Wielka wyprawa do USA – Tijuana, bejbe!

with 14 komentarzy

Tijuana

Tak, wiem, że Tijuana nie leży w USA. Tak, wiem, że to Meksyk. I właśnie dlatego to miasteczko znalazło się na trasie naszej wielkiej amerykańskiej wycieczki!

 

Planując wyprawę po USA, wymyśliliśmy sobie taką małą odskocznię, wyskok do innego świata. Innego, a przecież nierozerwalnie związanego z amerykańską kulturą, jeśli wziąć pod uwagę, że ponad 30 milionów Meksykan mieszka właśnie w USA. To ponad 20% całej populacji Meksyku! W czasie pobytu w San Diego, kiedy jesteśmy tak blisko sąsiadów od kaktusów i sombrero, wyskakujemy więc na kilka godzin do Tijuany. Przekroczenie granicy amerykańsko-meksykańskiej w kierunku Meksyku jest oczywiście banalnie proste – nikt nic od nas nie chce, nikt nam nic nie sprawdza. Amerykańscy urzędnicy żegnają nas takim samym uśmiechem, jakim witają nas wąsaci i brzuchaci Meksykanie. Sielanka. Brakuje tylko zespołu mariachi przygrywającego na powitanie.

 

Jeszcze przed wjazdem do Meksyku, uczulam grupę, że Tijuana nie należy do najbezpieczniejszych miejsc. Wprawdzie w centrum, na głównej ulicy, spotkać można sporo turystów, ale nie poleca się samotnych spacerów, oddalanie się w zaułki czy pochopne zawieranie ulicznych przyjaźni. Na kwestię bezpieczeństwa uczulam szczególnie panie, bo blondynki – jak wiadomo – cieszą się w krajach latynoamerykańskich szczególną sympatią. Atmosfera robi się może delikatnie napięta, co bardziej panikujący zaczynają się rozglądać za nożownikami i handlarzami narkotyków. Nic dziwnego – w końcu nie bez powodu żartuje się, że „Tequila, Sexo, Marijuana” to oficjalne hasło reklamowe Tijuany. Kiedy docieramy do głównej ulicy miasta… wrażenie zagrożenia pryska! Trwa właśnie wielka fiesta: gra muzyka, ludzie tańczą, w powietrzu unoszą się zapachy pysznego jedzenia, brzęczy wypełnione Coroną i mojito szkło. Wiemy dobrze, że impreza nie ma z nami żadnego związku, ale nagle czujemy się bardzo mile widziani.

Tijuana fiesta

 

Jak imprezować to w meksykańskim stylu!

W Tijuanie nie ma zwiedzania, w Tijuanie nastawiamy się na relaks, luz i dobrą zabawę. Tak po prostu. Na obiad wybieramy się do sprawdzonej już przez nas wcześniej knajpy, chociaż po drodze kuszą super-mega-hiper promocje, nagabują naganiacze, a kelnerzy gotowi są – i robią to! – wyścielić dla turystów chodnik z obrusów. Po wspólnym posiłku przychodzi moment na czas wolny i samodzielne eksplorowanie głównej ulicy. Z uformowaną naprędce babską podgrupą postanawiamy kontynuować relaks w bąbelkowym nastroju – kierując się instynktem, trafiamy do baru, który wygląda mi dziwnie znajomo, choć nie potrafię jeszcze zidentyfikować tego uczucia.

Zasiadamy przy stoliku, ale kelner proponuje nam przeniesienie się na taras, co wydaje nam się świetnym pomysłem. Po chwili na naszym stoliku lądują pełne kufle. A przecież jeszcze nic nie zamówiłyśmy! Postanawiam wyjaśnić sprawę. Zamieniam więc kilka zdań z kelnerem, który – po pierwsze – miał kiedyś dziewczynę z Polski i pała do naszego kraju dużą sympatią i – po drugie – okazuje się szefem całego lokalu. Bez większych ceregieli dostajemy promocyjną ofertę na lokalne trunki: cztery w cenie jednego brzmi całkiem nieźle. Dobijamy umowy, a po chwili na naszym stole ląduje dodatkowych 20 szklanek… Okazuje się bowiem, że z iście ułańską fantazją właściciel założył, że w przypadku Polaków oczywiste jest, że cztery w cenie jednego oznacza „cztery na głowę”… „Już ja was znam” – rzuca z żartobliwym uśmiechem, kiedy próbuję wyjaśnić nieporozumienie. – „Nie martw się, amiga, na pewno przyjadą posiłki” – dodaje, ale tej aluzji zupełnie nie rozumiem.

