Wielka wyprawa do USA – Wielki Kanion Kolorado

with 12 komentarzy

Wielki KanionJeśli miałabym wskazać jeden moment, na który moja grupa w czasie tej podróży czekała szczególnie, to musiałby to być Wielki Kanion. No bo kto o nim nie słyszał? Przyrodnicza legenda, cud świata natury, jeden z najstarszych parków narodowych w USA. W praktyce – wielka, ogromna dziura w ziemi, na dnie której można zobaczyć wijącą się wstążkę rzeki Kolorado. A wzdłuż krawędzi tłumy ludzi, którzy ten cud przyjeżdżają oglądać.

Route 66

Droga-matka

Zanim dotrzemy do Wielkiego Kanionu, czeka nas przejazd legendarną Route 66. Zwana niegdyś matką wszystkich amerykańskich dróg, dzisiaj nie ma już nawet statusu autostrady, ale, paradoksalnie, może to właśnie zwiększa jej atrakcyjność. Zamiast wypasionej infrastruktury, nowoczesnych restauracji i parkingów, czekają tu na podróżnych miejsca, w których czas jakby się zatrzymał. Czekają na turystów, którzy w tę atmosferę wpadają jak śliwka w kompot. My też!

No bo jak można się nie zakochać w tych samochodach jak z gangsterskich filmów stojących przed lokalami wyglądającymi jak westernowe saloony. Jak można nie uśmiechnąć się szeroko na widok grającej szafy, plakatów z Marylin Monroe, charakterystycznych barowych stołków i baru szorowanego leniwym ruchem przez barmana. Podobno Route 66 wielu rozczarowuje, ale nas czaruje, wciąga, zachwyca. Nawet pomimo kiczu, którego czasem nie da się nie dostrzec.

Najbardziej zachwyca chyba Ilonkę, która ze swoim aparatem wydaje się być wszędzie, włącznie z męską toaletą wyklejoną w całości plakatami pań w bardzo nieobyczajnych pozach. Gdzie się nie obejrzymy, gdzie się nie zatrzymamy, tam Ilonka już klika, pstryka, ustawia przypadkowych turystów do rodzajowych scenek w klimacie retro. Na jednym z parkingów dzieli się ze mną i z Krysią swoim zachwytem z całej tej wycieczki, bo – jak się okazuje – wróciła dopiero co z Azji, gdzie było znacznie mniej cywilizowanie.

– I wiecie, dziewczynki, tutaj to jest super! Nawet na takim zadupiu, nie musisz się niczego bać. Bo w tej Azji to ciągle jakieś jaszczurki, robale, pająki. A ja się tak strasznie, strasznie boję pająków – opowiada gorliwie, jednocześnie przesuwając nas to na prawo, to na lewo w poszukiwaniu idealnego kadru (nie żebyśmy prosiły o zdjęcie), a w końcu gramoląc się w krzaki za swoimi plecami.
– A węży to Ty się nie boisz, Ilonko? – pyta niewinnie Krysia.
– O matko! Węży to najbardziej na świecie – deklaruje nasza fotoreporterka.
– A to w takim razie, ja bym się na twoim miejscu odwróciła…
I wtedy Ilonka odwraca się i odkrywa, że opiera się o taki właśnie znak

Route 66 wąż
– O Jezusie Maryjo!!! – ten krzyk było słychać w promieniu wielu, wielu kilometrów. A Ilonka na następnych przystankach jakoś mniej dziarsko wysiadała z autobusu.

 

Williams

O matko, wszyscy tu zginiemy!

Po południu docieramy do urokliwego Williams zwanego Bramą do Wielkiego Kanionu. Miasto zachwyca klimatem dzikiego zachodu, na który składają się historyczne budynki, stylizowane lokale i kowbojskie show, które zaskakuje nieświadomych niczego turystów. Bo oto idziemy sobie ulicą w poszukiwaniu jakiegoś fajnego miejsca na obiad, kiedy nagle zaczyna się jakaś przepychanka. Słyszymy podniesione męskie głosy, damskie piski, odgłosy szarpaniny. Ilonka, po grzechotnikowym ostrzeżeniu mocno już wątpiąca w cywilizację na tych terenach, bierze mnie pod ramię, jakby liczyła na to, że w razie niebezpieczeństwa osłonię ją własną piersią.

– Zginiemy tu wszyscy, Ewelinko – szepcze mi do ucha, a ja uśmiecham się tylko pokrzepiająco, bo tutaj akurat mam przewagę – przyprowadziłam tu grupę nieprzypadkowo i bardzo dobrze wiem, co się święci.

