Wielka wyprawa do USA – kierunek Hollywood

with 13 komentarzy

Los Angeles Pilot

Stało się. Chociaż w Nowym Jorku było nam tak dobrze, trzeba było w końcu pożegnać się nie tylko z tym miastem, ale i z całym wschodnim wybrzeżem. Do słonecznej Kalifornii lecieliśmy z dużymi oczekiwaniami. Palmy, plaże, imprezy, sławy czające się na każdym rogu. No i nigdy nie wiesz, czy jakiś reżyser nie zobaczy w Tobie gwiazdy swojego najnowszego filmu… Ale najpierw trzeba było wydostać się z Wielkiego Jabłka, a to okazało się trudniejsze, niż moglibyście przypuszczać…

 

Wylot, czyli łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić

Pamiętacie Romka? Ja pamiętam doskonale. Znając jego talent organizacyjny i generalne nieogarnięcie życiowe, wieczorem przed wylotem pukam do jego pokoju, żeby przypomnieć, że następnego dnia lecimy samolotem i potrzebny będzie bilet i paszport. Po ręką. W zasadzie to pukam z takim przypomnieniem do wszystkich, bo turyści generalnie mają różne pomysły, ale do Romka pukam DWUKROTNIE z tą samą informacją. Tak na wszelki wypadek. Następnego ranka, zbierając grupę w hotelowym lobby, upewniam się po raz kolejny. „Czy mają państwo bilety i paszporty?” – pytam. „Mamy” – słyszę chóralną odpowiedź i naiwnie zakładam, że wszystko będzie dobrze.
Ja to się chyba nigdy nie nauczę…
Przyjeżdżamy na lotnisko, podchodzimy do stanowiska, pomagam się odprawić kolejnym osobom, które jak jakiś refren powtarzają „poproszę dowolne miejsce z dala od siostrzyczek” [o Basi i Kasi poczytacie TUTAJ], aż w końcu przychodzi kolej Romka. Uśmiechnięta pani prosi o bilet i paszport. Uśmiechnięty Romek odpowiada „mam”. I stoi. Zachowując powagę, staram się mu wytłumaczyć, że pani nie uwierzy mu na słowo i musi je jednak pokazać.
– Ale jak to? To mam je wyciągnąć? – wykrzykuje Romek, wzbudzając zainteresowanie stojącego nieopodal strażnika.
– Przecież mówiłam, że trzeba mieć bilet i paszport pod ręką.
– No to mam, w bagażu podręcznym – wyjaśnia i z westchnieniem zaczyna wybebeszać walizkę.
Otwiera kłódeczkę, otwiera jeden zamek, otwiera drugi zamek i… naszym oczom ukazuje się zapas polskiej kiełbasy, którym można by wykarmić całą grupę przez najbliższe dwa dni. Jedna kiełbasa, druga kiełbasa, trzecia kiełbasa, skarpetki na zmianę, czwarta kiełbasa, aparat fotograficzny, antyperspirant, piąta kiełbasa… I to wszystko na lotnisku w USA, gdzie do kwestii przewożenia żywności podchodzi się mocno rygorystycznie… Oczy ochrony i pani z odprawy robią się coraz większe. Szósta kiełbasa, siódma kiełbasa. Od samego patrzenia robię się spocona, a ten ryje jak szalony, bo oczywiście papiery – dla bezpieczeństwa – ukrył na samym dnie walizki. A jakże… W końcu się dokopuje, wręcza dokumenty miłej pani, której uśmiech w międzyczasie zmienił się w bardzo dziwny grymas.
Zaczynam tłumaczyć Romeczkowi, że – jak mówiliśmy tyle razy – przewożenie kiełbasy nie jest tu mile widziane. Przerażony przyciska do piersi swoją krakowską czy żywiecką, a miła pani już wie, że czeka ją tutaj straszny bój. W końcu macha ręką. Na twarzy ma wypisane zrozumienie dla mojej sytuacji – widzę w jej oczach błysk pod hasłem „baw się z nim dobrze przez najbliższe dni”. Tell him to put it ALL in the main luggage and do it quick [powiedz mu, żeby schował to WSZYSTKO do głównego bagażu, tylko szybko] – lituje się w końcu nad kiełbasiarzem i nade mną. Romek błyskawicznie przerzuca swoje zapasy do wielkiej walizy, która za chwilę powędruje do luku samolotu. Czekam tylko, aż pomacha jej chusteczką na pożegnanie. I nagle zaczynam rozumieć, co miała na myśli jego żona, kiedy na Okęciu zapytałam ją, dlaczego z nami nie leci. „Muszę od niego trochę odpocząć” – odpowiedziała. Wtedy wydawało mi się, że to niezły żart.

