Zaniedbane dzieci są także w Twoim domu?

with Brak komentarzy

zaniedbane dzieci

Dodatkowe zajęcia z języka obcego. Grupa nastolatków z tzw. dobrych rodzin. W ramach ćwiczenia konwersacji lektor proponuje temat o ich relacjach z rodzicami, domowych regułach, granicach swobody. Spodziewa się tradycyjnego, od pokoleń już znanego utyskiwania, że rodzice na zbyt mało pozwalają, czepiają się, zakazują. Ale dyskusja, nieoczekiwanie, toczy się w odmiennym kierunku. Gdzieś w jej ferworze nieśmiały, ale zdecydowany młody głos deklaruje: „Wolałabym, żeby pilnowali mnie nawet za bardzo, bo wtedy przynajmniej wiedziałabym, że ich obchodzę”.

I to są słowa, od których pęka serce.

 

Chcielibyśmy myśleć, że zaniedbane dzieci to domena patologicznych rodzin, społecznego marginesu, półświatka, o którego istnieniu nie chcemy myśleć. Że to się nie zdarza w „dobrych” rodzinach. A tymczasem zaniedbane dzieci są wszędzie, a jeśli sądzić po statystykach, to jest ich coraz więcej. Tyle że to zaniedbanie jest zupełnie inne, niż moglibyśmy pomyśleć. Mniej widoczne, mniej namacalne, mniej wymierne. Może dlatego jeszcze bardziej przerażające.

 

Miara zaniedbania

Mierzy się je nie biedą, podartymi spodniami czy brakiem ciepłego obiadu, a SAMOTNOŚCIĄ. Nieobecnością rodzica, który ciągle w pracy, ciągle zajęty, ciągle w pośpiechu. Tymi minutami, które bezlitośnie odmierza pędzący zegar, przerywanymi niecierpliwym „pośpiesz się”, „jestem spóźniona”, „nie mam teraz czasu”.

Mierzy się ją także OBECNOŚCIĄ POZORNĄ. Kiedy rodzic niby jest w domu, a przecież głową ciągle gdzieś indziej. Bo tyle trzeba zrobić, bo dzwoni telefon, bo po pracy należy mu się relaks i spokój. Kiedy prawdziwe rozmowy stopniowo ustępują codziennym meldunkom „jak w szkole?”, „spakowałeś strój na gimnastykę?”, „umyłeś zęby?”.

Mierzy się ją w końcu MIŁOŚCIĄ WARUNKOWĄ. Uzależnioną od dobrych ocen, rekordu pobitego na ważnych zawodach, wygranej w pianistycznym konkursie, którą pochwalić się można na spotkaniu ze znajomymi. Miłością, która poklepie po głowie, wręczy nowy telefon w wyrazie uznania, zafunduje zagraniczny obóz jachtowy. Która docenia efekt tylko, nie zwracając większej uwagi na wysiłek i małego człowieka, który za nim stoi.

 

Zaniedbane dzieci próbują się bronić…

Są takie dzieci, które jeszcze próbują walczyć, bronić się, buntować. W poszukiwaniu rodzicielskiej uwagi sięgają po kolejne, coraz bardziej drastyczne środki. Wpadają w kłopoty, awanturują się, „niegrzecznieją”. Zwykle obrywa im się za to, zwykle to one uznane są za winne problemów, niewdzięczne, niewychowane. Ale przecież lepiej być tym złym, niż tym niewidocznym. Przecież lepiej dostać tę negatywną uwagę, niż nie dostać jej wcale.

Są takie dzieci, które się poddają, wycofują. Gdzieś po cichu szukają dla siebie innych światów, innych ludzi. Innych ramion, które je przytulą. Innych uszu, które posłuchają o ich problemach. Ust, które wesprą dobrym słowem. Jeśli mają szczęście, znajdzie się ktoś – dobry ktoś! – kto da im tę bliskość, zrozumienie, uwagę, których tak rozpaczliwie, tak naturalnie przecież pragną. Jeśli mają pecha…

Są i takie dzieci, które po prostu gasną. W samotności. Przestają wierzyć, że warte są coś więcej niż te kilka zdawkowych zdań przy „rodzinnym” obiedzie. W sobie samych upatrują winnych krótkowzroczności, braku empatii i niedojrzałości dorosłych. I z takim ciężarem, ponad siły kruchych, dziecięcych ramion, idą przed siebie, w kolejne dni, tygodnie, lata. W dorosłość, w której tak trudno potem znaleźć siły do walki o siebie i swoje szczęście.

Czasem po drodze upadają pod tym ciężarem. I z tego upadku już się nie podnoszą.

 

Zaniedbane dzieci są wszędzie!

Chcielibyśmy myśleć, że zaniedbane dzieci do domena patologicznych rodzin, ale statystyki są bezlitosne. Te statystyki to setki samobójstw, które popełniają dzieci coraz młodsze. To setki, tysiące samobójczych prób, za którymi kryje się ocean cierpienia. To wiecznie blokujące się linie w telefonie zaufania (prawie sto tysięcy rozmów rocznie!!!), który jest codziennym świadkiem dziecięcych dramatów, bezradności, cierpienia. Osamotnienia.

 

Chcielibyśmy myśleć, że zaniedbane dzieci to zawsze dzieci kogoś innego. Nie nasze. Ale te dzieci przecież nie biorą się z kosmosu, nie biorą się znikąd. To czyjeś córki, czyiś synowie, którzy z dnia na dzień czekają na swoją kolej do rodzicielskiej uwagi. Na autentyczną, szczerą, nieprzerywaną dzwonkiem telefonu rozmowę. Na dzień spędzony bez presji czasu i rozpraszaczy uwagi. Na bycie czymś więcej niż tylko dodatkiem do świata nieobecnych, nieświadomych, zaślepionych pozorami rodziców. Nakarmieni, ubrani, zaopatrzeni w komputery, telefony, własne pokoje i markowe buty. Absolutnie i przerażająco samotni.

Aż pewnego dnia w końcu przestają czekać…

 

Może Cię także zainteresować:

Pozwólmy dzieciom żyć teraz

____________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, skomentuj go, polub lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani! A dla mnie to ważny sygnał, że zmierzam w dobrym kierunku.

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK), zajrzyj na Instagram (KLIK) albo zapisz się na Pozytywny Newsletter  (KLIK)!

Skomentuj