Mija dobra chwila, zanim zgromadzony tłum zorientuje się, że wszyscy bierzemy właśnie udział w ulicznym przedstawieniu rodem z westernu. Jest wąsaty szeryf z gwiazdą na kamizelce, jest rzezimieszek, który wyzywa go na pojedynek w samo południe, są – a jakże – lekko już przywiędłe damy lekkich obyczajów w kolorowych strojach z epoki. Do zabawy wciągani są także przypadkowi przechodnie, a całość odbywa się na tyle płynnie i zgrabnie, że nawet osoby nie znające angielskiego mogą się zaangażować w historię.

– Super pomysł – zachwycają się moje turystki, choć przypuszczam, że ich zachwyt podsyca znacząco fakt, że rola szeryfa (niestety zdjęcia brak!) przypadła prawdziwemu przystojniakowi.

Williams kowboj

 

Jeśli stek, to tylko na dzikim zachodzie

W końcu trafiamy do klimatycznego lokalu, który szczyci się tym, że jego specjalnością są najlepsze steki w całym stanie. Grzechem byłoby nie spróbować! Zajmujemy miejsca i już po chwili sączymy bąbelkujące napoje, kontemplując kartę dań.

– Co pani nam poleci? – pytam zmęczonej życiem młodziutkiej kelnerki.
– Nic. Wszystko to fucking shit – rzuca krótko, obraca się na pięcie i wychodzi…

Zapada cisza. Choć większość grupy nie mówi zbyt dobrze po angielsku, to akurat to sformułowanie rozumieją wszyscy. Chwila konsternacji. Z kuchni dochodzą zachęcające zapachy, ale po takiej reklamie… Mija ledwie klika sekund, kiedy podchodzi do nas kucharz i, jak się okazuje, właściciel lokalu. Wyjaśnia, że kelnerka to jego córka-wegetarianka, którą tata wielbiciel steków miał nadzieję przekonać do mięsa, oferując jej wakacyjną pracę we własnym lokalu. Taktyka, jak się okazuje, zawiodła, ale za to, w ramach przeprosin, pan obiecuje nam super ekstra wypasione steki.

– Medium dla wszystkich? – pyta jakby pro forma, ale ja ośmielam się zaprotestować i poprosić o stek wypieczony.

Błąd. Bidulek blednie w oczach, jakbym właśnie rozerwała mu serce na strzępy. I nie, on nawet się nie złości, tylko wyraźnie cierpi, cierpi na myśl, że musi tak „zniszczyć” mięso. Już zaczyna mi się robić go żal i rozważam nawet zmianę zamówienia, kiedy nasz szef kuchni nagle… się uśmiecha. Spogląda na mnie, na moją szklankę z wodą mineralną, która – taka bezalkoholowa – samotnie stoi pośród kufli zimnego piwa, puszcza porozumiewawcze oczko. – W odmiennym stanie panie mają prawo do zachcianek – mówi, a ja tylko odwzajemniam uśmiech i nie wyprowadzam z błędu. Bo co mam mu powiedzieć? Że zwyczajnie nie lubię niedopieczonego mięsa? Niech już sobie biedaczek myśli, co tam chce.

Wychodzi na to, że jednak bluzka w poziome paski rzeczywiście pogrubia…

Wielki Kanion

Ale żeby TAKI stek?

Nasz szef kuchni oddala się więc do garów, kiedy odkrywamy, że zamawiając posiłek zapomnieliśmy o Krysi, która wyszła przypudrować nosek. Oferuję pomoc, ale Krysiulka (to ta od walizki, pamiętacie? Jeśli nie, to zajrzyjcie TUTAJ), która z biegiem czasu staje się coraz bardziej rezolutna, twierdzi, że pójdzie do baru i poradzi sobie sama. Upewnia się tylko, jak powiedzieć piwo i stek. No to spoko!

Po jakimś czasie nasze talerze zaczynają wjeżdżać na stół i tylko Krysia siedzi dalej bez jedzonka i, co dziwniejsze, bez napoju. W końcu pojawia się także jej talerz. Gdzie tam talerz. Talerzysko!!! A na nim największy chyba stek, jaki kiedykolwiek widziałam. Krysiulka blednie. „Ewelinko, to moje? Taką górą mięsa, to ja bym wykarmiła rodzinę na niedzielnym obiedzie” – szepcze do mnie rozpaczliwie. Wystarczy kilka zdań, żeby okazało się, że zamiast „beer and steak” nasza koleżanka zamówiła „biggest steak” a nawet „the biggest steak”, bo jej się przypomniało, że trzeba użyć rodzajnika…

No i teraz siedzi bidulka nad tym stekiem, dzielnie wcina, ale mięsa na talerzu nie ubywa. A ona coraz bardziej markotna, ku zmartwieniu właściciela, który co kilka minut podchodzi, żeby upewnić się, że wszyscy jesteśmy w kulinarnym niebie, a Krysia szczególnie, bo – jak się okazuje – zamówiła jego popisowe danie. A im bardziej on się o Krysię niepokoi, tym bardziej ona staje się markotna. Błędne koło jakieś. Mniej więcej w połowie porcji kobiecina poddaje się i z rezygnacją odkłada sztućce. Trudno nie dostrzec smutku na jej twarzy.