USA Los Angeles Hollywood Boulevard

Wylot, czyli… czy to się w końcu uda?

Po romkowych perypetiach udaje nam się przejść przez odprawę i dotrzeć do kontroli bezpieczeństwa. Wszystko idzie jak z płatka. Nikt nie ma nożyczek, młotka, dziesięciolitrowej wody na zapas ani nawet maczety. Jeden po drugim przemykamy przez bramkę, która nawet nie piknie. Aż w końcu na ostatniej prostej staje Hania. Rezolutna babeczka pod sześćdziesiątkę, która do Ameryki przyleciała z mężem w coś na kształt – jak sama mówi – spóźnionej o trzydzieści lat podróży poślubnej. Rzeczywiście przez cały niemal czas gruchają jak gołąbeczki, trzymają się za ręce, przytulają. Aż miło popatrzeć. Ale nasi zakochani wpadają w oko podejrzliwej pani z ochrony, która – sądząc z poziomu zadowolenia i życzliwości wypisanego na twarzy – w podróż poślubną pojechała bardzo dawno temu. I to sama. Choć nie mamy zielonego pojęcia dlaczego, nasza Hanulka zostaje wytypowana do kontroli specjalnej. I czekamy. Czekamy. Czekamy.
Wyobraźcie to sobie dokładnie. Gwar lotniska, ruch, rwetes, przewijające się dookoła tłumy. Na środku szklana kabina o wymiarach i kształcie budki telefonicznej. W jej wnętrzu nasza Hania, cała przerażona. A u jej stóp, po drugiej stronie przeźroczystej ścianki, jej wierny Juleczek. Dłonie stykają się przez szklaną taflę. Normalnie melodramat level master.
Czas płynie i nic się nie dzieje. Pani, która uwięziła naszą koleżankę, a przy okazji skutecznie uziemiła całą grupę, jak gdyby nigdy nic wróciła do skanowania kolejnych osób i tylko od czasu do czasu rzuca nam groźne spojrzenia. Próby dialogu niewiele dają, bo milusińska zwyczajnie nie reaguje. Wytaczam więc działa specjalne i udaje się. Rozmowa z szefem ochrony i zagrożenie ściągnięciem na lotnisko konsula zmienia rozkład sił i pozwala nam uwolnić Hanię.
Z wywieszonymi jęzorami lecimy na samolot, żeby zameldować się na pokładzie chyba jako ostatni pasażerowie. Z niepokojem patrzę, jak bidulka zniosła swoją przygodę. “Ale adrenalina, Ewelinko! Jakbym znowu miała dwadzieścia lat!”- szczerzy się od ucha do ucha. Oddycham z ulgą. Cieszę się, że humory dopisują, bo niektórzy w podobnej sytuacji już zalewaliby się łzami. “Trzeba będzie jakoś spożytkować tę energię. Wieczorem…” – dodaje uśmiechając się ponownie, ale ten uśmiech już nie jest przeznaczony dla mnie.

Los Angeles Hollywood

 

Zamienisz się ze mną?

Uwielbiam latać, wiecie? Niewiele rzeczy relaksuje mnie tak, jak loty samolotem. Cisza, spokój, czas na zaległe lektury i filmy, jedzenie podane pod nos, miłe stewardessy. W dodatku na tym wewnętrznym przelocie nie muszę się martwić żadnymi formularzami imigracyjnymi czy innymi formalnościami. Zatapiam się w fotelu i zamykam oczy. Ale drzemka nie jest mi pisana.
– Ewelinka, zamienisz się ze mną na miejsce? – słyszę głos jednej z turystek.
– A może ze mną się zamień? – dwa rzędy za mną odzywa się kolejny głos.
– Ja bym też nie odmówiła… – dołącza się trzeci.
Ki diabeł? – myślę. Przecież pilnowałam, żeby nikt obok siostrzyczek nie siedział. Czyżby strefa roznoszenia… hmm… zapachu była szersza, niż założyliśmy? No bo przecież moje miejsce to nie żaden VIP. Przy skrzydle, więc przez okno niewiele widać. Zresztą siedzę od przejścia, więc tym bardziej widoki żadne. W końcu pytam wprost:
– Ale o co chodzi, dziewczyny? Coś nie tak z waszymi miejscami? Sąsiedztwo wam nie odpowiada?
– Bardziej by nam odpowiadało TWOJE sąsiedztwo – odpowiadają, sugestywnie patrząc wszystkie w jeden punkt. Obracam się w lewo i widzę… kurde… no widzę chyba najprzystojniejszego faceta, jakiego widziałam w życiu. Taki młody Kevin Costner połączony z Bradem Pittem czy innym dowolnie przez was wybranym ciachem. Zamieniamy kilka zdań, mój sąsiad okazuje się bardzo miły.
– Chętnie bym się z wami zamieniła, ale nie wiem, z którą – mówię do dziewczyn. – No i od razu uprzedzam, że on mówi tylko po angielsku.
– A nieeeee…. To my sobie tylko na niego popatrzymy – decydują w końcu. Dorosłe baby, średnia wieku około 55. I tak sobie patrzą. Regularnie, przez cały lot krążą przejściem w tę i z powrotem, zwalniając na wysokości mojego fotela, albo przychodzą do mnie z wielce ważnymi pytaniami, które nie cierpią zwłoki. A potem nawet nie słuchają odpowiedzi. Zresztą i tak by ich nie usłyszały przez to swoje wzdychanie.
I tak oto mój plan regenerującej drzemki w podróży spalił na panewce przez jakieś ciacho.

