Wielka wyprawa do USA – New Jork, New Jork!

with 17 komentarzy

Są takie miejsca, które zapamiętujemy na zawsze. Które wracają do nas w snach, przylatują w ulotnych migawkach, atakują nagle całą gamą emocji. Wystarczy iskra – niepozorne czasem zdjęcie, regionalny smakołyk, kilka taktów muzyki, charakterystyczny akcent – żeby lawina wspomnień eksplodowała i nie dała się zatrzymać. Są takie miejsca, które odciskają się w sercu. Są takie podróże, które zmieniają nasze życie. Nieodwołalnie i bezpowrotnie. Dla mnie taką podróżą była wielka wyprawa do USA w czasach, gdy matka nie była jeszcze matką, ale była za to pilotem wycieczek. Mam nadzieję, że zechcecie się w nią wybrać raz jeszcze. Razem ze mną.

 

Choć trudno w to uwierzyć wszystko zaczęło się… w Toskanii! Tak, tak. To nie jest żenujący błąd geograficzny. Gdyby nie Toskania, gdyby nie ta moja pierwsza pilocka impreza, o której możecie poczytać TUTAJ, nie odkryłabym, że w roli pilota wycieczek czuję się i spisuję na tyle dobrze, że dostanę kolejne zlecenia. Gdyby nie Toskania, nie pojawiłaby się propozycja wyjazdu do USA. Propozycja, na wieść o której skakałam pod sufit. Spełnienie marzeń – myślałam wtedy. I wiecie co? Miałam rację!

Pierwsze spotkanie

Zabawa, jak w przypadku każdej imprezy w roli pilota, zaczęła się jeszcze na lotnisku. Warszawskie Okęcie. Pierwsze spotkanie z grupą w komplecie, pierwsze nieśmiałe spojrzenia, pierwsze wymiany uśmiechów. Lubię ten moment. Dwadzieścia kilka osób tuż przed wielką wspólną przygodą. Niepewność. Zaiskrzy? Nie zaiskrzy? Dogadamy się? Będą kłopoty? Czy ta miła pani z wielką walizką okaże się tak sympatyczna, jak można spodziewać się po jej uśmiechu? Czy ten facet z wąsem jest tak sztywny, jak się wydaje? Czy tamta babeczka w kolorowym poncho to szalona hipiska czy tylko pozorantka? Wiem, wiem. Przyczepianie ludziom etykietek nie jest dobre, ale pierwsze wrażenie też daje nam pewną wiedzę o człowieku, czyż nie? A stopniowe konfrontowanie własnej wizji z rzeczywistością może być ciekawym doświadczeniem.

I oto widzę, czuję już na starcie, że pewien problem będziemy mieli. Czuje to mój nos oraz nosy niektórych z uczestników, którzy stoją wystarczająco blisko dwóch niepozornych pań. Podchodzimy więc do odprawy – na pytani o preferencje dotyczące miejsca większość wycieczkowiczów mówi przyciszonym głosem „tylko nie obok NICH”, a ja to naprawdę bardzo dobrze rozumiem. Nadajemy walizki, przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa i w strefie bramek czekamy na wejście do samolotu. Jest jeszcze czas na ostatnie siusiu, na rozprostowanie nóg, na zakupy w sklepach wolnocłowych. A właśnie – zakupy. Widząc, co się święci, nad kawką zagajamy niezobowiązująco o rzeczach, które na pewno warto mieć w walizce. Portfel, paszport, szczoteczka do zębów. I antyperspirant. Koniecznie antyperspirant, bo wiecie państwo, tam będzie bardzo gorąco, a jak gorąco to człowiek się poci… Wydawałoby się banał, wydawałoby się oczywistość. Oczy grupy dyskretnie uciekają w kierunku naszych sióstr, nazwijmy je Basia i Kasia, ale one zupełnie nie czują, żeby ta rozmowa miała ich dotyczyć. Sprawą przejmuje się za to bardzo jeden z panów, sympatyczny Romek, dla którego to pierwsza bodaj podróż poza granice Europy. Pędem leci do pobliskiego sklepu, żeby za chwilę wrócić z zapasem 3 antyperspirantów. „Ekspedientka mi poleciła takie najlepsze, wie pani. Mogą być?” – melduje zadowolony z wykonanej misji prezentując swój arsenał oldspajsów i innych. A mi pozostaje tylko uśmiechnąć się z aprobatą.

