Wielka Wyprawa do USA – San Diego? O nie!!!

with 3 komentarze

San Diego Old Town

Bo niepisana zasada jest prosta: jeśli coś ma się spieprzyć, to na pewno spieprzy się w San Diego.

 

San Diego to urokliwe miasto – ładnie położone nad Pacyfikiem, z klimatycznym centrum i portem, ogromne, ale jakoś nie przytłaczające. Nie zmienia to faktu, że na samą myśl o nim przechodzą mnie ciarki! Nie wiem, z czego to wynika, nie wiem, skąd taka złośliwość losu, ale biuro, z którym przyszło mi wojażować po USA, do tego miasta wybitnie nie miało szczęścia. Niemal każdy wyjazd to kolejne perypetie. Pamiętacie, jak mój kierowca zameldował mi, że ktoś nie żyje i nie mamy szans dotrzeć do San Diego? Pamiętacie moją nie do końca zaskoczoną reakcję? No właśnie…

Zanim jednak dowiemy się, kto umarł, cofnijmy się o kilka lat.

San Diego kościół

Bardzo mi przykro, proszę pani…

Na każdej trasie kiedyś się debiutuje i fajnie jest mieć przy sobie sprawdzoną grupę. Na premierową trasę amerykańską nasz pilot wybrał się więc z naszymi najbardziej zaprawionymi w bojach turystami, dla których niedogodności na trasie dodają jedynie pikanterii całej zabawie. I chwała im za to!

Początkowo wszystko idzie jak z płatka – Nowy Jork, Los Angeles, przeloty bez przygód. W końcu przyjazd do San Diego, ochy i achy w czasie odkrywania miasta, późnym wieczorem przyjazd do hotelu i…

– Bardzo mi przykro, proszę pani, ale nie mamy dla was pokoi – mówi zza kontuaru uśmiechnięta recepcjonistka, przyprawiając pilota niemal o zawał.

– Ale jak to nie macie? Mamy potwierdzenie rezerwacji, mamy potwierdzenie przelewu, mamy przyjęty przez was rooming list.

– No niestety. Nie mamy. Niech pani sobie zobaczy tu w systemie – pokazuje na swój monitor, gdzie po naszej grupie nie ma śladu. Czy raczej inaczej – ślad jest, ale rezerwacja widnieje jako skasowana.

Kilkanaście nerwowych rozmów i telefonów później okazuje się, że wprawdzie my zapłaciliśmy za nocleg, ale nasz kontrahent na miejscu nie raczył przekazać pieniędzy do hotelu, w skutek czego ten nasze pokoje sprzedał innym zainteresowanym… I oto zapada noc, kończy się czas pracy kierowcy, a grupa niemal czterdziestu osób siedzi na walizkach na hotelowym parkingu i wygląda na to, że… wcale im to nie przeszkadza. Podczas gdy pilot miota się, żeby załatwić wszystkim jakiś dach nad głową, turyści robią sobie przed hotelem mini imprezkę i przekonują, że w zasadzie to problemu nie ma, bo najwyżej prześpią się w autobusie! Na szczęście do tego nie dochodzi – udaje się znaleźć nocleg zastępczy, ale klątwa San Diego właśnie została rzucona.

 

To teraz skok w czasie w przód – pomińmy kilka pomniejszych wtop, bo oto moja własna grupa pakuje walizki, żeby wyruszyć z Polski do USA. Nauczeni doświadczeniem, tym razem osobiście obdzwaniamy wszystkie hotele, faksujemy, potwierdzamy przelewy. Żeby mieć pewność, że unikniemy wpadek. Na cztery godziny przez wyjazdem na lotnisko ostatni rzut oka na firmową skrzynkę pocztową i jest – jakżeby kurde inaczej! – email z San Diego. „Z przykrością informujemy, że Państwa rezerwacja została skasowana”. Co?!?!?!?!? To się nie może dziać naprawdę! Nie znowu!