Los Angeles Santa Monica plaża

 

Los Angeles welcome to!

Wreszcie docieramy. Lądujemy na drugim końcu kontynentu, w zupełnie innym świecie. Gorąca Kalifornia wita nas promieniami słońca, palmami i buziami uśmiechniętymi od ucha do ucha. Choć jest późne popołudnie, spontanicznie wskakujemy w wielki niebieski autobus, który zatrzymuje się nieopodal naszego hotelu i docieramy do Santa Monica. Jeśli wydaje wam się, że ta nazwa nic wam nie mówi, to zapewniam, że się mylicie. Oglądaliście kiedyś Słoneczny Patrol? (pytanie retoryczne chyba) To się dzieje właśnie tam!

Szeroka, piaszczysta plaża. Szumiące fale z białymi grzywami. Charakterystyczne drewniane budki ratowników. I oni, ci właśnie ratownicy, pomykający wzdłuż brzegu ze swoimi ratunkowymi deskami. No i biegną. Rzeczywiście biegną. Jak w serialu!
– Dla takiego ratownika, to nawet bym się mogła zacząć topić – słyszę za plecami szept i, choć stoję tyłem, widzę, naprawdę widzę, jak cała ekipa wielbicielek samolotowego Kevina Constnera kiwa potwierdzająco głowami… I nie mam najmniejszych wątpliwości, o czym śnią, kiedy wracamy na noc do naszego Sheratona.

Santa Monica plaża

Kolejny dzień to intensywne odkrywanie miasta o wielu obliczach. Są oczywiście najbardziej znane punkty Los Angeles – dzielnica Beverly Hills, napis Hollywood, Kodak Theatre, gdzie odbywa się co roku ceremonia rozdania Oskarów, słynny bulwar Hollywood naznaczony gwiazdami sław kina i telewizji. Wiedzieliście, że nawet Godzilla ma swoją gwiazdę? I że każdy może sobie kupić i wręczyć plastikowego Oskara z dedykowaną plakietką – dla najlepszego syna, córki, kochanka, brata, gazeciarza a nawet dentysty? Jeśli myślicie, że tylko ja wygłaszałam już w myślach podziękowanie za to wyjątkowe odznaczenie, to bardzo się mylicie. Ja przynajmniej ograniczyłam się do robienia tego w swojej głowie. Nasza hipiska Elka była o wiele bardziej wylewna i głośna. Ale – urok Ameryki! – na nikim nie zrobiło większego wrażenia to, że w zaimprowizowanej ceremonii na środku chodnika sama sobie wręcza Oskara dla najlepszej matki.

Los Angeles

Są też punkty trochę może mniej medialne, ale równie mocno zakorzenione w klimacie Los Angeles. Jest sportowo-widowiskowa hala Staples Center, gdzie już teraz kłębią się tłumy, choć uroczystości pogrzebowe Michaela Jacksona odbędą się dopiero za kilka dni. Jest urokliwa Olvera Street ze sklepikami wypełnionymi lokalnym rękodziełem – kolorowe maski, ręcznie robiona biżuteria, ozdoby, gadżety, czaszki do postawienia na kominku. Jednym słowem wszystko, czego turystyczna dusza może zapragnąć.