Tijuana Meksyk

Kiedy stajemy wobec wyzwania, jakim jest pokonanie meksykańskiej promocji, okazuje się, że stolik na tarasie był dobrym pomysłem. I to wcale nie dlatego, że dzięki temu głowy woniej nam parują, ale dlatego, że na horyzoncie pojawia się wsparcie. Choć wokół pełno barów i knajp, jeden po drugim moi turyści dołączają do naszego grona i pomagają się uporać z wypełnionym po brzegi szkłem. Pod niecałej godzinie jesteśmy tu już niemal wszyscy, a kelner uśmiecha się coraz szerzej. „Mówiłem, że przyjdą posiłki” – puszcza do mnie oko, a ja nagle przypominam sobie, dlaczego ten bar, ta oklejona zdjęciami nagich pań toaleta, te pokryte kolorowymi obrusami stoliki wydawały mi się znajome… Ze zdjęć! Bo oto dokładnie w tym samym barze, dokładnie przy tym samym stoliku, dwa lata wcześniej siedziała inna nasza grupa! Ich także wtedy skusiła świetna promocja. I oni także, kolejno, choć bez wcześniejszego ustalenia, zleźli się wszyscy w jedno miejsce, jak muchy do lepu… Stolik na tarasie, widoczny jak na dłoni z dobrych kilkudziesięciu metrów, to przecież idealny wabik na spragnionych bąbelków turystów, a właściciel szczwany list świetnie o tym wie.

Kiedy uiszczam opłatę za drinki w kasowym okienku, które ukryte jest – jak w jakimś kantorze – za grubymi kratami, właściciel kelner uśmiecha się porozumiewawczo.
– Lubię was – mówi do mnie z rozbrajającą szczerością.
– Masz na myśli Polaków? – pytam.
– Nie, wasze biuro – wskazuje na mój identyfikator i dodaje – Kiedy Cię zobaczyłem, miałem przeczucie, że będzie was więcej…
I jest w tym wszystkim tak szczery i bezpretensjonalny, że mogę się tylko uśmiechnąć. Zwłaszcza, że na promocji skorzystaliśmy wszyscy.

Mexico pilot

Dla każdego jego promocja!

A skoro mowa o promocji, wróćmy jeszcze na chwilę do tej grupy sprzed dwóch lat, która podobnie jak my skończyła w całości na tarasie pułapki na turystów. Zaletą lokalizacji tego baru jest fakt, że widać z niego jak na dłoni nie tylko dużą część głównej ulicy miasta, ale też miejsce zbiórki. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że możesz do ostatniej chwili delektować się bąbelkami, zamiast stać w słońcu i czekać na resztę. Tak było i wtedy, tyle że okazało się, że podobną strategię obrała cała grupa i w godzinę W wszyscy wygodnie okupują barowe stoliki. No, prawie wszyscy. Bo oto w momencie, gdy paść ma właśnie hasło do wymarszu, pilot (wtedy to nie byłam na szczęście ja…) odkrywa, że brakuje jednej osoby. Kierowcy. I chociaż w moich wspomnieniach z wyjazdów często przewija się motyw zagubienia turysty, to zagubienie kierowcy to jednak wyższy poziom hardcore…

Pilot rusza więc na poszukiwania, sprawdza kolejne knajpy, zagląda do sklepików, przeciska się przez tłum na ulicy. Jego niespokojne miotanie się zauważa kelner, który uspokaja „daj mu jeszcze pięć minut”. Eeeee… Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić. Grupa siedzi wprawdzie spokojnie, ale napięcie rośnie. A co jeśli go porwali? Jeśli ktoś go napadł? Jeśli stała mu się krzywda? W głowie pojawiają się dramatyczne wizje, choć – patrząc obiektywnie – porwanie faceta, który ma jakieś 1.90 wzrostu i waży dobrze ponad sto kilo, chyba nie byłoby takie proste… Zanim pilot zdąży jednak podnieść alarm, wezwać na pomoc komandosów, marynarkę wojenną i Speedy Gonzalesa, znajdzie naszego bohatera wychodzącego z błogą miną z… baru ze striptizem…

– Steve, spóźniłeś się, martwiliśmy się… – zaczyna niespokojnie, ale ten wpada mu w słowo:
– Stary, mają tutaj takie promocje dla kierowców grup, że aż żal byłoby nie skorzystać!!! Takie… i takie… i takie… – wymachuje rękoma, lepiej niż słowami opisując, jak świetnie bawił się przez ostatnią godzinę. Po chwili reflektuje się. – Coś mówiłeś?
– A nic… – dobry pilot wie, kiedy ma do czynienia z przypadkiem beznadziejnym. – Po prostu zapnij suwak.