Pani Krysia – akt pierwszy, nie ostatni

Nadchodzi czas wejścia do samolotu. Wszystko układa się idealnie. Na luzie czekamy na moment, kiedy fala dzikich tłumów obawiających się, że ktoś podstępnie zajmie przypisane im miejsce, przetoczy się obok nas. Nie śpieszy nam się – przed nami lot do Frankfurtu, a potem długa trasa do Nowego Jorku. Spokój, uśmiechy, żarty. Nagle wybuch. „O matko, matko. Nie ma walizki, nie ma walizki. Walizka zginęła” – panikuje pani Krysia. Niewiele więcej udaje nam się z niej wydobyć. Jaka walizka? Czyja walizka? Przecież pani trzyma swoją w ręce. Próbujemy spokojnych argumentów, ale niewiele to daje. Pani pokazuje palcem gdzieś w okolice MOJEJ nogi i powtarza tylko „walizka, nie ma walizki, a mówili, że na lotnisku kradną”.

Potrzeba dobrych pięciu minut, kubka zimnej wody (podanej doustnie, a nie na głowę…) i iście detektywistycznego śledztwa, żeby okazało się, że pani Krysia nie martwi się o SWOJĄ walizkę podręczną (bo tej nie spuściła z oka ani na chwilę) ale o MOJĄ. A tej rzeczywiście nie ma. Tylko że nie jest wcale tak, jak myślicie. Nie zaczęłam wyprawy życia od zgubienia bagażu podręcznego. Ja go najzwyczajniej w świecie nie miałam! Wierzcie lub nie, ale na 23-dniową wyprawę spakowałam się w kabinówkę, którą nadałam na bagaż główny, zostawiając sobie tylko torebkę. A że pani Krysia kabinówkę miała niemal identyczną jak moja, to zapamiętała ten charakterystyczny szczegół i wpadła w panikę, nie widząc swojej walizkowej bliźniaczki. Zresztą, w czasie tej wyprawy okazało się jeszcze nie raz, że pani Krysia jest niezwykle troskliwą babeczką, a jej złote serce raz nieomal nie przyprawiło o zawał naszego kierowcy…

 

Gdzie jest Jasiek?

W końcu jednak lecimy. Po przesiadce w stylu VIP we Frankfrucie (opóźniony lot sprawił, że przewoźnik zapewnił nam przejazd busem z jednego samolotu do drugiego) i jakichś ośmiu godzinach w samolocie do Nowego Jorku lądujemy w końcu w Wielkim Jabłku. Szampańskich nastrojów nie studzi ani zmęczenie, ani kolejki do odprawy wizowej, ani fakt, że – ku oburzeniu i zdziwieniu Basi i Kasi – nikt tu nie rozumie po polsku. Nawet jeśli mówi się głośno i wyraźnie. Barbarzyńcy.

Ale zadziwieniom nie ma końca na tym lotnisku, którego ogrom przerasta wyobrażenia nas, małych robaczków. Onieśmielona nieco tym całym szumem, tłokiem i pędem grupa trzyma się blisko i raźnym krokiem zmierzamy do autobusu, który ma nas zawieźć do hotelu. Ale nie on, nie nasz Jaś Wędrowniczek, który w czasie tej wycieczki będzie niejednokrotnie zadziwiał nas wyborem drogi pod prąd, na wspak, w krzaki albo w zupełnie nieznanym kierunku. I teraz też. Podchodzimy do przystanku. Autobus, który może się tu zatrzymać tylko na kilka minut, pojawia się na horyzoncie. Jeszcze tylko szybkie przeliczenie owieczek w stadzie. I nagle – Jasiek? Gdzie jest Jasiek?

Tryb wędrowniczka załączył się w najbardziej nieodpowiednim momencie, telefon nie odpowiada, szybka przebieżka po okolicy nic nie daje, wspinaczka na słup i wypatrywanie z wysokości też nie przynoszą efektu, jeśli nie liczyć zdziwionych uśmiechów przechodniów i zaniepokojonego spojrzenia policjanta, które skłania mnie do szybkiego zejścia. Sytuacja patowa – czekać dłużej nie możemy, Jaśka nie ma. Zapada decyzja, że ruszamy bez niego – adres docelowy zna, po angielsku (na szczęście) jako tako gada, musi sobie poradzić. Jeszcze po drodze próbujemy się z nim skontaktować, ale telefon milczy. Pozostaje nam więc wysłanie sms z informacją o stanie rzeczy. Kiedy docieramy do naszego hotelu, uśmiechnięty Jasiek siedzi już na recepcji. Się zagapił, się zagubił, się pośpieszył. A że zobaczył, jak odjeżdżamy autobusem, to wsiadł w inny, podobny i se dojechał na skróty. No problem – mówi z półuśmiechem, trochę może poirytowany dodatkowym kosztem, trochę dumny z siebie, że nas wyprzedził.