Ale to nie złudzenie – pomimo potwierdzeń, telefonów i faksów, system zrobił sobie żarcik i wykasował naszą grupę z systemu. Przywrócenie rezerwacji nie jest możliwe, bo hotel jest w pełni obłożony, jak przystało na 4 lipca. Ostatnie godziny przed wylotem spędzamy na telefonicznych debatach o tym, kto co może komu zrobić i dlaczego nieładnie jest tak mówić. Wyjeżdżamy w samym środku przepychanek z dużymi wątpliwościami, czy nie przyjdzie nam nocować na plaży… Nadzieją napawa jedynie fakt, że zostawiony na straży pracownik naszego biura, jest jeszcze bardziej uparty – żeby nie powiedzieć upierdliwy – niż wszystkie amerykańskie recepcjonistki razem wzięte. Zaliczamy więc Nowy Jork i Los Angeles, po drodze dostajemy wiadomość, że hotel w San Diego na nas czeka, ale gdzieś z tyłu głowy ciągle czai się niepokój, że może jednak czeka nas bezdomność…

San Diego Dzielnica Gazowych Latarni

On nie żyje

Wróćmy więc w końcu do historii, której dokończenie obiecałam wam tydzień temu.
– To jak? Jedziemy do San Diego? – pytam Steva z pewną dozą nieśmiałości.
Sorry to say, babe, but it`s not gonna happen. He`s dead [Przykro mi to mówić, ale nie ma szans. On nie żyje.] – słyszę w odpowiedzi. I nawet za bardzo mnie to nie dziwi.
Kierowca wygląda na rzeczywiście przejętego i smutnego. Więcej – wygląda, jakby właśnie stracił przyjaciela.
– Starałem się coś zrobić, ale to na nic – pokazuje brudne ręce, jakby dla potwierdzenia swoich słów. – Nikt nie chciał mi pomóc…
Wierzyć mi się nie chce, ale sympatyczny wielkolud balansuje gdzieś na granicy łez i wkurzenia na ludzką bezczynność.Dobre kilka minut zajmie mi wyciągnięcie z niego, że ten umierający przyjaciel to… autobus. A dokładniej nasz autobus, któremu znienacka odpadła rura wydechowa z przyległościami, co oznacza, że nie możemy ruszać w dalszą drogę… Banał powiecie? Może by i tak było, gdyby nie fakt, że jest 4 lipca, amerykańskie święto niepodległości, ludzie w radosnych nastrojach zmierzają właśnie na pikniki, festyny i pokazy fajerwerków. I nawet otwarty podobno zawsze lokalny warsztat samochodowy jest teraz zamknięty na cztery spusty…

Co więc robić, kiedy klątwa San Diego zatacza coraz szersze koła i tym razem uniemożliwia nam nawet dojazd do miasta? Zachowując pozory spokoju i z nieodłącznym uśmiechem na twarzy, usadzamy grupę w cieniu palm na trawniku. Podczas gdy wszyscy sączą kawę i herbatę, delektując się popołudniowym słońcem, my za kulisami latamy jak koty z pęcherzem, starając się znaleźć kogoś, kto albo podstawi nam autobus zastępczy (nie da się), albo naprawi nam nasz własny (nie da się jeszcze bardziej, a zresztą Steve na samą myśl o rozstaniu z „przyjacielem” jest bliski rozpaczy). W końcu sięgamy po rozwiązanie desperackie – przez dziurę w płocie wydłubujemy z zaniedbanego podwórka jakieś druty i próbujemy zmontować z nich prowizoryczne rusztowanie. Niestety – brakuje nam dobre 15 centymetrów. „Dawaj sznurówki” – rzuca Steve pół żartem pół serio, ale w sumie jest mi już wszystko jedno… Dowiązujemy je w takim miejscu, gdzie nie powinny mieć styku z wysoką temperaturą, żeby się nie przepaliły i… meldujemy grupie, że czas ruszać. Przez najbliższe 200 kilometrów modlę się w duszy, żeby udało nam się dotoczyć do San Diego, gdzie zaprzyjaźniony mechanik Seteve`a ma naprawić autobus. I wiecie co? Udaje się!!! Jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi, na rusztowaniu z drutów i sznurówek dojeżdżamy do celu, zatrzymujemy się przed hotelem, grupa wysiada i wpakowuje się do recepcji, Steve rusza, żeby przestawić autobus na parking, i nagle słyszę huk. To nasza rura wydechowa ląduje na asfalcie!

San Diego port

Gdzie znowu jest Jasiek?