– Co się dzieje, Krysiu? Nie smakuje Ci? – pytam.
– A smakuje, smakuje. Tylko, że już nie mogę, bo zaraz pęknę – odpowiada ona, a ja się wcale nie dziwię, bo widuję jej obiadowe porcje i mam wrażenie, że właśnie najadła się na cały najbliższy tydzień.
– No ale nie musisz zjeść całego przecież – uspokajam.
– Niby tak. Ale zobacz, jak on się przejmuje, czy mi smakuje. Przecież mu serce pęknie, jak ja to zostawię – wyznaje poczciwa dusza.
– Nic się nie bój. Ja zamówiłam stek dobrze wysmażony, jego serce już i tak jest w strzępach – zamykam temat, a Krysia oddycha z ulgą. W końcu ona też jest wielką wielbicielką medium rare…

Wielki Kanion

Wielki Wielki Kanion

Kolejny dzień przeznaczamy w całości na spotkanie z Wielkim Kanionem. Zanim staniemy z nim twarzą w twarz część grupy wybiera się na przelot helikopterem. Podwozimy ich na lotnisko. Odbieram bilety, przekazuję zasady bezpieczeństwa i wyprowadzam śmiałków na płytę lotniska.

– O matko! – woła Krysia (a jakże, znowu ona!). – Ja nie lecę!
– Ale jak to, Krysiu? Co się stało? – pytam, starając się zachować spokój.
– Bo ja mam lęk wysokości – odpowiada ona, a po chwili dodaje, widząc moje spojrzenie pod hasłem WTF? – Straszny lęk wysokości. Od zawsze mam.
– Ale, Krysiu… To dlaczego zapisałaś się na przelot?
– No bo… Bo ja nie myślałam, że ten helikopter jest taki prawdziwy.

Noż kuffa… A jaki ma być? Z plasteliny? – mam ochotę zawołać, ale milczę dyplomatycznie. No bo cóż tu można dodać? Biletu zwrócić się nie da, stówka zielonych przepada, a Krysia jest w rozsypce… Zastanawiam się właśnie, czy nie spróbować zabawić się w konika i nie odsprzedać biletu komuś stojącemu dopiero w kolejce, kiedy na ratunek przybywa mi Jadzia, Krysiowa współlokatorka i decyduje się przejąć jej miejsce. Oddycham z ulgą, a Krysia razem ze mną.

Wielki Kanion

W oczekiwaniu na „latających” reszta grupy siedzi w pluszowych fotelach, robi zakupy w sklepiku z pamiątkami, sączy kawę. Wreszcie wracają, rozemocjonowani, podekscytowani.

– Niesamowicie było! Co za widoki! Genialnie! – zdaje mi relację nasza hipiska Elka. – I wiesz, co się stało? Tak sobie lecimy i nagle takie jakby turbulencje! Taki skok, powiew wiatru. My wszyscy spietrani. Ja się upociłam po gacie. Patrzę na Jadźkę, a ona luzik. Wygląda sobie przez okno, zero stresu. Nawet jej brewka nie pyknęła…

– Ona tak ma – wtrąca się Krysia.
– Ale jak? Że taka odważna jest?
– Nie. Że ma ciągle taką samą twarz.
– Eeeee… Jak ciągle? Od dziecka czy co? Długo się znacie? – pytam.
– A nie… Ja to jej prawie nie znam. Bo miałam jechać z inną koleżanką, ale ona zachorowała. I musiałabym płacić za jedynkę. I poszłam do fryzjera, a ona też tam była. Taka smutna jakaś się wydawała. No to ją namówiłam, żeby pojechała ze mną do USA. No żeby jej się miło zrobiło – wyjaśnia nasza babunia złote serduszko.
– A nie boisz się, że ona może być… na przykład… jakimś seryjnym mordercą? – pyta nagle Elka, a ja mam ochotę kopnąć ją w… kostkę, powiedzmy.
– No teraz to już się boje – odpowiada Krysiulka, a ja już wiem, że będzie ciekawie.