Droga do USA

 

Ale jak to nie mogę wrócić?

Wreszcie wracamy, choć tak trudno oderwać się od zimnego szkła, limonek, nachos i skocznych dżwięków gitar. Docieramy do granicy, gdzie okazuje się, że przy jej przekraczaniu w tę stronę strażnicy są znacznie mniej mili, a za to znacznie bardziej skrupulatni. Drobiazgowe kontrole dokumentów i torebek, poważne miny, uzbrojeni funkcjonariusze. Corona od razu wyparowuje z głowy… Wszyscy wydają się podchodzić do swoich obowiązków tak serio, że nawet Romek nie śmiałby wyciągnąć krakowskiej z kieszeni a Ilonka schowała aparat głęboko do torby razem z instynktem reporterskim. Kiedy już cała grupa przechodzi na drugą stronę, podchodzę do stanowiska i ja. Wręczam paszport, a poważny pan studiuje kolejne kartki i porównuje zdjęcie z moją twarzą. Oddaje mi dokumenty i mówi z kamienną twarzą – „niestety, nie mogę pani przepuścić, wygląd nie pasuje”.

Co?????????? Jak??????? Wprawdzie mam świadomość, że na zdjęciu wizowym wyglądam, jakbym odsiadywała właśnie dożywocie za podwójne morderstwo, no ale bez przesady. Przecież ja, to ja! Coś pan oszalał, okulary se kup – mam ochotę mu powiedzieć, ale zastanawiam się nad doborem bardziej dyplomatycznych słów. Zanim jednak coś wykrztuszę, koleś dodaje, wskazując na moją koszulkę: „taki strój zobowiązuje, gdzie jest mój uśmiech?”. Strój? Uśmiech? Co to jakaś ukryta kamera? Mija kilka sekund, zanim zdołam zajarzyć, co chodzi, a zagadka jest nadzwyczaj banalna – na koszulce mam uśmiech z napisem „for you, splendid smile” i strażnik postanawia potraktować mój uśmiech jako przepustkę do USA. Szkoda tylko, że żartowniś zapomina się uśmiechnąć. Pewnie mu twarz stężała w tym znudzono-strasznym grymasie, który prezentuje na co dzień…

Tijuana granica

I Jadzia też?

Ale wiecie co? Taki żartowniś to mały pikuś, a cała scena jest nawet zabawna. Znacznie bardziej niż to, co przeżyła tamta grupa sprzed dwóch lat… Pamiętacie, jak pytałam moich turystów o paszporty? Pamiętacie, jak ich to oburzyło? No cóż… To nie był przypadek.

W TAMTEJ grupie, która zresztą obrosła już trochę legendą, była sobie pani, nazwijmy ją, Jadzia, która podróżowała z towarzystwie męża, nazwijmy go Mirkiem. Dając się we znaki zarówno jemu, jak i reszcie grupy. Złoty człowiek cierpliwie znosił jej fochy, urojone problemy, pretensje o nic. Nosił walizki, masował stopy, łagodził paranoje. Aż w końcu okazało się, że nasza Jadzia postanowiła być bardziej przezorna niż reszta grupy i zostawiła w hotelu wprawdzie nie paszport – o co to, to nie, nie jest przecież idiotką! – ale żółtą karteczkę, którą funkcjonariusz imigracyjny przypina do paszportu jako potwierdzenie legalnego wjazdu do kraju, a którą wyrywa przy wylocie, zamykając okres pobytu turysty na terenie USA. W czasie wkraczania do Tijuany nikt braku nie zauważył, bo też nikt nawet nie prosił o paszport. Za to na powrocie sytuacja się zmieniła… Bo opuścić Amerykę jest łatwo, ale wrócić do niej już nie tak bardzo….

