Ziarenka przyszłych godzin

with 2 komentarze

cierpliwośćGdyby ktoś zapytał mnie, co jest najtrudniejsze w tym całym rodzicielstwie, powiedziałabym bez wahania, że konieczność uzbrojenia się w cierpliwość. W całe morze cierpliwości. A może i więcej niż morze…

 

No bo czy mogłeś, w tych dawnych czasach, gdy byłeś jeszcze singlem i żyłeś w błogiej nieświadomości, spodziewać się, że można zakładać buty (ja sama! ja sama!) przez dziesięć minut. Buty na rzepy, oczywiście. Albo że trzeba powtórzyć pytanie sześć razy i odczekać dobre kilka (kilkanaście?) minut, żeby dowiedzieć się, czy na kanapce ma być ser czy jednak szynka? Albo że można tę samą bajkę mielić na okrągło przez dwa miesiące i za każdym razem odpowiadać na te same pytania i wątpliwości dręczące młode serce? Jak na przykład to, czy Kopciuszek ma też inną sukienkę niż niebieską albo dlaczego Zygzak jest autem.

 

Kiedy dziecko nie potrafi mówić, czekamy z niecierpliwością na jego pierwsze słowa, na to „mama”, które – choć wyczekane, to przecież zawsze zaskakujące – ogrzewa serce i wypełnia oczy łzami. A kiedy już się nauczy, kiedy tryb gadanie załączy się bez możliwości wyciszenia, marzymy czasem, żeby to „maaamooo” chociaż na kilka minut umilkło. Albo chociaż, żeby drzwi do toalety były dźwiękoszczelne.

 

Cierpliwy

Jest potrzebna w macierzyństwie cierpliwość, żeby pozwolić dziecku dorastać w swoim tempie. Żeby bez złości i poganiania patrzeć, jak ślęczy przez dwa kwadranse nad czymś, co przecież sami załatwilibyśmy w minutkę. Żeby ugryźć się w język, gdy szlaczki wyjeżdżają za linie zeszytu a jedzenie zamiast do buzi trafia na sweter i podłogę. Żeby zauważyć szklankę w połowie pełną, zamiast w połowie pustej.

 

Cierpliwszy

Jest potrzebna w macierzyństwie cierpliwość, żeby zaakceptować emocje, całe morze emocji, z dzieciństwa wyrastające. Dla dorosłego czasem tak trudne do przyjęcia. Niezrozumiałe. Łzy nad rozdeptanym kwiatkiem. Histerię z powodu babki z piasku rozwalonej przez siostrę. Strach przed potworem z łazienki, który siedzi w koszu na pranie. Zazdrość o młodszego brata, który nagle wsiada na ukochany rowerek, z którego starszak wyrósł już wieki temu. Wściekłość prawdziwą przez każdy zakaz rodziców. Wyrażoną mocno, dobitnie i głośno. Słowami, które rezonują w sercu głuchym dźwiękiem.

 

Najcierpliwszy

Jest potrzebna w macierzyństwie cierpliwość, żeby pozwolić dziecku decydować o sobie wszędzie tam, gdzie to bezpieczne i możliwe. Zaakceptować różowe skarpetki do czerwonych spodni albo kieszonkowe wydane na kolejnego żelowego gluta z brokatem. Nie namawiać na karuzelę i trampolinę, gdy ciekawsze grzebanie w piasku przez półtorej godziny. Ugryźć się w język, zanim „zjedz mięso” albo „jeszcze łyżeczka za mamusię”, zawiśnie nad rodzinnym stołem, zagłuszając dziecku wewnętrzny głos, który najlepiej mówi, kiedy już dość.

I długa mogłaby być ta lista, znacznie dłuższa. A każda mama, każdy tata mógłby do niej dopisać swoje codzienne zmagania. Z niewygodnymi rajstopkami. Ze znienawidzoną, choć wczoraj przecież kochaną zupą brokułową. Z włosami, które nie chcą się same umyć i wysuszyć. Albo z wieżą z klocków przewracającą się z takim hukiem, że budzi się nie tylko młodsza siostra ale i dzieci sąsiadów dwie klatki dalej. To są drobnostki, to są detale, to są często śmiesznostki i pewnie przeszlibyśmy nad nimi do porządku dziennego, gdyby zdarzały się rzadko, a nie kumulowały godzina po godzinie, dzień po dniu w lawinę, która potrafi przytłoczyć nawet najbardziej odpornych, nawet najbardziej wyrozumiałych, nawet najbardziej kochających.