Zanim jednak dojedziemy do hotelu, zatrzymujemy się w centrum San Diego. Podziwiamy historyczne centrum miasta z pięknie odrestaurowaną Dzielnicą Gazowych Latarni z XIX wieku, starą dzielnicą włoskich rybaków – Little Italy i malowniczym portem, w którym stoją majestatyczny żaglowiec Gwiazda Indii czy lotniskowiec USS Midway. Część grupy zdecyduje się zostać w centrum na nocny pokaz fajerwerków, ci bardziej zmęczeni wolą jechać bezpośrednio do hotelu. Jak więc wspomniałam, podjeżdżamy pod hotel, wysiadamy, wchodzimy na recepcję. Podaję miłej pani nasze potwierdzenie rezerwacji. A miła pani mówi:

– Bardzo mi przykro, proszę pani, ale…

No do jasnej cholery! Are you fucking kidding me! – krzyczę w myślach, z trudem powstrzymując się od przywalenia czołem w kontuar recepcji.

-… niestety nie mamy dla was wystarczająco dużo pokoi standardowych, więc daliśmy wam dwa de luxe – kończy zdanie recepcjonistka, a ja mam ochotę ją ucałować.

Pokoje de luxe są wprawdzie niemal takie same jak te standardowe, ale liczy się, że mamy gdzie spać i… gdzie zrobić imprezę. Okazuje się bowiem, że ta bardziej zmęczona część grupy nagle nabrała wielkiego wigoru i postanawia odpowiednio uczcić amerykańskie święto. I oto lądujemy wszyscy w jednym pokoju, impreza trwa, po jakimś czasie dołączają do nas także ci, którzy zostali w porcie na pokaz fajerwerków i dojechali do hotelu taksówkami. Im bardziej świętujemy, tym bardziej grupa się integruje. Ktoś pyta Romka, dlaczego podróżuje bez żony, ktoś inny interesuje się, czemu nie mam w butach sznurówek… I tak bawimy się w najlepsze, gdy nagle pada zasadnicze pytanie.

– Ej, Ewelinko, a gdzie jest Jasiek?

Pamiętacie Jaśka? Tego który zgubił się na lotnisku w Nowym Jorku? (KLIK) Jak się okazuje, to był tylko początek jego wędrowniczej kariery na tym wyjeździe… W zbiorowej naradzie próbujemy ustalić, kto i kiedy go ostatni raz widział. W porcie był, przy latarniach był. W hotelu był, bo osobiście wręczałam mu klucze do pokoju. Nawet na imprezie był, bo przecież właśnie kończymy postawioną przez niego whiskey… Na czele delegacji sprawdzam kolejno wszystkie pokoje naszej grupy, okolice basenu, recepcję, nawet hotelowy parking. No nie ma Jaśka! I nie ma klucza do jego pokoju, co szczególnie martwi jego współlokatora. „Gdzie tę cholerę poniosło?” – mamrocze pod nosem niepocieszony Romuś.

Wracamy do imprezowego pokoju, zastanawiając się, co dalej. W końcu przytomnie – lepiej późno niż wcale, ale jest w końcu przed północą – wpadam na pomysł, żeby do Jaśka zadzwonić. No i dzwonię. A jego komórka odzywa się zaskakująco blisko… Bo wiecie – pokój de luxe od standardowego różnił się dodatkowym meblem – dużym fotelem, który usunęliśmy pod okno, żeby zrobić więcej miejsca do imprezowania. Zaglądamy więc na fotel, a na nim, zamotany zasłonką i zakryty kurtką po czubek głowy, śpi słodko mimowolny sprawca zamieszania. Zupełnie nie przejmując się ani odgłosami imprezy, ani dzwoniącym na maksa telefonem, ani nawet – po chwili – wyciąganiem z kieszeni klucza do pokoju. Zwiedzanie może być, jak widać, bardzo wyczerpujące!

San Diego port pocałunek

Bo ja chciałam Ci tylko pomóc, kochanie!

Kolejny ranek poświęcamy na dalsze zwiedzanie San Diego. Odwiedzamy słynny hotel Coronado, gdzie kręcono film „Pół żartem, pół serio” z Marylin Monroe, relaksujemy się nad Pacyfikiem, choć temperatura wody – delikatnie mówiąc – niekoniecznie zachęca do kąpieli. W końcu lądujemy w pięknym ZOO San Diego, które było jednym z pionierów w próbach stworzenia zwierzętom wybiegów bez klatek, jak najbardziej zbliżonych do naturalnych warunków życia. Jedną z jego największych atrakcji są pandy, do których zwykle ustawiają się wielkie kolejki, oraz goryle zamieszkujące wybieg mający odtwarzać lasy deszczowe środkowej Afryki.

