze bardziej…

 

Welcome in America! Welcome home!

Wsiadamy do piętrowego autobusu, zajmujemy górną platformę, zostawiając parter reszcie turystów, do czego zachęcają przebijające przez chmury promienie słońca. Zaczynamy – a jakże by inaczej – od Times Square widzianego tym razem w pełni dnia [o Times Square nocą i nie tylko poczytasz TUTAJ], ale nie mniej fascynującego niż w nocy. Uśmiechnięty przewodnik snuje swoją opowieść o amerykańskiej metropolii. Słysząc, jak półgłosem przekładamy jego słowa na polski, uśmiecha się szeroko i wypala „Witajcie, Polaki!”. Otwieramy szeroko oczy.

Nowy Jork Times Square

Krótka wymiana zdań i okazuje się, że Jason zakochany jest w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem polskich kobiet. Za jedną z nich zresztą trafił nawet kiedyś do naszego kraju! I choć jego znajomość polskiego ogranicza się do zdania, którym nas powitał, atmosfera staje się bardzo sympatyczna, a on sam uprzejmie robi pauzy co kilka zdań, żeby pozwolić nam na bezstresowe tłumaczenie. Mija ledwo kilka minut, kiedy z dolnej platformy zaczynają nas dobiegać niespokojne, jakby nieco oburzone głosy. Ups… chyba komuś nie podoba się takie rozwiązanie sprawy.

I rzeczywiście, po chwili schodkami na górę wbiega starsza pani, celuje w nas oskarżycielsko palcem i pyta… najczystszą polszczyzną… “a czemu pani mówi po polsku nie do mikrofonu?” Okazuje się, że dolne piętro autobusu okupuje grupa polonusów, którzy – mimo że angielski przecież znają – chętnie posłuchają ojczystego języka! I choć jesteśmy w sercu Ameryki, odkrywamy Nowy Jork w doborowym polskim towarzystwie. Kiedy dojeżdżamy do naszego przystanku, wysiadamy z ociąganiem. Ale warto – w końcu czeka nas Empire State Building.

 

Na szczycie Wielkiego Jabłka

Są takie momenty w życiu pilota, kiedy zastanawiasz się, czy wybór tego zawodu był na pewno dobrym pomysłem. Czy presja nie jest jednak zbyt duża? Czy turyści nie zlinczują cię za coś, na co totalnie nie masz wpływu? Dzieje się tak na przykład, kiedy – po niemal półtorej godziny wśród tłumu w kolejkach, windach, schodach i jeszcze raz windach a potem znów w kolejkach – wychodzisz w końcu na szczyt Empire State Building, stajesz dokładnie w tym miejscu gdzie w finałowej scenie “Bezsenności w Seattle” Tom Hanks w końcu spotyka Meg Ryan i widzisz taki widok…

Nowy Jork z ESB

 

 

Średnio co? Okazuje się, że autobus w polskim klimacie tak bardzo nas wciągnął, że zupełnie nie zauważyliśmy, jak piękne poranne słońce ustępuje miejsca grubej warstwie chmur i mgły. I oto stoimy, jak te sieroty, na najsłynniejszym bodaj tarasie widokowym Nowego Jorku i widzimy… hmmm… powiedzmy, że niewiele. I w tej chwili odzywa się jedna z moich turystek – “Aaaaaleeeee tu pięknie! Jakbyśmy pływali w oceanie mleka”. I przy tej wersji pozostańmy.

 

Brak widoczności może być jednak w pewnych sytuacjach zbawienny. Bo tego rodzaju punkty widokowe to dla pilotów niezły sprawdzian. Tak było w przypadku innej naszej grupy, która ze szczytu Empire State Building zobaczyła to:

Nowy Jork panorama

 

I teraz wyobraźcie sobie: genialny widok, przejrzyste powietrze, które pozwala dostrzec wiele, bardzo wiele szczegółów i… dobre kilkaset, jeśli nie więcej budynków. A najbardziej ciekawski turysta w grupie zapyta na pewno nie o te kilkanaście, o których ze szczegółami opowiedziałeś, ale o ten, którego akurat zupełnie nie znasz, bo nie opisują go ani lokalne przewodniki, ani szczegółowe panoramy. “No wie pani, ten tam, daleko, za tamtym z cegły, z takim zielonym dachem i obok niego jest ten taki z czarnym… To co to jest?”