Olvera StreetOlvera Street Los Angeles

Na koniec zwiedzania zostawiamy sobie coś, co czeka na koniec nas wszystkich. Cmentarz.
Żeby nie było, cmentarz jest nie byle jaki. Jeden z najstarszych cmentarzy w Los Angeles, Hollywood Forever Cementery (kiedyś Hollywood Memorial Park) to miejsce spoczynku ludzi związanych ze światem filmu i rozrywki – aktorów, piosenkarzy, scenarzystów, producentów czy reżyserów. Po intensywnie spędzonym dniu spacer w tym cichym, spokojnym i urokliwym zakątku przynosi wytchnienie. Skłania do zadumy. Nazwiska wielkich niegdyś gwiazd dziś często niewiele nam mówią. Ostatnie kroki przed opuszczeniem miasta kierujemy pod kryptę Rudolfa Valentino, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać…

I tak żegnamy się z Los Angeles, nieśpiesznym krokiem zmierzamy na miejsce zbiórki, bo przed nami już dalsze wyzwania. Grupa robi sobie jeszcze przerwę na toaletę, a ja podchodzę do naszego dziwnie coś smutnego kierowcy.
– Co tam, Steve? Jedziemy do San Diego?- zagajam.
– Sorry to say, babe, but it`s not gonna happen. He`s dead [Przykro mi to mówić, dziecinko, ale nie ma szans. On nie żyje.] – słyszę w odpowiedzi.
Niby rozumiem każde słowo, ale totalnie nic nie kumam. Jak to nie jedziemy? Kto nie żyje? I dlaczego mój kierowca wygląda, jakby właśnie dotknęła go osobista tragedia.
– Co się dzieje, Seteve? – próbuję zrozumieć.
– Wiesz, jak jest. Jeśli coś ma się spieprzyć, to na pewno spieprzy się w San Diego – odpowiada, sugestywnie unosząc brwi.

A ja – niestety! – mogę tylko pokiwać ze zrozumieniem głową.

Ale o tym, to co się spieprzyło w San Diego, kto umarł i czy w ogóle udało nam się tam dotrzeć, opowiem w przyszły czwartek. Trzymajcie się!

 

Jeśli w oczekiwaniu na rozwiązanie zagadki San Diego zatęsknicie za USA, zajrzyjcie do poprzednich części pilockiej relacji z Wielkiej wyprawy do USA – część 1, część 2 i część 3.

 

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

 

13 Responses

  1. Wysmakowame
    | Odpowiedz

    Super! Z ciekawością przeczytałam bo za niespełna miesiąc zaczynamy nasz USA ross trip. Dzięki za wprowadzenie w amerykański klimat 🙂

  2. Świat Toli
    | Odpowiedz

    Fantastyczne zdjęcia, super przygoda.

  3. Madame Malonka
    | Odpowiedz

    Po tej lekturze nasuwa mi się pytanie, czy ten cały Romek, kochające małżeństwo ze spóźnioną podróżą poślubną, Elka i ciacho w samolocie to prawda? Czytałam z uśmiechem do samego końca 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Sama prawda i tylko prawda. Tylko imiona zmienione, żeby ktoś z turystów mi się nie obraził 🙂

      • No to Fru
        | Odpowiedz

        Właśnie nad tym się zastanawiałam, czy biedaczyska wiedzą w ogóle, że ktoś o nich napisał w Internetach 😉

        • Ewelina
          | Odpowiedz

          Większość pewnie nie 🙂 ale imiona zmieniam i tak, żeby zachować anonimowość. Chociaż raz do mnie napisała turystka, o której było w jednym z wpisów, i powiedziała, że się uśmiała sama z siebie, więc chyba nie jest źle 😉

  4. Magda M. blog
    | Odpowiedz

    Ale Ci zazdroszczę! Podróż po USA to moje wielkie marzenie!

  5. Stany jakoś nigdy nie były na mojej liście marzeń, ale mimo to z chęcią przeczytałam ten wpis 🙂 Czekam na następną część – ciekawość mnie męczy, o co chodzi z tym San Diego 😀

  6. Dorota
    | Odpowiedz

    Siostrzyczki wszystkim dały w kość, a i Romeczek z kiełbasą żywiecką rozśmieszył mnie do łez:) Fajna przygoda, nawet jeżeli na waszej drodze stanęły przeszkody, to fajnie powspominać 🙂 No i lubię opowiadania, więc czekam na kolejną część 🙂

  7. Aleksandra Załęska
    | Odpowiedz

    Podróż do Hollywood to.musi być piękna bajkowa przygoda. Mamy rodzinę w USA, mam nadzieję że w niedługim czasie uda nam się do nich pojechać😀

Skomentuj