Wrzesień, czyli… egzamin z empatii

with Brak komentarzy
wrzesień

Jak co roku we wrześniu internetowe grupy zalewają tematy związane z adaptacją dzieci w żłobkach, szkołach, przedszkolach. Akurat teraz temat dotyczy mnie tylko pośrednio, bo moje dzieci wróciły do szkoły i grup, które już znają. Są nowi nauczyciele, nowe sale, nowe lekcje, ale ta stała, znajoma baza daje poczucie bezpieczeństwa, które pozwala im łatwiej poradzić sobie z wyzwaniami. Czytam jednak opowieści innych rodziców, i coś mnie zalewa. Złość, żal, smutek. Że oto my, dorośli, po raz kolejny oblewamy nasz wrześniowy egzamin z empatii.

Czytam o dzieciach siłą wyrywanych rodzicom w progu przedszkolnej sali. O trzylatkach, które słyszą, że nie ma o co płakać, że zobacz, Asia wcale nie płacze a ty się mażesz, że mają się wziąć w garść i nie przesadzać. Czytam o siedmiolatkach, które w pierwszym dniu szkoły, na progu wielkiego nieznanego, słyszą, że muszą być dzielne, że wstyd tak płakać, że nikt już się nie będzie nad nimi roztkliwiał jak nad dzidziusiami. Czytam o tych wszystkich zasadach, o dyscyplinie, rygorze, o tym chodzeniu jak w zegarku. I w głowie mi się nie mieści, że tacy jesteśmy jacyś niedomyślni, niewrażliwi, ograniczeni w naszym dorosłym postrzeganiu rzeczywistości, jakbyśmy nigdy sami dziećmi nie byli.

Czy to naprawdę takie trudne?

Czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić, co czuje trzylatek, dotąd bezpieczny w ramionach mamy, który wchodzi w obce miejsce, w tłum obcych dzieci i dorosłych, tracąc jedyny znany punkt odniesienia? Czy tak trudno wyobrazić sobie jego niepokój, jego wątpliwości, jego potrzebę bliskości? Jego strach, że sobie nie poradzi, że się zgubi, że się posiusia, zanim zdąży do toalety. Że może mama po niego nie wróci?

Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, co czuje pierwszoklasista, który staje na progu szkoły, na progu nowej, wielkiej, ale i przerażającej przygody? Czy tak trudno zrozumieć, że boi się, czy sobie da radę, czy pani będzie miła, czy znajdzie właściwą salę, czy nowi koledzy go polubią? Czy tak trudno ogarnąć myślą, że nawet jeśli cieszy się i ekscytuje na myśl o nowych wyzwaniach, to kipi też od innych, mniej przyjemnych, trudniejszych emocji, z którymi sam może sobie nie poradzić?

Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że niektóre dzieci łatwiej i szybciej odnajdują się w nowej sytuacji, a inne potrzebują dni, tygodni, miesięcy nawet, żeby poczuć się bezpiecznie w nowym miejscu i z nowymi ludźmi?

A gdyby tak…

Tak bym chciała, żebyśmy w takich momentach potrafili sobie przypomnieć te chwile, gdy i nam było tak trudno. Pierwszy dzień w nowej pracy, kiedy najwyższym wysiłkiem woli hamowaliśmy drżenie rąk przed powitaniem z nowym szefem. Tamtą imprezę u Magdy, która nagle zniknęła zostawiając nas w towarzystwie znających się między sobą, a zupełnie nam obcych ludzi – nasze napięte mięśnie, pocące się dłonie i sztuczny uśmiech przyklejony do twarzy. Tamten egzamin na prawo jazdy, kiedy w nerwach nie mogliśmy trafić kluczykiem do stacyjki i bez sensu dusiliśmy pedał gazu, zapominając o wrzuceniu jedynki. Tamtą pierwszą podróż za granicę okupioną nieprzespaną nocą, bólem brzucha i dodatkową godziną oczekiwania na lotnisku, na które na wszelki wypadek dojechaliśmy dużo za szybko.

Może gdybyśmy my, dorośli, mieli lepszą pamięć, naszym dzieciom łatwiej by się wchodziło w te nowe światy. Może potrafilibyśmy wtedy odwiesić na półkę naszą dorosłość, niecierpliwość, niezrozumienie. Nasze wymagania, oczekiwania i regulaminy. Może pochylilibyśmy się nad tymi emocjami, które ktoś kiedyś nauczył nas tłumić, przyklejając im etykietkę wstydliwych, niepotrzebnych, głupich. Zamiast pustych słów dali zrozumienie. Zamiast pośpiechu – obecność. Zamiast przymusu i porównywania – akceptację.

Co nas to kosztuje?

żeby zestresowaną pięciolatkę przywitać serdecznym „Miło cię znów widzieć, Aniu”, zamiast walić ją od wejścia surowym „na powitanie wypadałoby powiedzieć dzień dobry”?

żeby trzylatkowi powiedzieć, „rozumiem, że się boisz, trzeba trochę czasu, żeby poczuć się bezpiecznie w nowym miejscu. Chodź, poznamy je razem!”?

żeby siedmiolatka wesprzeć słowami: „pierwszy dzień w szkole to wielkie emocje, pamiętam to, możesz na mnie liczyć”?

I jeszcze powiedzieć każdemu z nich: „wcale nie musisz być dzielny”, „masz prawo czuć to, co czujesz”, „jestem przy tobie”. I jeszcze „kocham cię takiego, jaki jesteś”.

Wymarzony wrzesień

Marzy mi się taki świat, w którym wrzesień nie kojarzy się nikomu ze stresem. W którym na nasze dzieci czekają placówki i ludzie, dla których liczą się nie tylko nauka, nie tylko osiągnięcia, nie tylko regulaminy, plany zajęć, metody nauczania i zawody. W których liczy się dziecko – jego bezpieczeństwo, samopoczucie, dobrostan, indywidualny rozwój. W którym dzieciom i rodzicom daje się tyle czasu, ile tego potrzebują.

Tak, wiem, jest coraz więcej takich pięknych miejsc, ale ciągle to jednak tylko wyjątki od brutalnej rzeczywistości. Oby kiedyś to właśnie takie podejście stało się regułą. Dopiero wtedy my, dorośli, będziemy mogli uznać, że zdaliśmy ten nasz wrześniowy egzamin z empatii.

Może Ci się też spodobać:

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj