Wielka wyprawa do USA – NY, miasto, które pochłania

with 8 komentarzy

United Nations NY

Nowy Jork wciąga. Możesz chcieć się od niego uwolnić, możesz chcieć się z niego wyrwać, ale jeśli raz Cię oczaruje, oplecie niewidzialnymi nitkami swojej magii, to wydostać się z niego będzie bardzo trudno. Mieliśmy dziś lecieć do Los Angeles, mieliśmy zacząć odkrywać zachodnie wybrzeże USA, ale cóż… Musicie mi wybaczyć, bo to naprawdę dzieje się niezależnie od mnie!

 

To znowu On!

Odkrywania Wielkiego Jabłka ciąg dalszy. Meldujemy się na przystanku w ostatniej chwili – autobus podjeżdża, wsiadamy i… nie wierzymy własnym oczom. Bo oto obok uśmiechniętego kierowcy, który wita nas radosnym “how are you?”, siedzi równie radosny… ON. Nasz koszmar! Nasz wspaniały inaczej przewodnik z dnia poprzedniego, który tak usilnie próbował zepsuć nam spotkanie z Nowym Jorkiem (poczytaj TUTAJ). Na nasz widok uśmiech znika mu z twarzy, dowcipkowanie ustaje. Ruszamy więc w trasę, mijamy te wszystkie znane miejsca, które widzieliśmy do tej pory tylko w telewizji, a on… Naprawdę o nich opowiada! Nie o sobie, nie o swoich znajomkach, nie o swoich wspomnieniach sprzed lat. Mówi naprawdę o Nowym Jorku i okazuje się, że potrafi o nim mówić ciekawie, treściwie, fascynująco.
– Co się stało z tym gościem? Zwykle zachowywał się chyba inaczej – zagajam do kierowcy, który też wygląda na zaskoczonego.
– Podobno wczoraj jakaś grupa zrobiła awanturę, a dziś rano ktoś zadzwonił na skargę do szefa i kazali mu się wziąć do roboty! – uśmiecha się i widzę, że i on nie należał do wielbicieli samozwańczego komedianta w charakterystycznej czapce…

New York

A właśnie – skoro już o czapce mowa! Cztery lata później w takim samym piętrowym autobusie nasza kolejna grupa trafi na przewodnika w wysłużonej baseballówce na głowie. Baseballówce dla niego szczególnej, bo kryjącej w sobie jakąś tajemniczą historię, której nigdy nie poznamy. Pech chce, że w czasie przejazdu wzdłuż rzeki Hudson wiatr zrywa ją z głowy naszego Johna, który natychmiast podnosi alarm. Zanim jednak zdąży zareagować, nasz piętrus zniknie za załomem budynku. Ku naszemu zaskoczeniu kierowca jest gotowy do współpracy – posłusznie objeżdża cały kwartał i wraca w miejsce, gdzie ostatni widzieliśmy zgubę.

Niestety nawet trzydzieści par oczu nie jest w stanie wypatrzeć jej na chodniku… I w sumie nic dziwnego, bo czapeczka spokojnie spoczywa na głowie przechodnia stojącego tuż obok przy przejściu dla pieszych… Zatrzymujemy się. Przewodnik wyskakuje z autobusu, a my szykujemy się na pokaz! W jednym narożniku nasz John – na oko trzydzieści lat, waga średnia z tendencją do ciężkiej, wysportowany, umięśniony, pewny siebie, w drugim – na oko pięćdziesięcioletni, czarnoskóry mężczyzna wagi najwyżej koguciej w mocno wczorajszym wcieleniu. Wynik można by obstawiać w ciemno, nie? I wtedy…

Jeśli spodziewacie się, że z przechodnia wyjdzie mistrz kung fu to się rozczarujecie, bo oto na ulicy w centrum rzekomo niebezpiecznego i pełnego przestępców miasta, dzieje się cud negocjacji.
– Panie kolego, to moja czapka!
– O nie, panie kolega, to moja! Znalazłem ją, więc jest moja!
– Ale z mojej głowy spadła i jest dla mnie ważna.
– Nadal jest moja.
– Nadal ją chcę z powrotem.
– Nadal się nie zgadzam.
– A za dychę?
– Bierz pan!
i tym sposobem John kupił sobie swoją własną czapkę. I to w średnio atrakcyjnej cenie.

Central Park

Nowy Jork jakiego nie znacie

Kiedy myślisz o Nowym Jorku, widzisz wieżowce, Statuę Wolności, zatłoczone ulice, żółte taksówki. Ale są w tej amerykańskiej metropolii takie miejsca, które od tych wyobrażeń się różnią. Miejsca spokojne, ciche, wyjątkowe. Ukryte gdzieś przed zgiełkiem, choć przecież w samym sercu wielkiego miasta. Inne.
To może być słynny Central Park, ewenement na skalę światową. 340 hektarów zieleni w środku miasta, w którym ceny nieruchomości są kosmiczne. Dla porównanie – całe księstwo Monako ma 200 hektarów. Robi wrażenie? A dodajcie do tego pięknie zagospodarowany i urozmaicony teren, zieloną łąkę Sheep Meadow z setkami piknikowych kocyków, uśmiechniętych biegaczy, sympatyczną staruszkę na rolkach z wielką watą cukrową w dłoni, sprzedawców najdziwniejszych smakołyków, fontanny, zbiorniki wodne, poświęcony Johnowi Lennonowi pomnik “Strawberry Fields” z jednym, ale jak wiele mówiącym słowem – IMAGINE. Wyobraź sobie! Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić! Bo Nowy Jork to miasto, które przekracza wszelkie wyobrażenia!