I w tym momencie masz kilka wyjść:

– możesz powiedzieć “nie mam zielonego pojęcia, patrz pan lepiej w drugą stronę”, ale średnio wypada;

– możesz powiedzieć, “niestety nie wiem, ale postaram się dowiedzieć”, po czym rzeczywiście starasz się dowiedzieć, albo liczysz na to, że turysta zapomni (to akurat błąd amatora – nie licz na to! przypomni sobie w najmniej właściwym momencie i zadzwoni do ciebie o 3 nad ranem z pytaniem, czy się dowiedziałeś – true story!)

– możesz też – jak poradziła mi doświadczona pilotka – wybrnąć z przymrużeniem oka, wykrzykując ze zdziwieniem “o matko! a kto mi to tutaj wybudował? ostatnio tu tego nie było!”, co w przypadku średniowiecznego zamku zabrzmi pewnie absurdalnie, ale akurat w Nowym Jorku wcale nie musi być nieprawdziwe…

 

Nowojorski wyścig

Ale wróćmy do naszej grupy. Nieco rozczarowani nie do końca idealną – powiedzmy – panoramą Nowego Jorku postanawiamy bardziej zagłębić się w Wielkie Jabłko. Kolejne przecznice, kolejne zakątki miasta, kolejne znajome z telewizji i przyprawione wszechobecnymi uśmiechami widoki dodają nam animuszu. Szczególnie dużo zaczepek prowokuje nasz Fikoł – superprofesjonalny znak rozpoznawszy w postaci dwóch radosnych słoneczek na kiju od miotły, który genialnie odróżnia się od tradycyjnie stosowanych przez przewodników parasolek. Maskotka budzi tyle zainteresowania, że para Japończyków oferuje gotowość jej zakupu za pięć, dziesięć, dwadzieścia, w końcu nawet pięćdziesiąt dolarów. Ale nie ma tak dobrze – nie wszystko jest na sprzedaż, a na pewno nie Fikoł, który na wycieczki z biurem jeździ w zasadzie od jego powstania.

Zachęcona chyba właśnie Fikołem podchodzi do nas także pewna uśmiechnięta Rosjanka, która pyta, czy znamy może najprostszą drogę na nadbrzeże, skąd odpływają rejsy widokowe. Okazuje się, że planujemy płynąć tym samym statkiem, więc proponujemy, żeby poszli razem z nami. I wyruszamy. Nie mija kilka minut, kiedy okazuje się, że naszych nowych znajomych nie interesuje wspólny spacer a wyścig. Czujnie zerkając przez ramię coraz bardziej przyśpieszają, żeby zwiększyć nad nami przewagę. Jakby chcieli mieć pewność, że nie zajmiemy na statku ich miejsc. A ponieważ my idziemy raczej nieśpiesznym krokiem, niedługo potem nikną nam z oczu gdzieś na horyzoncie.

W końcu docieramy do miejsca, gdzie roboty drogowe utrudniają przejście. Wchodzimy w wyłożony foliami, nieco klaustrofobiczny tunel i nagle z prawej strony pojawiają się… nasi Rosjanie, którzy tym faktem są chyba tak samo wzburzeni, jak my zaskoczeni. Okazuje się, że tunel ten, który ma chronić przechodniów przed remontowym pyłem sypiącym się na głowy, w pewnym momencie rozdziela się na dwie odnogi – wybierając drogę w prawo nasi przyjaciele obeszli dookoła cały kwartał i wrócili do punktu wyjścia. Tym sposobem ich pracowicie wypracowana przewaga wyzerowała się, a oni sami wydają się tym faktem niepocieszeni. Noga za nogą, już bez większych ucieczek, docieramy do nabrzeża i wsiadamy na statek. Miejsca wystarcza dla wszystkich. Bo wiecie, i to w tym wszystkim jest najlepsze, i oni, i my mieliśmy z góry zarezerwowane bilety…

Nowy Jork z Hudson

W końcu wypływamy – Statua Wolności wita nas uniesioną dłonią, Elis Island fascynuje niesamowitą historią 12 milionów emigrantów, dla których była wrotami do wymarzonego raju, panorama Manhattanu od strony rzeki Hudson w cudownym słońcu – bo tak, jak na ironię pogoda zrobiła się wspaniała! – na zawsze wtapia się w nasze głowy.

Statua Wolności

A to przecież nie koniec tego dnia! Jest jeszcze niesamowite Rockefeller Center, kompleks drapaczy chmur, od których dostać można zawrotu głowy. Jest Rockefeller Plaza, który w zimie zamienia się w lodowisko i gdzie w grudniu staje może najbardziej rozpoznawalna choinka na świecie (oglądaliście kiedyś “Kevin sam w Nowym Jorku”? Takie pytanie retoryczne, biorąc pod uwagę świąteczna ramówkę w polskiej TV. To właśnie w tym miejscu mama odnajduje Kevina). Jest cała seria mniej i bardziej znanych, mniej i bardziej magicznych miejsc, które oglądamy, podziwiamy, chłoniemy wszystkimi zmysłami.

NY sunset

To jest MÓJ autobus

Aż w końcu zaczyna zapadać zmierzch i przychodzi czas na wieczorny objazd miasta. Wracamy na przystanek piętrowych autobusów z nadzieją, że spotkamy znów Jasona, z którym tak pięknie zaczęliśmy ten dzień. Ale to by było zbyt piękne. Dla zachowania równowagi dostajemy w pakiecie przewodnika, którego imienia dziś nie pamiętam, bo podejrzewam, że mój mózg wyparł je dla mojego własnego zdrowia psychicznego… I wyobraźcie sobie teraz: pełny autobus, super night tour, niesamowite miasto i… jeden błazen, który robi wszystko, żeby to doświadczenie zepsuć. Już na wstępie deklaruje, że nie będzie nas zanudzał tymi sztywniackimi tekstami, które opowiadają wszyscy inni przewodnicy. Bo daty, cyfry, historia to nudy. On chce nam pokazać Nowy Jork żywy, Nowy Jork w anegdocie – twierdzi, co brzmi nawet ciekawie do momentu, kiedy okazuje się, że anegdoty są jednym długim strumieniem świadomości, w którym najczęściej pojawia się słowo „JA”. Nie dowiemy się zatem, jak nazywają się mijane budynki, kiedy zbudowano Most Brookliński czy jak rozwija się dziś miasto, ale za to poznamy ze szczegółami losy naszego przewodnika od siedmiu boleści, włącznie z faktem, że JEGO pierwsza dziewczyna mieszkała w Harlemie a JEGO ulubiona pizzeria zbankrutowała jakiś czas temu przez turystów, którzy nie doceniają dobrej kuchni i kupują syf… Także ten…

Niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Próby dogadania się z przewodnikiem nie dają efektu, biuro, w którym pracuje jest już zamknięte i nikt nie odbiera telefonów, kierowca wzrusza bezradnie ramionami i wznosi oczy do góry („pewnego dnia zostawię go gdzieś w środku trasy” – powie mi potem, zdradzając, że kierowcy co rano losują zapałki, żeby znaleźć nieszczęśnika, który ma jeździć z tym głupkiem). Cóż robić – po kilku minutach tego bełkotu pozostaje nam przejąć sprawy we własne ręce. Skupiamy się w końcowej części autobusu i sami sobie zapewniamy dawkę przewodnickiej wiedzy na odpowiednim poziomie.