Na tej długiej liście każdy pewnie wymieniłby swój punkt, który najwięcej cierpliwości wymaga. Każdy inny, bo też i pomysłowość dzieci nie zna granic.

 

Najnajcierpliwszy?

Ale jest potrzebna w macierzyństwie i cierpliwość innego wymiaru, cierpliwość najwyższa. Bo macierzyństwo dzieje się powoli, choć przecież dynamicznie. Dzieje się ślamazarnie, choć zaskakuje na każdym kroku. Dzieje się długo i niełatwo, choć przecież wydaje się, że dni uciekają tak szybko, że trudno nad nimi nadążyć.

Chciało by się, żeby to całe wychowanie przynosiło efekty szybko. Żeby nie trzeba było powtarzać. Żeby nie trzeba było tłumaczyć milion razy. Żeby to dziecko, skoro już rozumie, zachowywało się rozsądnie, mądrze, przewidująco. Żeby słuchało, skoro chcemy dla niego dobrze. Żeby działało bardziej rozumem niż ciągle emocjami.

Żeby czasem nie było aż takim dzieckiem.

 

Niektórzy twierdzą, że to się da zrobić. Że są metody, które dziecko ci „wyregulują” tak, że będzie chodzić jak w zegarku. Tylko jakim kosztem? Jakim wielkim, nieodwracalnym kosztem. Bo tak, to może prawda, że dziecko może zdusić w sobie (lub choć spróbować to zrobić) emocje i zachowania, które są naturalne na jego etapie rozwoju, a których dorosły mu zakazuje. Może – jeśli będzie się bał tak bardzo, że ten strach pokona wszystko inne. Jeśli go zaszantażujesz. Jeśli zdepczesz jego wiarę w siebie. Jeśli go sobie wytresujesz. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?

 

Nie tylko cierpliwość

Potrzeba w macierzyństwie cierpliwości, bo wychowania – dobrego, mądrego wychowania – nie da się przyśpieszyć. Tak jak nie da się przyśpieszyć wschodu słońca albo przepoczwarzania gąsienicy w motyla. Potrzeba w macierzyństwie cierpliwości, bo zmienianie się dziecka w małego człowieka to proces tak złożony, tak trudny, że wieloetapowy, że pójście w nim na skróty jest drogą donikąd. Może i skokiem w przepaść.

Bo to jest właśnie piękno, ale i trudność, ta największa trudność macierzyństwa. Że trzeba czekać, tak długo i cierpliwie czekać, żeby zobaczyć efekty swojego wysiłku. Że możemy się starać, możemy się troszczyć, możemy dbać już teraz, ale czasu się nie przyśpieszymy i na zbieranie owoców poczekamy często znacznie dłużej niż byśmy chcieli. Że gdzieś po drodze nie raz i nie dwa ogarną nas wątpliwości, zwątpienie w słuszność obranej drogi. Lęk o przyszłość, której kształt formujemy już dzisiaj dla siebie i dla tego dziecka, dla którego chcielibyśmy wszystkich wspaniałości świata.

 

To właśnie teraz sadzimy ziarenka przyszłych godzin. Mam nadzieję, że nam zakwitną – przeczytałam ostatnio zdanie [źródło: „Mama”, Helene Delforge, Quentin Greban], które w kilku tylko słowach zamyka prawdę o macierzyństwie. Bo tak właśnie jest. Zasiejmy więc nasze ziarenka i miejmy nadzieję, że cierpliwość, którą je podlewamy, przyniesie dobre plony.

 

________________

Spodobał Ci się ten wpis? Myślisz, że może kogoś zaciekawić albo komuś się przydać? Śmiało, polub go lub udostępnij, a wtedy inni też go zobaczą. W Pozytywnym Domu wszyscy goście są mile widziani!

A jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, polub Pozytywny Dom na Facebooku (KLIK) albo zajrzyj na Instagram (KLIK).

2 Responses

  1. marek
    | Odpowiedz

    Masz rację. W rodzicielstwie otrzeba morza cierpliwości, ale to się opłaca. Powodzenia

    • Ewelina
      | Odpowiedz

      Opłaca się. Tylko na “wypłatę” trzeba trochę poczekać 🙂

Skomentuj