Friends
To może być ta kamienica, jedyna, wyjątkowa w swoim rodzaju, którą setki razy zobaczyć mogłeś w tym serialu – jedynym, wyjątkowym w swoim rodzaju serialu “Przyjaciele”. To ta kamienica, w której Chandler i Joey grali w Fireball, Monika robiła cukierki nazywane przez niektórych “drops of heaven”, Ross przekonywał Rachel, że “zrobili sobie przerwę”, a Phoebe śpiewała o śmierdzącym kocie. Stajesz przed zwykłym wydawało by się budynkiem, rozglądasz się dookoła i widzisz ten świat, siebie w tym świecie. TO wejście do metra, TĘ kwiaciarnię, TĘ fasadę. I nie chce Ci się stamtąd odchodzić.

St Pauls Chapel
To może być niepozorny St. Paul`s Chapel, najstarszy kościółek na Manhattanie. Niewielki budynek z cichym, nastrojowym cmentarzem. Oaza w środku miasta. Stajesz w osłupieniu, zapominając o zgiełku i hałasie. Gdzie my jesteśmy? Czy to naprawdę Nowy Jork? A potem wchodzisz do środka, widzisz te wszystkie pamiątki i słyszysz opowieść, która roztapia serca nawet twardzielom. Słyszysz historię ratowników, którzy tutaj szukali chwili wytchnienia, kiedy 11 września 2001 runęły stojące nieopodal wieże World Trade Centre, a oni godzina po godzinie, dzień po dniu przekopywali gruzy, szukając żywych i zmarłych. Słyszysz historię ludzi, którzy z porywu serca przychodzili tu, oferując wsparcie, wszelkie możliwe, czysto ludzkie. Jedzenie, ubrania, koce. Modlitwę. Słyszysz w końcu historię ludzi, rozbitków na morzu gruzów, którzy przychodzili tu po pomoc, po wsparcie, po informację. Widzisz pamiątki po nich, widzisz karteczki, które zostawiali dla swoich bliskich z nadzieją, że jeszcze się odnajdą. I patrzysz na to wszystko ze świadomością, że wielu z nich nigdy się nie odnalazło.
Wtedy, w 2009 roku, rejon WTC był jedną wielką strefą budowy i – paradoksalnie – to wszystko dodawało jakoś otuchy. Że można się podnieść, można się odrodzić, można na gruzach stworzyć coś nowego. Dziś to miejsce wygląda zupełnie inaczej. Dziś stoi tam najwyższy budynek w USA, zwany Wieżą Wolności. Chyba nie można było postawić w tym miejscu więcej mówiącego pomnika.

WTC 1

Czekając na pociąg

Jeśli, jako pilot, zauważysz, że masz w grupie osoby z tendencją do zagubienia w czasie i przestrzeni, to masz dwa wyjścia. Rzucić je na głęboką wodę z okrzykiem “niech sobie jakoś radzą”, fundując im i – nieuchronnie – sobie dodatkową dawkę stresu, albo otoczyć szczególną troską, ułatwiając sobie funkcjonowanie kosztem pewnego dodatkowego wysiłku. Ja wolę tę drugą opcją. A w tej grupie takich osób kilka było.
Pamiętacie Romka? Bo ja to go chyba nigdy nie zapomnę. W przeddzień naszego objazdu wypytywał mnie o program na dzień następny, a ja – nieopatrzenie – wymieniłam dworzec Grand Central. I oto rano przychodzę do Romka, żeby sprawdzić, czy pamięta o zbiórce za godzinę i o ogarnięciu śniadania, a on… pakuje walizkę. No bo przecież na dworzec jedziemy, a na dworzec to z walizką, wiadomo. Chwilę zajmuje mi przekonanie go, że jednak wrócimy do hotelu i walizki niepotrzebne, bo dworzec będziemy odwiedzać czysto turystycznie, ale nadal widzę w jego oku błysk niepokoju. I w końcu docieramy na dworzec, którego halę znacie na pewno z wielu filmów i seriali. Zapuszczamy się w labirynt korytarzy, podziwiamy architekturę, testujemy Galerię Szeptów, a w końcu zjeżdżamy w dół ruchomymi schodami. Zamyślam się na chwilę, kiedy czuję, jak w ramię trąca mnie nasza kochana Krysia.
– Patrz, Ewelinko, to Romek przecież. Nasz Romek.
I rzeczywiście. Patrzę i widzę, że nasz Romek jedzie ruchomymi schodami w górę. Czyli dokładnie w przeciwnym kierunku niż my! I wiecie co – wierzcie lub nie – ale wcale mnie to nie dziwi… Zaczyna mnie za to dziwić, kiedy przerażony Romek odwraca się i próbuje jednak zejść do nas schodami, które nieuchronnie wiozą go w górę. Amerykanie też jakby się dziwią. I dopiero dłuższa wymiana okrzyków pozwala Romkowi zrozumieć, że może spokojnie wjechać i za chwilę zjechać do nas, a my na pewno nie porzucimy go na pastwę losu… Kilka dni później, w czasie jednej z imprez integracyjnych sprawa się wyjaśni, choć nadal trudno ją będzie objąć rozumem. Okaże się oto, że biedny Romek zobaczył jakąś strzałkę z pociągiem, więc uznał, że MUSI za nią iść (no bo przecież jesteśmy na dworcu, a na dworcu wsiada się do pociągu…), a potem się zorientował, że nas nie ma, więc postanowił jednak wrócić na górę, mijając się z nami. “Bo wiesz, Ewelinko, ja naprawdę myślałem, że my gdzieś jedziemy. A walizki to nam potem ktoś dowiezie.” No tak.