I oto podchodzi nasza Jadzia, jeszcze niczego nieświadoma, do funkcjonariusza o kamiennej twarzy, wręcza mu paszport i… no cóż… takie słowa jak „problem”, „illegal”, „arrest” potrafi zrozumieć nawet ktoś, kto – jak ona – nie zna angielskiego. Ale Jadzia się szczypać nie zamierza. Jak nie może wjechać do USA? Jak nielegalnie? Jaki problem? Nie będzie jej tu jakiś cwaniak psuł wakacji. Zdecydowanym ruchem wyszarpuje mu paszport z ręki, odsuwa go – oniemiałego – na bok i rusza przed siebie, ku amerykańskiemu snowi. Jeśli jednak myślicie, że tak to się skończy, to nie doceniacie amerykańskiego systemu obronnego. Po kilku sekundach paraliżu, który wynikał chyba po prostu ze zadziwienia Jadziową bezczelnością, strażnicy bez wahania sięgają po broń. „Stop, don`t move!” – niosą się zdecydowane głosy, podrywając na baczność wszystkich w okolicy. Poza Jadzią. „No przecież nic nie mówię” – odpowiada kobieta i prze przed siebie jak lodołamacz. I pewnie by została nasza Jadzia obezwładniona i aresztowana, gdyby do akcji nie wkroczył zdesperowany pilot, który – nie bez problemów – załagodził sprawę i ubłagał szefa placówki, żeby pozwolił naszemu kierowcy z Mirkiem pojechać do hotelu po brakującą żółtą karteczkę. I tylko Mirek markotnie mamrotał pod nosem: „a może byśmy tak po nią nie wracali?”

 

Nam na szczęście udaje się uniknąć takich ekstremalnych atrakcji. Kiedy meldujemy się w hotelu w głowach szumi nam, od nadmiaru wrażeń oczywiście. A przecież jutro czeka kolejny dzień! Gotowi na londyński klimat w środku amerykańskiego pustkowia?

 

A jeśli chcecie się dowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy naszej grupy na amerykańskiej ziemi, odkrywać z nami Zachodnie Wybrzeże, poznać bliżej panią Krysię o złotym sercu, szaloną reporterkę Ilonkę, Jadzię o Kamiennej Twarzy i kilka innych fascynujących postaci, to zaglądajcie tutaj w każdy czwartek, bo najbliższe tygodnie odbędą się pod hasłem „God bless America”.

 

Zajrzyjcie też do poprzednich części pilockiej relacji z Wielkiej wyprawy do USA – część 1, część 2, część 3, część 4, część 5

14 Responses

  1. Czytając Twoją relację z Tijuany czułam się, jakbym tam była z Wami. Świetna przygoda, a tej chwili w Meksyku bardzo Ci zazdroszczę (pozytywnie oczywiście). To musi być niezłe doświadczenie przenieść się w mgnieniu oka z prawowitej Ameryki do luźnego Meksyku.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dokładnie tak było – przeskok w inny świat! Szkoda że Tijuana robi się podobno coraz bardziej niebezpieczna dla turystów 🙁

  2. Anna
    | Odpowiedz

    Ciekawa jestem takich imprez w meksykańskim stylu. 😉

  3. Meksyk – marzę, żeby tam pojechać ze względów kulinarnych 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Wróciłam potem do Meksyku na dłuższe wojaże i powiem Ci, że tak pysznie jak tam, to chyba w niewielu miejscach jadłam 🙂 ale ja uwielbiam na ostro i te wszystkie papryczki i salsy to dla mnie raj!

  4. Wioletta
    | Odpowiedz

    bardzo ciekawy artykuł. Od dłuższego czasu planujemy z mężem podróż po Amertyce, a w poście znalazłam dużo inspiracji

  5. Mondro
    | Odpowiedz

    A mnie tak ta Ameryka fascynuje, że chyba zacznę odkładać pieniądza na wycieczkę marzeń. Jeszcze Meksyk właśnie, Kuba, ale bez obstawy bym się nie ruszyła 😉
    Świetny wpis, fajnie, zabawnie napisane, lubię takie posty z historiami z życia wziętymi 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂
      Mi się też Kuba marzy! Żeby tak posalsować na ulicy 🙂

  6. Widzę, że macie niezłe przygody 😀 Fajny pomysł na jednodniową wycieczkę, blisko a zarazem zupełnie inny “klimat” . Oby mniej takich Jadzi na pokładzie 😉

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Takie Jadzie dają nieźle w kośćcałej grupie. Dopiero z dystansu można się z nich pośmiać 🙂

  7. Wspaniała podróż!

  8. Słońce
    | Odpowiedz

    Fajna opowieść 😉 też poczułam się, jakbym tam była z Wami.

Skomentuj