Po pierwszym przystanku na żądanie znaczna część naszych współtowarzyszy niedoli nie wraca już na pokład autobusu, ale showmanowi nie daje to jakoś do myślenia. Siedzi na dole na swoim fotelu i nawija jak szalony, nie reagując nawet na prośby o przyciszenie głośników. W końcu jakiś miły Amerykanin podchodzi do głośnika i bez krępacji, ostentacyjnie wyciąga z niego kabelek. Zapada upragniona cisza. A po chwili ten sam miły pan podchodzi do nas i mówi – a nie, tym razem już nie po polsku, bąbelki moje! – „widzę, że opowiada tu pani coś ciekawego. Może pani tłumaczyć też na angielski? Chętnie posłuchamy z przyjaciółmi” No pewnie, że mogę, zapewniam, a nasi nowi towarzysze obiecują, że następnego dnia złożą skargę na naszego „ulubieńca”.

 

Najważniejszym bodaj momentem przejażdżki jest przystanek w punkcie widokowym, z którego roztacza się widok na skyline – piękną panoramę miasta, gąszcz wieżowców na tle nieba w promieniach zachodzącego słońca. Po całym dniu zwiedzania, trudów, przygód, czasem mniej, czasem bardziej pozytywnych, przychodzi taki magiczny czas, kiedy stoimy w tym jednym miejscu, tu i teraz, a cała reszta się nie liczy. Chłoniemy tę chwilę, chłoniemy tę atmosferę ze świadomością, że to jeden z tych momentów, których się nie zapomina. Wracamy do hotelu późno w nocy, padamy na twarz a jednocześnie unosimy się nad ziemią. I nic się nie liczy – ani tamta mgła, ani obolałe nogi, ani zmęczenie, ani nawet tamten błazen. To miasto nigdy nie śpi – mawiają i mają rację. Nam też nie daje spać, ale to akurat jest jego kolejna zaleta.

NY skyline

NY by night

 

 

A jeśli chcecie się dowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy naszej grupy na amerykańskiej ziemi, odkrywać z nami Nowy Jork i Zachodnie Wybrzeże, poznać bliżej panią Krysię o złotym sercu, szaloną reporterkę Ilonkę, Jadzię o Kamiennej Twarzy i kilka innych fascynujących postaci, to zaglądajcie tutaj w każdy czwartek, bo najbliższe tygodnie odbędą się pod hasłem „God bless America”.

10 Responses

  1. lairalr
    | Odpowiedz

    Marze o tym by sie tam wybrac zazdroszcze ci 😀

  2. Iwona
    | Odpowiedz

    Fajna wycieczka 🙂 Jakoś nigdy nie marzyłam o tym, żeby odwiedzić NY, choć teraz widzę, że to całkiem ciekawe miasto i na zdjęciach robi spore wrażenie.

  3. paulina
    | Odpowiedz

    Zazdroszczę bo Stany to moje wielkie marzenie. Powoli zaczynamy odkładać jakieś pieniądze bo chcemy wybrać się na dłuższą objazdówkę

  4. Monika
    | Odpowiedz

    Super widoki, mnie ciagnie Floryda 😉

  5. Kasia - Dziecięce Inspiracje
    | Odpowiedz

    Podróż do Stanów jest moim marzeniem od lat. Pierwsze co chciałabym zobaczyć to sklep z zabawkami z Kevin’a 🙂
    Cudne zdjęcia, świetny post!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Ja też bym chciała zobaczyć ten sklep 😀 Może następnym razem się uda!

  6. Marta
    | Odpowiedz

    Mimo, że generalnie moje podróżnicze upodobania celują w bardziej dzikie zakątki świata – NYC jest miejscem, do którego zdecydowanie chciałabym dnia któregoś zajrzeć. I przez Ciebie właśnie ogarniam wniosek o wizę! 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Nowy Jork to zawsze może być pośredni etap podróży w dzicz. Choćby na Alaskę 🙂

  7. Jull Krajewska
    | Odpowiedz

    Oj tak! Marzenie , które mam zamiar w końcu spełnić 🙂

Skomentuj