Zakładnicy dziecięcego smutku

with 4 komentarze

dziecięce smutkiChcemy, żeby były szczęśliwe. Od pierwszego oddechu, pierwszego krzyku, pierwszych łez, nosimy, tulimy, bujamy. Wyrównać chcemy wszystkie drogi, przeszkody usunąć, smutki rozwiać. Nawet te najmniejsze. Żeby były radosne. Żeby się uśmiechały. Żeby ich oczy błyszczały szczęściem, nie łzami. Stajemy na głowie, robimy wszystko, co możemy. Najczęściej bezskutecznie. My, rodzice. Zakładnicy dziecięcego smutku.

 

Kiedy obserwuję rodziców wokół mnie, kiedy rozmawiam z zaprzyjaźnionymi mamami, jak refren powraca troska o to, żeby dziecko było szczęśliwe. I dobrze, bo co innego miałoby być naszą największą troską, jak nie dobro naszych skarbów. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy nasze wyobrażenie o tym dziecięcym szczęściu przybiera formy iście sielankowe. Bez miejsca na porażki, bez miejsca na rozczarowania, bez miejsca na łzy. Kiedy cała nasza energia skupia się na tym, żeby dziecko żyło radośnie i bez trosk. Kiedy zrobimy wszystko, dosłownie wszystko, żeby nie musiało nigdy płakać.

 

Nie róbmy tego sobie!

Można stawać na głowie, żeby dziecka nie dotykały żadne przykrości. Otoczyć ochronnym kloszem. Awanturę zrobić w przedszkolu, jak ta mama, co oburzyła się, że jej córka nie została zaproszona na urodziny koleżanki z grupy. Dzieci sąsiadów przekupić, żeby jednak bawiły się z naszym najwspanialszym synkiem. Nową lalkę kupić w miejsce zniszczonej, a wrzucone do sedesu lego uzupełnić na specjalne zamówienie. Stłuczone kolanko “wyleczyć” górą cukierków albo dodatkową godziną gry na komputerze.

W przestrachu przed rozpaczą, z sercem ściśniętym na widok płynących po policzku grochów, ze współczuciem, że boli, czy to ciało, czy dusza, szukamy, kombinujemy, rozpaczliwie chwytamy się wszystkiego, co może odwrócić uwagę, osłodzić smutki, złagodzić ból. Każdy smutek traktujemy jako własną porażkę rodzicielską, rozpamiętujemy jej przyczyny, zastanawiamy się, co można było zrobić lepiej, inaczej, szybciej. Wpadamy w paranoję jakąś, jakbyśmy właśnie walczyli o szóstkę na egzaminie na najlepszą matkę świata. Tylko czy na tym właśnie polega dobre i mądre macierzyństwo? Na nieustannej ochronie dziecka i nieustannym obwinianiu siebie?

 

Nie róbmy tego światu!

Dziecko przyzwyczajone do tego, że rodzice zrobią wszystko, by tylko ukoić jego łzy, może się zmienić w roszczeniowego dorosłego, który na cały świat rozciągnie swoje oczekiwania i wymagania. Wpadnie w pułapkę oczekiwań, bezpodstawnych przecież, że wszyscy i wszystko musi się dopasować do jego potrzeb. Żeby tylko nie było mu smutno. Żeby tylko nie było mu źle.

W świecie takiego dorosłego łzy stają się nie tylko wyrazem emocji, ale też – a może przede wszystkim – orężem. Żeby wygrać uwagę i uległość tam, gdzie nie działają zdroworozsądkowe argumenty i poszukiwanie kompromisu. Skoro tak nie lubimy w swoim otoczeniu emocjonalnych szantażystów, to może ich nie “hodujmy”?

 

Nie róbmy tego dziecku!

A więc jest szczęśliwe, jest wesołe, jest radosne. Przeszkody znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, smutki się rozwiewają, rozczarowania giną w natłoku wynagrodzeń i przyjemności. A potem przychodzi czas na wyjście z domu. Magiczna tarcza ochronna znika i dziecko odkrywa z przerażeniem, że to jednak tak nie działa. Że świat bywa niefajny. Że świat bywa niesprawiedliwy. I że – co gorsza – nikt może nie zwrócić uwagi na jego uczucia, nikt może nie przejąć się jego łzami. I jest w tej sytuacji zupełnie bezradne.

Bo, czy nam się to podoba, czy nie, świat to nie lukrowany tort, wesołe miasteczko, śmiechy i żarty. A naszą, rodziców, rolą jest przygotowanie dziecka do tego także, żeby potrafiło sobie radzić z negatywnymi, trudnymi emocjami, które ten świat może i na pewno będzie nie raz wywoływał. I to właśnie, a nie bezgraniczna i bezsensowna – choć przecież w dobrej wierze! -ochrona, jest znacznie lepszą inwestycją w szczęśliwą przyszłość dziecka.

 

Pozwól dziecku się smucić!