 

Wielki Kanion

Po co Ci mapa?

Zaliczywszy jeszcze wizytę w kinie IMAX, gdzie można obejrzeć nagranie z przelotu helikopterem nad kanionem (w czasie którego, nawiasem mówiąc, Krysia kurczowo trzyma mnie za rękę, jakby umknęło jej, że nasze fotele są twardo przymocowane do ziemi i żaden upadek nam nie grozi), docieramy w końcu nad południową krawędź.

To są takie momenty, które trudno jest opisać. Ogrom, przestrzeń, bezmiar. Siła przyrody. Jakoś brakuje słów w obliczu giganta, na którego się czekało i który nie zawodzi. Pogoda jest piękna, turyści jakoś tak rozproszeni, że nie przeszkadzają w obcowaniu z naturą, a do tego mamy masę czasu, bo program jest zaplanowany tak, żeby można tu było w spokoju spędzić większą część dnia.

I ruszamy przed siebie niespiesznie. Wzdłuż krawędzi, każdy na własną rękę i w swoim tempie, żeby na koniec spotkać się w wyznaczonym punkcie, gdzie odbierze nas autobus. Droga prosta jak z bicza strzelił, więc tym bardziej dziwię się, kiedy podchodzi do mnie jedna z turystek, Ola, z mapą w ręku.

– Weź mi tu zaznacz – prosi nieśmiało – kible na trasie. Muszę zaplanować odcinki marszu. Bo mi chyba wczorajszy stek wychodzi bokiem. A w zasadzie to nie bokiem…

Oferuję pomoc, wizytę u lekarza w razie potrzeby, ale ona uspokaja mnie, że wszystko jest OK i sytuację ma pod kontrolą. Zgodnie z życzeniem stawiam więc krzyżyki na mapie, a potem ruszam w drogę tak, żeby ewentualnie zgarnąć ją z trasy, gdyby poczuła się gorzej.

Kiedy spotykamy się na końcu, widzę, że jest zadowolona, choć ewidentnie zmęczona.

– Już mi lepiej – deklaruje z uśmiechem, a ja jeszcze nie wiem, że to dopiero początek…

Wielki Kanion

Wielki Kanion pilot

 

Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy naszej grupy na amerykańskiej ziemi, odkrywać z nami  Zachodnie Wybrzeże, poznać bliżej panią Krysię o złotym sercu, szaloną reporterkę Ilonkę, Jadzię o Kamiennej Twarzy i kilka innych fascynujących postaci, to zaglądajcie tutaj w każdy czwartek, bo najbliższe tygodnie odbędą się pod hasłem „God bless America”.

12 Responses

  1. Agata
    | Odpowiedz

    Piękne miejsca są na naszej Ziemi

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      A jaki jest Twój faworyt? Albo podróżnicze marzenie?

  2. Zdjęcia fantastyczne, zapierają dech w piersiach. Dobrze, że czasem mogę wirtualnie z Wami podróżować 🙂

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Zapraszam 🙂 mamy jeszcze trochę do pokazania 😉

  3. Uwielbiam takie blogi! Nie dość ze dodają mnóstwo pozytywnej energii to jeszcze można sobie wirtualnie podróżować 🙂
    Super!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Dziękuję za miłe słowa. Fajnie wiedzieć, że daje się komuś zastrzyk pozytywnej energii.

  4. Olka
    | Odpowiedz

    Kanion Kolorado to takie miejsce, które chyba każdy chciałby zobaczyć choć raz w życiu. Ogrom tego terenu, jego niesamowite ukształtowanie, kolory i ta przestrzeń! Coś wspaniałego 🙂 Mam nadzieję, że kiedyś dane mi będzie wybrać się do Stanów, by zobaczyć m.in. kanion.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      W naszym czasach to bliżej niż się wydaje 🙂 wystarczy tylko zapolować na bilet w atrakcyjnej cenie…

  5. Kaja
    | Odpowiedz

    Rewelacja!!!! Zazdroszczę, chciałabym kiedyś pojechać do USA.

  6. Monia
    | Odpowiedz

    O Mamusiu! Jak Ty super piszesz tę historię:) Bardzo mi się podoba! pani Krysia jest super! Ale ja to bym nigdy nie zrezygnowała z lotu helikopterem. Jej, jak ja bardzo chcę do USA! Marzę, by zobaczyć Wielki Kanion na żywo:) Mam nadzieję, że uda się zorganizować moją podróż poślubną po USA:)

  7. Dominik
    | Odpowiedz

    zazdroszczę Ci takiej przygody <3

Skomentuj