ZOO jest ogromne, ale nam – pomimo mnóstwa zwiedzających – wszystko idzie jak z płatka. Kolejki ustawiają się dopiero za nami, autobusiki czekają właśnie na nas, zwierzęta pozują do zdjęć, jakbyśmy byli jakimiś VIP-ami. To było oczywiste, że coś musi się zdarzyć.

Odhaczywszy wszystkie najistotniejsze punkty zwiedzania, zmierzamy do wyjścia. Przy gorylach przeliczamy się i ruszamy schodami ruchomymi w dół (tak, tak – schodami – bo teren zoo jest ogromny). Trzy minuty później i jakieś cztery piętra niżej okazuje się, że straciliśmy dwie turystki… Choć nie mam zielonego pojęcia, jak to możliwe, Ilonka i jej koleżanka zaginęły w akcji na prostej zupełnie drodze, z której większość ograniczały barierki ruchomych schodów.

No to nic – zostawiam grupę na dole, żeby podziwiali jakieś zwierzaki, a sama zaiwaniam na górę w poszukiwaniu zagubionych sierotek. Zaiwaniam pieszo, bo schody jadące w górę są gdzieś z zupełnie innej strony. Po kilkunastu minutach poszukiwania, znajduję nasze gwiazdy zajęte sesją foto przy gorylach, a raczej przy krzakach, w których goryle się pochowały. Skruchy oczywiście zero, bo wiadomo, że dokumentacja fotoreporterska imprezy ważniejsza niż to, że grupa czeka… Zwożę więc zagubione panie na dół, tylko po to, żeby odkryć, że tym razem nie ma Krysi… No jaja sobie robicie?!? – ciśnie mi się na usta, kiedy okazuje się, że nasza złota Krysia poszła za mną, żeby pomóc mi szukać, ale najwyraźniej sama się zgubiła. Po chwili dzwoni – litościwa kobieta! – że jest przy gorylach i nie jest pewna jak wrócić. Cóż mi zostaje – zadzieram kiecę i lecę, po raz drugi wspinając się po pierdylionie schodów, choć upał jest taki, że najchętniej usiadłabym sobie już na półpiętrze. Krysia wita mnie przepraszającym uśmiechem, a ja nie mam serca się na nią złościć. „Bo wiesz, Ewelinko, ja świetnie wiedziałam, dokąd idę, ale potem mi spadł kapelusz, i jak go podnosiłam, to się obróciłam tak dookoła i już nie wiedziałam zupełnie, gdzie mam iść” – wyjaśnia mi, a ja naprawdę jej wierzę, kiedy widzę, jak rusza w kierunku przeciwnym do prawidłowego…

San Diego zoo panda

San Diego widok z ZOO

W końcu udaje mi się zagonić owieczki do autokaru. Przeliczam raz. Przeliczam drugi raz dla świętego spokoju.

– Czy wszyscy mają paszporty? – upewniam się, zanim ruszymy w drogę, po za chwilę mamy w planach przekroczenia granicy.

– Czy ty masz nas za idiotów? – pyta ktoś z tyłu autokaru, a mi przypomina się taka jedna, mała historia, która zaczęła się od dokładnie tego samego pytania, a wydarzyła się w Tijuanie…

 

No ale o tym, to opowiem Wam następnym razem. Do zobaczenia w przyszły czwartek!

 

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

3 Responses

  1. Edyta
    | Odpowiedz

    USA to jedno z moich podróżniczych marzeń. Twój wpis o San Diego przypomina mi znaną piosenkę California dreamin’, który może zakłócić tylko brak hotelu 😉
    Pozdrawiam.

  2. Martyna
    | Odpowiedz

    Klątwa obejmuje wszystkich czy tylko wybranych nieszczesników ?
    Uwielbiam takie akcje jak z tą rurą wydechową i sznurowką! Takie nieprzewidziane perypetie najlepiej się później opowiada!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Z perspektywy czasu to mnie śmieszy bardziej niż wtedy 😉

Skomentuj