Właśnie tak. Często desperacko staramy się chronić dzieci przed przykrościami, ale – choć może zabrzmi to okrutnie – mają one prawo przeżywać w swoim życiu cały wachlarz emocji. Tych trudnych też. Smucić się, że koleżanka wolała grać w gumę z kimś innym. Płakać, że nie możemy mieć szczeniaczka. Rozpaczać się i złościć, że nie można zjeść całej tabliczki czekolady na kolacje. Albo że wymarzona lalka ma buty z kokardką a nie koralikami.

I nie, nie chodzi o to, żeby zostawiać dziecko same z jego emocjami. Żeby nie szukać rozwiązań. Żeby obrócić się na pięcie i nie patrzeć na łzy, albo bagatelizować je, bo przecież nic się nie stało i jak można płakać o takie głupoty. Prawem proporcji – problemy, które są małe dla nas, dorosłych, dla naszych małych dzieci mogą być ogromne. I negowanie ich na pewno nic nie zmieni.

 

Co więc zrobić?

Zaakceptować – zrozumieć – wesprzeć. Tak właśnie. Tak najprościej. Pokazać dziecku, że bycie smutnym jest w porządku, jest normalne. Zrozumieć samemu i pomóc zrozumieć jemu tego smutku przyczyny. Nazwać emocje, powiedzieć głośno i prosto to, co w małej głowie i małym sercu buzuje prawdziwym wulkanem. Wesprzeć – jeśli nie radą i wspólnie wymyślonym rozwiązaniem – to przynajmniej obecnością, ciepłem, przytuleniem, mądrym słowem. Zaproponować, albo poszukać wspólnie sposobu na przeżycie tego smutku, wyrażenie go i uwolnienie bez szkodzenia sobie i innym.

 

W poszukiwaniu sposobu na uszczęśliwienie naszych dzieci, wpadamy czasem w pułapkę i robimy wszystko, żeby tylko uśmiech nie schodził z ich twarzy. Spełniamy zachcianki, uprzedzamy życzenia, ulegamy żądaniom. My, zakładnicy dziecięcych smutków, w wiecznej pogoni za szczęściem. Ich szczęściem. Warto, żebyśmy sobie uświadomili i zapamiętali, że dziecko, które bywa smutne, to nie to samo, co dziecko nieszczęśliwe. I że każdy człowiek, także ten mały, ma prawo do łez.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

4 Responses

  1. Gabi
    | Odpowiedz

    Świetnie, że zwróciłas uwagę na to zjawisko nadmiernego uszczęśliwiania dzieci przez rodziców. Jak wiele mamy teraz osób mało odpornych psychicznie? Nieradzących sobie z drobnymi problemami? To niestety “zasługa” rodziców usuwających wszelkie kłody spod nóg ukochanym dzieciom, nie pozwalającym im na naukę i przystosowanie się do prawdziwego życia. A niech popłacze, a niech dozna uczucie odrzucenia, zazdrości, gniewu. Rodzic ma byc jak drogowskaz a nie jak tarcza ochronna.

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Chyba każda skrajność jest po prostu niedobra. Niedobrze robić wszystko, żeby tylko dziecko było zadowolone, ale i niedobrze stawiać przed nim zadania ponad siły. Trzeba chyba przede wszystkim rozwagi w tym wszystkim, ale to nie jest łatwe.

  2. RoMaO
    | Odpowiedz

    Bardzo ciekawy i ważny temat. Ja mam namacalny dowód w swoim środowisku, jak kończy się nieprzygotowanie dziecka do światowej obłudy, kłamstwa, nieprzygotowanie dziecka do walki ogólnie i do walki o swoje. Jak ważne jest w czasie wychowywania wypracowanie w dziecku takich cech jak pokora, cierpliwość, pracowitość, systematyczność oraz fundamentu tych wszystkich cech – zdrową wiarę w siebie, w swoje umiejętności, w swój rozum. Inaczej świat szybko zniszczy psychikę naszego dziecka, bo ten cudowny/okrutny i pędzący donikąd świat często nie przebacza, nie rozumie i nie pomaga. Drugi raz tego samego dziecka wychowywać nie będziemy, więc warto się nad tym zastanowić. Ja przeczytałem kiedyś taki cytat, który jest dla mnie drogowskazem w ciężkich chwilach zwątpienia i zmęczenia: “Kto robi rzeczy łatwe, ten ma w życiu trudno, kto natomiast robi rzeczy trudne, ten ma w życiu łatwo”. Przewrotne, ale głębokie i prawdziwe!

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      To jest bardzo mądry cytat. Tak sobie myślę, że to nie jest łatwe zadanie, żeby się w porę zatrzymać w naszej rodzicielskiej trosce. Gdzieś tam chciałoby się dziecku wiele ułatwić, żeby miało piękne, spokojne, radosne dzieciństwo. Ale łatwo jest popaść w przesadę i tą nadmierną troską sprawić, że stanie się potem po prostu nieudolne życiowo.

Skomentuj