 

Powody do dumy będą też miały, jak się okazuje, Basia i Kasia. Po zameldowaniu w hotelu i godzince na relaks i szybki prysznic, żeby zmyć z siebie trudy długiej podróży, grupa zbiera się w recepcji, żeby pójść wspólnie na pierwszy spacer po okolicy. Robi się wprawdzie późno, ale to nie ma znaczenia. Zmiana strefy czasowej, podekscytowanie podróżą, rozbudzona wyobraźnia sprawiają, że wszyscy chcą już, teraz wyruszyć na podbój Nowego Jorku. Kipiąca w grupie energia przekłada się na wygląd – nie tylko wszyscy szczerzymy się jak szaleni, ale też – zbiegiem okoliczności – wybraliśmy bardzo kolorowe, radosne ubrania. Świeże ubrania. I tylko Basia i Kasia wyglądają jakby tak samo.
„A wam, dziewczynki, to nie gorąco w tych długich spodniach? ” – zagajamy.
„A nie, bo my z siostrą to doszłyśmy do wniosku, że nie ma sensu się teraz kąpać i przebierać. No bo jak potem się wróci i położy do łóżka, to i tak się przecież wytrzemy w prześcieradło” – deklarują dumne ze swojej przezorności, a grupa, jak na komendę, robi dyskretny krok w tył. Poza mną, bo ja akurat stoję na pierwsze linii zapachowego frontu.

W sercu Nowego Jorku

W końcu wyruszamy. Jest późno, ale mieszkamy w samym centrum Manhattanu, więc cel może być tylko jeden. TIMES SQUARE. Mówi się, że Nowy Jork to miasto, które nigdy nie śpi. I to prawda. A jego serce tętni właśnie na Times Square. Nawet jeśli nigdy tam nie byliście, to na pewno znacie to miejsce, bo pojawia się w tylu filmach, na tylu zdjęciach, w tylu reklamach, że nie da się po prostu nie rozpoznać tego obrazka. Plac na skrzyżowaniu Broadway i Siódmej Alei to miejsce kochane przez turystów i – podobno – znienawidzone przez nowojorczyków. Za tłok, ścisk, hałas, korki, feerię świateł i barw, krzyki, przepychanie łokciami i wiele innych rzeczy, które sami możecie sobie dopowiedzieć. Ja Times Square kocham. Za to wszystko i wiele więcej. Ale przede wszystkim za energię, którą pulsuje o każdej porze dnia i nocy. Energię, która ładuje moje własne akumulatory. Times Square to miejsce dla każdego – dla starszej pani czytającej gazetę na krawężniku, gitarzysty ubranego tylko w kowbojskie buty i swój…ehem.. instrument, gazeciarza wykrzykującego nagłówki w kilkunastu językach, japońskiej turystki z aparatem kładącej się w tłumie na środku przejścia dla pieszych, żeby tylko złapać idealny kadr, dziewczyny w kwiatowym wieńcu na głowie rozdającej przechodniom czerwone róże – od tak, bo to miły gest. Tutaj dziwactwa nie dziwią, szaleństwa nie budzą pogardliwego prychania, ekscentryczność jest nową normą.

Times Square to takie miejsce, gdzie możesz być po prostu sobą i to jest OK, to jest cool, to jest great. I nawet jeśli nie mówisz po angielsku, to akurat te słowa klucze bardzo dobrze rozumiesz.
Możecie teraz uśmiechnąć się z politowaniem na moją naiwność, na moje zachwyty. Przytoczyć statystyki, mówić o kieszonkowcach, emisji spalin, szkodliwości hałasu. I możecie nawet mieć rację. Ale ja mam swoją. A dla mnie Times Square to serce świata. To miejsce, od którego zaczynam i kończę każdą wizytę w Nowym Jorku. I które daje mi takiego energetycznego kopa, że mogłabym się tą siłą podzielić z wami wszystkimi i jeszcze sporo by zostało. Dowcipkujemy czasem z amerykańskiego optymizmu, amerykańskich snów, amerykańskiego “yes, you can”. Ale na Times Square, jak nigdzie indziej na świecie, czujesz, że możesz wszystko, osiągnąć każdy cel, zrealizować każde marzenie. I to jest uczucie warte tłoku, ścisku, hałasu, korków, feerii świateł i barw, krzyków i przepychania łokciami. To jest uczucie warte każdej ceny.

 

A jeśli chcecie się dowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy naszej grupy na amerykańskiej ziemi, odkrywać z nami Nowy Jork i Zachodnie Wybrzeże, poznać bliżej panią Krysię o złotym sercu, szaloną reporterkę Ilonkę, Jadzię o Kamiennej Twarzy i kilka innych fascynujących postaci, to zaglądajcie tutaj w każdy czwartek, bo najbliższe tygodnie odbędą się pod hasłem „God bless America” 😉

Ps. Wszystkie zdjęcia są autorstwa mojego albo mojego własnego utalentowanego Małżonka.

_________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

17 Responses

  1. Monika
    | Odpowiedz

    Nowy York znajduje się na naszej liście must go. Zastanawiamy się tylko, ile dni przeznaczyć na zwiedzanie, żeby naprawdę poczuć klimat miasta?

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Im więcej tym lepiej 🙂 ja miałam program trzydniowy i to było zdecydowanie za mało…

  2. charmante
    | Odpowiedz

    A Kasia i Basia? Zawsze w grupie znajdzie się taka owca co zatruwa innym uczestnikom życie. Dlatego unikam wycieczek grupowych z racji przeżytego doświadczenia.
    Masz talent pisarski, bardzo fajnie się ciebie czyta. Będę wpadać po więcej 🙂
    PS. Również uwielbiam tłumy i ten cały zgiełk. To mnie napędza i nakręca., czuję, że żyję. Times Square po prostu mnie zachwycił…

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Kasia i Basia też będą! 😉
      W każe grupie znajdą się ewenementy, ale to też ma swój urok.

  3. lairalr
    | Odpowiedz

    Zazdroszcze z checia bym pojechala odwoedzic tak cudowne miejsca 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      W naszych czasach to coraz łatwiejsze. Zwłaszcza jak ktoś ma talent do polowania na tanie loty 🙂

  4. madamebonheur
    | Odpowiedz

    Bardzo przyjemnie czytało mi się Twoją historię. Myślę, że praca pilota wycieczek może być bardzo ciekawa, choć też czasem niełatwa. Cieszę się, że tak dobrze się czujesz w tej roli i życzę wszystkiego dobrego.

    P.S. Zdjęcia piękne 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Praca pilota jak każda ma swoje plusy i minusy. Myślę że plusów jednak więcej 🙂

  5. Pokularna
    | Odpowiedz

    Pani Krysia jest moją mistrzynią 🙂 Bardzo zazdroszczę ( raczej w ten pozytywny sposób) wycieczki do Nowego Jorku. Też kiedyś tam polecę – jestem tego pewna! I już wiem, że będę miała problem ze spakowaniem się. Ja na trzy dni nie umiem się pakować – zbyt ciężka to sztuka.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Pani Krysia była przeurocza 🙂
      A z tym pakowaniem to chyba kwestia wprawy i zdroworozsądkowego podejścia – limity linii lotniczych uczą wyznaczasie bagażowych priorytetów!

  6. Wioleta
    | Odpowiedz

    Och… chcialabym sie wybrac do NY , poczuc ten klimat, przejsc sie ulicami, przejechac zolta taksowka… bycie pilotem wycieczek to polaczenie przyjemnosci, pasji do podrozy i pracy. Chyba moglabym byc pilotem 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To jest praca, która ma dużo zalet, choć i trochę wad. Dużo zależy od usposobienia, ale też od etapu życia – młodemu singlowi łatwiej włóczyć się po świecie niż mamie dwójki dzieci 😉

  7. O matko, genialnie się to czyta! Niby masa tekstu, ale chwila moment poleciało.
    Kto by nie chciał udać się do Stanów <3 Mąż się spisał co do zdjęć 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Miło mi to słyszeć 🙂 A mężowi przekażę – ma dobre oko!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Cieszę się, że dobrze się czytało 🙂 A męża pochwalę!

  8. Natalia
    | Odpowiedz

    A ja się ciągle zastanawiam, co ludzi pociąga w tym mieście, że stało się ono jedną z Mekk turystyki… Z zaciekawieniem czytam relacje z pobytu tam i próbuję zrozumieć ten ewenement

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Szczerze mówiąc, ja też byłam sceptyczna, bo nie przepadam za wielKimi miastami. Męczą mnie. W Nowym Jorku tego zmęczenia nie czuję, za to euforycznego kopa tak 🙂

Skomentuj