Grand Central Terminal

Hard Rock Cafe

Nasz pobyt w Nowym Jorku kończymy, jakże by inaczej, na Times Square, w tętniącym sercu miasta. Ale nie bójcie się – tym razem nie będzie peanów na cześć tego niezwykłego miejsca. Tym razem zabieram was do legendarnego Hard Rock Cafe, gdzie nad pełnymi kuflami dzielimy się swoimi wrażeniami i emocjami, ale nade wszystko chłoniemy klimat, delektujemy się atmosferą, nawiązujemy znajomości. W półmroku lokalu wszystko wydaje się lekko nierealne, nawet ta bardzo, ale to bardzo otyła pani, która – co zresztą nie jest rzadkim w Ameryce widokiem – musi poruszać się na specjalnym skuterku. Tutaj na nikim nie robi to wrażenia. Jesteś jaki jesteś. No może prawie na nikim. Bo nagle w półmroku pojawia się postać z aparatem i z odległości maksymalnie półtora metra robi pani zdjęcie prosto w twarz. Z fleszem, który widać chyba w każdym zakątku knajpy. “Bo ja, Ewelinko, dokumentuję rzeczywistość” – informuje mnie Ilonka, siadając na stołku obok mnie ze swoim super aparatem, a ja mam ochotę zapaść się pod ziemię. I tak oto dowiaduję się, że mamy w naszej grupie reportera z powołania i… z bożej łaski.

Hard Rock Cafe

I tak to się kończy. Godziny płyną, moi turyści kolejno wracają do hotelowych pokoi, a ja siedzę. Najpierw przy restauracyjnym stoliku, a potem na schodkach w centrum Times Square, w sercu Manhattanu. Jest już dawno, dawno po północy, ale to nie ma znaczenia. Bo te ostatnie chwile warto wykorzystać do końca, wyssać do ostatniej kropli. Nawet jeśli już wtedy czuję, wiem to na pewno, że jeszcze tu wrócę.

 

A jeśli chcecie się dowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy naszej grupy na amerykańskiej ziemi, odkrywać z nami  Zachodnie Wybrzeże, poznać bliżej panią Krysię o złotym sercu, szaloną reporterkę Ilonkę, Jadzię o Kamiennej Twarzy i kilka innych fascynujących postaci, to zaglądajcie tutaj w każdy czwartek, bo najbliższe tygodnie odbędą się pod hasłem „God bless America”.

8 Responses

  1. Nie byłam i niestety przez najbliższy rok nie będę. jednak jest on w planach, więc każda informacja się przydaje 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Tutaj akurat więcej odczuć i anegdot niż suchych informacji, ale mam nadzieję, że zachęciłam do wyjazdu 🙂

  2. Dyrdymała
    | Odpowiedz

    Wciągająca historia, a bohaterowie opowieści to interesujące osobistości! Czekam na więcej 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Zapraszam w kolejne czwartki. Najbliższe tygodnie będą pod hasłem wyprawy do USA 🙂

  3. Monika
    | Odpowiedz

    Nowy York wciąż przed nami. Chętnie pospacerowalabym po nim śladem bohaterek “Seksu w wielkim mieście.”

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Właśnie to jest fajne, że można odnaleźć tam takie miejsca, które znasz z TV. I chociaż widzisz je pierwszy raz w życiu, czujesz się dziwnie jak u siebie 🙂

  4. Joanna
    | Odpowiedz

    Nowy Jork, moje wielkie marzenie! Tylko bardzo chciałabym pojechać tam tak zwyczajnie, nie turystycznie. Pożyć, posiedzieć w Central Parku, wypić kawę w kawiarni za rogiem. Myślisz, że to realne marzenie?

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Myślę, że realne, chociaż wiele zależy od twoich oczekiwań. Nowy Jork na pewno nie jest tanim miastem – szczególnie centrum, ale można poszukać różnych fajnych możliwości. Wynająć jakieś mieszkanko (może airbnb?), zapolować na tani przelot – moja koleżanka poza sezonem trafiła na lot za 1200 zł 🙂

Skomentuj